niedziela, 23 marca 2008

Akcja łazienka...


Łazienka miała około 4,2 metra kwadratowego. Całe mieszkanie 54. Blok 11-klatkowy, najdłuższy na osiedlu. 9 piętro wymuszało dobrą kondycję w sytuacji "bezprądowej". Wygląd klatki i wnętrza dźwigu z fabryki "ZREMB" były standardem lat 70.
W takim bloku, na takim osiedlu i w takiej łazience rozkładałem swoją pierwsza ciemnie w życiu.
Nie wiem skąd ojciec miał powiększalnik i skąd wzięła się w domu na balkonie maskownica (te blaszki stale się wysuwały ze srebrnych prowadnic), ale były to podstawowe akcesoria.
Łyknięcie wiedzy książkowej, dyskusja z panią z zakładu foto, który kiedyś były na każdym osiedlu... i już mogłem kupić wywoływacz i utrwalacz. Papier kupowałem na Długiej, w jedynym wówczas sklepie z profi sprzętem. Żarówka w fajnym czerwonym pudełeczku.

Dochodziła 23:00. Rodzice spać. Ja zasłaniam ręcznikiem charakterystyczne okienko w drzwiach łazienkowych, przyciskam drzwiami i już nie ma odwrotu. W parę minut w łazience robi się jakieś 30 stopni. Świecąca lampa jeszcze podnosi temperaturę.

Kuwety lądują na podłodze w dokładnie spasowaną ścieżkę od powiększalnika do wanny. Nie wiem ki diabeł, ale architekt tych mieszkań chyba dokładnie przewidział zastosowanie łazienek, bo po podłodze w sam raz mieściły sie trzy kuwety. Ostateczne płukanie już pod bieżąca wodą w wannie więc kuweta niepotrzebna... i jazda na klamerki na sznurek nad wanną.

Mijają godziny. Sterta testerów 10x15 zawalają całą podłogę. Wybrane klatki i naświetlone papiery stoją oparte o ścianę i brzeg wanny. Sznurek się skończył.

Wreszcie koniec. Ręcznik spada z drzwi. Oddech rześkiego powietrza w korytarza. Niemożliwe... 4.00 rano?

W świetle odbitki tracą na magii. Nie są już tajemniczo ciemne jak pod czerwonym światłem. Większość ląduje od razu w koszu. Zostaje kilka.

Smród rozpapranego po podłodze wywoływacza zmusza do prac ręcznych konserwatorskich...
Za tydzień znowu... akcja łazienka.

Akcja fotografia.