sobota, 29 marca 2008

157 kretyńskich stron.... Newton


O tej biografii pisali już wszyscy chyba moi znajomi z sieci i nie tylko. W końcu, dzisiaj Darek mi ją pożyczył. A że szybko czytam (to mam od czasów szkoły średniej), to około 17:00 było po temacie.

Nie będę dużo się rozwodził. Jeśli ktoś to kupił, to stracił kasę. Pierwsze 157 stron można spokojnie od razu wyrwać i do łazienki sobie zanieść jak ktoś lubi twardy papier. Ilość i częstość występowania takich słów jak onanizować się, pieprzyć, rżnąć, lizać, wzwód, masturbacja, posuwać jest tak duża na każdej stronie, że mam wrażenie, iż śp. Helmut bardzo chciał umrzeć jako największy playboy wśród fotografów. Cytując klasyków discopolo - "zaliczał wszystko co na drzewo nie ucieka" - jak sam sie chwali. Może i tak. Jednak dla mnie był po prostu prostakiem strasznym. Tak wynika ze 157 stron poświęconych jego życiu przed zaistnieniem jako fotograf. Mnie mało interesuje jego problem z częstym onanizowaniem się.

Reszta książki może zainteresować każdego adepta fotografii, bo są to klasyczne smaczki z tego jak pracuje sie w wielkich magazynach i jak robił konkretne zdjęcia gwiazd i znanych ludzi. Niemniej, nie jest to warte funta kłaków.
Niestety Darku, ale nie zgodzę się z Twoim zachwytem nad tą wypoconą i pachnącą wymyślonym seksem książką. Po prostu nędza. Aż niesmaczne.

Jak mawia mój ojciec: inteligencja to nie wiedza ani ilość ukończonych uczelni. Inteligencja to świadomość tego, że nie trzeba rozmawiać o rzeczach oczywistych.

Może robił dobre zdjęcia (ja akurat fanem nie jestem), ale był strasznym idiotą.

Kwartalnik... filozoficzny


Każdy z Was na studiach (czasami już w liceum) spotkał się ze zjawiskiem "grupowego filozofa". Wiecie... taki, co to nosi apaszkę lub melonik i wysławia się jakbyś go wyjął z XIX-wiecznej powieści. U mnie to był Krzysztof. Mi akurat imponował, bo miał własny świat, który nijak nie przystawał do realiów, ale był egzotyczny i potrafił kusić. Takim "Krzysztofem" wśród pism fotograficznych jest dla mnie kwartalnik "Fotografia".

Muszę się przyznać, że kwartalnik Fotografia był tą pozycją w Empiku, którą dotychczas brałem i przeglądałem na miejscu, bez większego wnikania w bryły tekstów atakujące mnie na większości stron. Myślałem w duchu, że to jakaś pomyłka, aby pismo poświęcone fotografii było w większości wypełnione zapisana gęsto czcionką.
Dzisiaj jednak przełamałem się i kupiłem ostatni numer kwartalnika.
Przeczytałem.

Nie należę do osób, które wnikają nazbyt głęboko w psychologiczny aspekt życia. Nie szukam też usilnego wyjaśniania głębi zdjęć, które przedstawiają drzewo, nagą babę lub but w oknie. Po prostu przyswajam ten widok i tyle.

Nie umiem więc zrozumieć jak można pisać dwie szpalty tekstu o pomyśle sfotografowania plastykowych torebek ze zdjęciami ludzi włożonymi w środek, którzy to ludzie na fotografiach niosą takież same torebki (Kontr-reklamówki Agnieszki Krupieńczyk). Nie neguje pomysłu, który jest dość wymyślny i ciekawy, ale żeby pisać o ideologii tych zdjęć (tego cyklu) językiem jakiejś pogmatwanej filozofii fotografii, to już dla mnie za wiele. Na siłę straszliwie. Czuję się jakby ktoś zmusił autora do wypełnienia brakującego miejsca tekstem.

Z kolei, po przebrnięciu materiału "Szachownicowa logika fotografii" zaczynam wierzyć, że można napisać tekst o wszystkim i odnieść to do czegokolwiek. W tym wymienionym, autor udowadnia mi językiem tylko sobie znanym, że szachownica to "ambiwalencja negatywowo-pozytywowa". Tylko o co chodzi?! Po co?! Wiem, wiem... nie kumam, za tępy jestem.

Przykład trzeci, str. 82, autorka tekstu "Pejzaże ze snów"- Elżbieta Łubowicz - oświeca mnie swoją interpretacja fotografii Reiko Imoto. I czytam przez dwie strony analizę rozmazanych fotek i dowiaduje się, że "oglądając je, czujemy się wciągnięci w ich ruchliwą przestrzeń(...)".
Ja czuję jedynie kolejną naciąganą teorię do kiepskich fotografii.


Nie chce dokonywać jakiejś głębokiej analizy wszystkich tekstów. Chce tylko powiedzieć, wyrazić swoją opinię, że to pismo jest ZA CIĘŻKIE !

Że promocja fotografii w Polsce nie może iść ta drogą.
Że nie można pisać tekstów o fotografii językiem naukowym, który obowiązuje już tylko chyba w nielicznych Polskich uczelniach.
Że tak straszy się ludzi, którzy mogliby zainteresować się głębiej fotografią, ale jak to przeczytają to odłożą kwartalnik i go nie wezmą drugi raz. Daj Boże żeby aparatu nie odłożyli...:)
Że żal mi zapału Twórców.

A na koniec chce podkreślić, że ja akurat to zaprenumeruje, ale raczej z powodów szczupłości innych pism, niż z przekonania.

Nie tędy droga Panowie.
Choć chwała za próby. Nie mówię, że ma powstać kolejne pismo jak robić fotkę cyfra, ale można trochę lżej, trochę ciekawiej. Trochę z dystansem.
A Wy walicie kamloty fotografii pod nogi wybrańców, którzy filozofują całe życie, a fotki nie zrobili.