piątek, 31 października 2008

Technikalia... polecane Joel Grimes


Na dwa długie, posępne dni, które dla mnie - mieszkańca osiedla koło cmentarza - stają się co roku pułapką nie do przebrnięcia (korki i zamknięte ulice), proponuje Wam trochę technicznych niuansów naszej pasji.

Tym razem swoimi poradami warsztatowymi podzieli się z nami Joel Grimes. Znajdziecie tutaj kilka filmików i tutoriale wykonania niektórych oświetleń jego portretów. Jak nie trudno zauważyć, Jole lubi mnie , a ja jego, bo obaj lubimy... Polaroid 55 :) A nowe dwie paczki właśnie dziś dotarły do mnie zza Wielkiej Wody :)

Joel przegina mocno z tymi swoimi pracami komercyjnymi, nie wiem komu się to jeszcze podoba, ale widać ma klientów na takie cudaczne stwory ludzkie. Niemniej ta część poświęcona pracom na materiale srebrowym jest naprawdę dobra. TUTAJ jest strona główna Joel'a w strasznym flashu... Polecam sekcje Desert Life. Na Flickr lepiej się ogląda.

Życzę mało korków i nie róbcie zdjęć nocnych cmentarzy... :)

Żarcik - róbcie, róbcie, to fajny klimat....

fot.: Joel Grimes


czwartek, 30 października 2008

Pismo fotograficzne...


Niestety oczekiwany przeze mnie od tak dawna "Nowy Pozytyw" umarł chyba po numerze testowym śmiercią z niewydolności finansowej.
Szkoda, że Gudzowaty jednak nie zdecydował się tego wydawać... a może ktoś ma jakieś info jakie są losy tego chyba najbardziej ambitnego wydawnictwa...?

Poprzednia edycja była mniej lub bardziej udana, ale i tak była najlepsza na naszym żałosnym rynku foto-wydawniczym:(

Kiedyś Rudolf przedstawił fajną analizę tego czy opłaca się wydawać pismo o charakterze foto-ambitnym. Czyli nie o nowej lustrzance firmy na S, która jest lansowana wśród ZPAF, ale przede wszystkim o zdjęciach i zdolnych ludziach z Polski. Na dobrym papierze, a nie na jakimś zeszycie.

"Kwartalnik Fotografia" po śmierci Ireneusza Zjeżdżałki [iii] chce kontynuować jego dzieło, jak czytam w najnowszym numerze, ale nie jestem pewien czy to pismo nie odfrunęło zupełnie w niszowe rejony, które mogą zaciekawić jedynie 100 osób w Polsce (złośliwa przesada- sic!).

Wiem, że popularne stają się elektorniczne wersje takich gazet, słynne "Zaplecze" też jednak ucichło ostatnio...

Może warto wrócić i stworzyć jakąś grupę wsparcia i inicjatywę znalezieniea Wydawcy dla takiego pisma...? Czy jest szansa na znalezienie kogoś, kto uwierzy, że da się zarobić na tym?
A może po prostu się nie da...?


wtorek, 28 października 2008

Po co nam profesjonaliści... ?


Telefon dzwoni u mnie tą słynną melodyjką starego telefonu. Takie dryń, dryń... kiczowate do bólu. Jednak jest to jedyny dzwonek, który usłyszę pomimo decybeli walących się w mą głowę z radia w samochodzie.
I tym razem musiałem wyłączyć Zespół Reprezentacyjny, aby odebrać numer nieznany.

- Cześć! Pamiętasz mnie!?
Uwielbiam te zagadki bez podawania imion w wykonaniu kogoś, kto zapewne nie widział mnie ze 3-4 lata i dzwoni w jednym wiadomym celu - ma interes.
- Nie, nie pamiętam - odpowiadam pomocnie, bo zapewne cisza po pierwszym pytaniu miała służyć mi za platformę do nawiązania rozmowy.
- Romek z tej strony. Na czwartym roku przyszedłem jako ITS z prawa do was....!
Oczywiście po 10 latach od zakończenia studiów pamiętam wszystkich kolegów z ławy studenckiej wraz ze spadowiczami i "iteesami" z innych wydziałów. A jakże! Mam zdjęcia i codziennie przypominam sobie ich nazwiska...

- Aaaa tak coś kojarzę.... - uwielbiam kłamać, z wiekiem wychodzi mi coraz lepiej.
Zresztą ja już wiem co będzie dalej, ale ponieważ każdy, kto do mnie dzwoni w TEJ sprawie ma inny sposób podejścia mnie więc z lubością wysłuchuje tych wszystkich opowieści, wstępów i preludiów do sedna sprawy. Bo dzwoni się po 4 latach tylko w interesie. A do mnie tylko w jednym.. :)

- Pamiętam Piotrek, jak ty łaziłeś z tym aparatem. My na wykładach, a ty fotografowałeś... To były czasy.

Sentymentalne wprowadzenie jest już ograne, ale daje mu szansę... Rozkręca się powoli, bo inni już w tym
czasie dawno mówili o co im chodzi. Romek widocznie ma służbowy telefon....
- ... no i wiesz... siostra się skapowała, że to drogo kurna kosztuje i jest już późno i terminy zawalone... więc zaproponowałem jej, że mogę spytać takiego fajnego fotografa....

Dobra stary, muszę Ci przerwać.... ciężko się prowadzi jedną ręką.
- Romek, ale ja już nie robię ślubów. Skończyłem z tym na studiach i nawet nie mam aparatu.
- Nie szkodzi, mój teść ma!
- Ale to nie może być jakaś małpka. To musi wyglądać jakoś, toż to ślub jest.

- Siostrze wystarczy, że to Ty będziesz robił...
- Ale to jest raz w życiu, trzeba to zrobić porządnie. No, ale skoro teść ma, to może niech teść zrobi...
- Ale nikt nie zrobi tak jak ty...
- Ale jest milion fotografów w Gdańsku..
- Ale oni chcą nie mniej niż 1500zł! A że to nagła sprawa, to wołają nawet 2000zł - uwierzysz!?
- No to siostra będzie musiała zapłacić. Po to są profesjonaliści...
- Gówno prawda, oni tylko zdzierają, a foty robią takie jak ty!


Nooooo.....
Przeszarżował kolo.
Dalszy ciąg nie był zbyt miły, choć Romek stwierdził, że miło mu było pogadać.

A ja myślę sobie, że dopóki ludzie w 90% nie zaczną oddawać w ręce zawodowców tego, czego nie potrafią zrobić sami, tak długo ja nie będę żył z fotografii :) , ale za to hydraulik będzie miał mnóstwo roboty z
zepsutymi kranami.....

I właśnie po to nam profesjonaliści.
Płaćcie za dobrą fotografię!



Rudolf zwariował....


Chciałoby się napisać Rudolfie wróć!!! Wróć Zawsze Kwadracie - ten, którego tak lubiłem.

O co chodzi...?
Ano Rudolf postanowił zmienić wygląd.
Dotąd krótko ostrzyżony, zadbany i estetycznie wystylizowany był miłym dla oka i umysłu fragmentem przestrzeni wirtualnej. Pisał coraz rzadziej, ale za to jak!
Od treści jednak abstrahując, stał się dla mnie po prostu klasyką czystości i schludności w zalewie stron, których nawigacja jest trudniejsza niż pilotowanie F16...


Tymczasem, Rudolf albo przechodzi kryzys wieku średniego (pośredniego) lub dał się omamić tym migającym reklamom po bokach stron i bajerom w postaci miliarda linków na stronie głównej...

Wołam więc z wysokości północnej Polski, która w przekroju pionowym zawsze jest nad głową Rudolfa, aby WRÓCIŁ.... na łono treści i zarzucił formalne zabawy wyglądem!

Nie mogę się odnaleźć na tym blogu - dotychczas jednej z najlepszych treściowo stron o fotografii w "krajowym internecie"...

Rudolf - masz swoje lata! Nie wygłupiaj się. Ja już tego żądam - nie proszę! Zdejmij te gumowe wdzianko blichtru...!






Czuję się śledzony...


Nie wiem jak to jest, ale napisałem o ZPFP, a potem o "teście" - a dziś czytam, że członkowie tego gremium pojechali na plenerek...
Żeby zaznać wspaniałości sprzętu.... no zgadnijcie..?!:) Sony A900 :)

Efekty wspaniale!!!

Chyba przekonali mnie do zakupu tego aparatu... lecę!


Swoją drogą.... ktoś mnie śledzi...



poniedziałek, 27 października 2008

Ambasador SONY robi test....:)


Być może jest to kpina lub prowokacja, ale na ŚO ukazał się "test"... :)
Ło mamo!

"Test" wykonał Ambasador Marki Sony - porównuje w nim Hassela, Mamiya i Sony A900. No i zgadnijcie na kogo wskazał ten "tester" :)!

O la boga! Świat na głowie staje. On nawet wprost napisał, że obawia się, że zostanie potraktowany jako marketingowiec od Sony...
Niemożliwe...;)

No nie wierzę własnym oczom.. :):)
Poczytajcie sobie...


Czy słowo "test" zmieniło znaczenie ostatnimi czasy, czy ja zgłupiałem...!?




Po co nam ZPAF...?


Na kanwie dyskusji, która toczy się na pewnym forum zawodowych fotoreporterów, jąłem (jak ja uwielbiam to słowo) zastanawiać się po co fotografom organizacja w stylu ZPAF?

Mówię o formie, którą obecnie prezentuje ZPAF. Zarówno formie organizacyjnej, jak i formie kondycyjnej.

Umówmy się od razu, że ZPAF nie jest organizacją dla zawodowych fotografów...! To ważne, bo powinno się stać punktem wyjścia do ew. zmian - o ile uznajecie, że takie są potrzebne!?

Mam oto Stowarzyszenie, którego cele statutowe ujęto w 8 punktów (Statut ZPAF, 2004):

  1. Wszechstronny rozwój twórczości fotograficznej, uwzględniający także postęp
    naukowo - techniczny w zapisie obrazu.
  2. Współuczestnictwo w kształtowaniu polityki kulturalnej.
  3. Ochrona swobody wypowiedzi twórczej.
  4. Kształtowanie zasad etyki zawodowej.
  5. Ochrona dorobku fotografii polskiej, a także upowszechnianie jej w kraju i zagranica.
  6. Inicjowanie systemowych rozwiązań prawnych, zapewniających warunki do wykonywania
    zawodu artysty fotografika w oparciu o status twórcy.
  7. Zarządzanie i ochrona powierzonych praw autorskich.
  8. Zabieganie o rozwój mecenatu artystycznego.

Komu więc i jak służy ZPAF?

Moim skromnym zdaniem nie służy prawie niczemu, a jak już służy to w sposób, który przestał być efektywny jakieś 20-30 lat temu. Kalać własnego gniazda nie będę, bo wstąpić w szeregi ZPAF nie zamierzam, ale byłem na chyba dwóch lub trzech spotkaniach takowego gremium w Gdańsku.
Nie chce nikogo obrażać, ale widok tych panów i ich "fotografowanie" jest dla mnie jakimś skansenem peerelowskim, który w prosty sposób prowadzi do niszczenia fotografii artystycznej poprzez podpisywania tej "twórczości" - "członek ZPAF".

Mocne słowa, wiem.

Jako człowiek fotografujący od wielu lat, obserwujący lokalne środowisko artystyczne Gdańska, z naciskiem na fotografię - więcej zaangażowania, pomysłów i przede wszystkim talentu dostrzegam w ludziach, którzy nie mają nawet pojęcia, że jest ZPAF, a jeśli już wiedzą to traktują to jako ostoję dla dinozaurów i starszych panów chodzących po Gdańsku od 50 lat. Te jowialne spotkania z jowialnymi panami w ich jowialnych "studiach" są w sumie pięknym zjawiskiem socjologicznym, ale co mają wspólnego z fotografią i z tymi ośmioma punktami? Nic!

Po co więc ZPAF?

Aby łatwiej wystawić swoje prace w jakiejś galerii...?
Aby móc popisać się legitymacją...?

No po co!?




sobota, 25 października 2008

Polecane..... Andreas H. Bitesnich


Kolega właśnie przypomniał mi nazwisko fotografa, który rozkłada mnie na łopatki. Nie będę dużo gadać i pisać, po prostu spójrzcie na to co robi i na ten filmik.

A potem, jeśli ktoś z czytających ma takie ciało jak ten model i umie się ruszać jak on - niech do mnie dzwoni!!!!!!




Andreas H. Bitesnich




piątek, 24 października 2008

Gierałtowski... i już


W fotografii zasada matematyczna "minus i minus daje plus" - nie sprawdza się! Jeśli zrobimy gówniane zdjęcie i publicznie je prezentując powiemy, że ono jest gówniane i nam się nie podoba, to zdjęcie nie będzie mniej gówniane, a my nie będziemy lepszymi fotografami.

Gdybym napisał, że Gierałtowskiemu chyba się tak wydaje, to bym obraził tego skądinąd inteligentnego człowieka. Ale stosując ten prosty zabieg erystyczny - Gierałtowski jednak próbuje mi wmówić, że tak jest.

Można lubić słuchać Gierałtowskiego lub nie.
Ja nie lubię!

Można lubić zdjęcia Gierałtowskiego lub nie.
Ja nie lubię!

Można wreszcie przymknąć oko na każde słowo Gierałtowskiego lub nie.
Ja zamykam oczy całkowicie.

Maska Błazna, za którą zresztą uwielbia się skryć, jest jednak jedynie formą dorobioną na potrzeby realizacji swoich pomysłów i wkrótce stało się to stylem życia. Na ile prawdziwym?
Całkowicie nieprawdziwym i całkowicie do mnie nie przemawiające to przebranie. Im starszy przebieraniec, tym bardziej żałosne się to wydaje.


Na spotkaniu w Sopocie zobaczyłem 106 zdjęć i wysłuchałem 106 bez mała historyjek.
Fotografie, które skrywały te historyjki nie są dla mnie dziełami fotograficznymi. Nie klękam przed twórczością Gierałtowskiego.

- Jasne iczek! Obraź go! Opluj i nazwij palantem! - to każdy potrafi...
Moje drugie JA (kolega dziś mi powiedział, że mam rozdwojenie jaźni) zdecydowanie stara się bronić "Mistrza Portretu".

Doszukiwanie się głębi w pomalowanej w PS twarzy na czerwono (zielono, złoto, niebiesko) czy głęboka analiza zdjęcia, które jest oświetlone jak wprawka studyjna jest dla mnie ciut zbyt infantylne, nawet jak na Błazna.
Bez osobowości modeli, które same w sobie stanowią klasę, te zdjęcia by umarły, tak jak to się dzieje w przypadku anonimowych ryjków. Te jednak szybko otrzymują backup w postaci jakiejś kolorowej historyjki (bankier) i opowiadane z werwą i swadą przez Błazna od razu tchną życie w fotografię. Pozostawione same sobie, zdjęcia są już tylko tandetną zabawą.

- Ale on odziera z patetyczności i z wielkości te znane twarze. Kpi z nich!
Darek usilnie stara się przekonać mnie choć trochę do tych fotografii i tego autora. Sopotnia noc w okolicy Kościuszki nie sprzyja jednak mej percepcji. Prawie żadna z tych fotografii nie oddaje tego, o czym musi gadać autor żeby zdjęcie ożyło.

Takie trochę mumie porobił - martwe w ciemnym i kiepskim świetle - i teraz je zaklina opowieściami, aby ożyły.
Ech.... trup w szafie... i już.


PS
Bardzo ciekawa inicjatywa TSF zapraszania Mistrzów. Czekam na następne i zalecam standardową procedurę informatyczną: przed wysłaniem do użytku - zrób test! Nie ma to jak półgodzinna walka z brakującymi kodekami do filmu, bo nikt wcześniej nie sprawdził płyty !:)
Na szczęście talent "gadomóstwa" Gierałtowskiego uratował sytuację :)

PS2
A te ideologie na temat fotografii cyfrowej... chmmm nie będę komentował, bo to temat rzeka.




Czego można się nauczyć....

... a czego nie można!?


Jakby na zawołanie, po moim wpisie na temat poszukiwania warsztatów i szkoleń fotograficznych - na portalach foto pojawiło się mnóstwo ogłoszeń o takowych zajęciach.

Jedno z nich przyprawiło mnie o zawrót głowy, a następnie wprowadziło w totalną konsternację.

Oto bowiem, ktoś chce nauczyć mnie robić zdjęcia aktów...!!!


Znaczy (się zastanawiam), jak nauczyć? Czy w ogóle można nauczyć kogoś robienia aktów??
Rozumiem, że można nauczyć pomiaru światła w studio. Że można nauczyć zwijać tło. Że można w końcu nauczyć jak równo nasmarować nagą modelkę wazeliną i zwilżyć ją potem spryskiwaczem do kwiatów...
Ale do jasnej cholery, jak nauczyć kogoś robić akty!? I to za kasę!


Czy artyzmu i widzenia światła można się nauczyć? Jezu ile pytań dziś!
Gdzie jest granica między nauczeniem się warsztatu a byciem zdolnym z natury?

Jak nauczyć fotografii street? A jak nauczyć fotografii fashion?


Tak sobie pomyślałem, że ja mogę równie dobrze nauczyć kogoś wyginania kciuka do tyłu, bo natura nie obdarzyła mnie jedną z kości, ale za cholerę tego nie zrobi nikt inny. Tak mnie stworzono. Tak samo stworzyciel albo dał wrażliwość potrzebną do robienia zdjęć pięknych, albo jej nie dał.

Ech... nie wierzcie. Aktu nikt nie nauczy. Lepiej od razu poderwać jakąś dziołchę i na kawkę zaprosić.... ;)



czwartek, 23 października 2008

Duszy sprzedawanie...światła okiełznanie...?


Tia... światło zastane fajne jest i zawsze powtarzałem, że tylko ono mnie kręci. Kilka wizyt w studio i kilka podstawowych oświetleń sprawiło, że i ta prawda musiała zostać zweryfikowana.

Bo jest jednak coś w tym panowaniu nad światłem. W tym całkowitym kreowaniu sceny i tego, co będzie na negatywie. Fajne to w sumie...


Zabawa w słońce. A nawet w kilka słońc wciągnęła mnie zdecydowanie. Myślę, że będę chciał zanurzyć się po uszy w tym temacie. Czy zaprzedam "prawdziwą fotografię"? Tyle o niej pisałem i tyle razy podkreślałem, że plener i naturalne sceny są mi bliskie. Cóż... człek się zarzeka setki razy, że nie wypije coli i nie zje BigMaca , a i tak przegrywa. Już nie wspominam o tych, co rzucają palenie... :)

A może znowu mam jaką jazdę na przesadzanie i można połączyć obie formy nie gubiąc się w tym sztucznym świetle...? Okiełznanie tych światełek błyskających jest ciekawe w sumie...


Żeby jednak nie zabrnąć za daleko i mieć gdzie się wycofać, instaluje się w studio, które jest jednocześnie atelier. Prawie cała ściana ze szkła :)):)

Mmmmm...

Trzymajcie kciuki... za pół roku zapraszam na balangę... :)

A na koniec robię Wam zdjęcie... znaczy Jarek, nie ja... :)


środa, 22 października 2008

Voigtländer Bessa III - chcę to...


Nie piszę wiele o sprzęcie, ale o tym muszę!

Chcę mieć ten piękny i cudownie lanserski aparat...!
Voigtländer Bessa III - pojawiła się jak duch i nawet nie można jej dotknąć... :(
A wszystko co jest na obrazkach na razie, jest przecież takie stylowo wysmakowane.




źródło: Voigtlaender


  1. Typ aparatu: Dalmierz analogowy
  2. Format kliszy: rolka 120 lub 220
  3. Liczba klatek:
    • 6×7cm: 120 - 10 klatek, 220 - 20 klatek
    • 6×6cm: 120 - 12 klatek, 220 - 24 klatek
  4. Obiektyw: HELIAR 80mm f/3.5 (6 elementów w 4 grupach)
  5. Wizjer z automatyczną korektą paralaksy i podświetleniem punktów pomiaru
  6. Migawka: elektronicznie sterowana, czas otwarcia 4 - 1/500 sek., tryb Bulb
  7. Kontrola ekspozycji:
    • Sensor SPD
    • Centralnie ważony system pomiaru
    • Priorytet przysłony i przełącznik manualny
    • Kompensacja ±2EV w skoku co 1/3EV
  8. Czułość filmu: ustawiana manualnie w zakresie ISO 25 - 3200 (w skoku co 1/3EV)
  9. Przewijanie filmu: ręczne
  10. Licznik klatek: mechaniczny z wyborem typu rolki (120/220) i klatki (6×7/6×6)
  11. Zasilanie: akumulator litowo-jonowy CR2(3V)


Gierałtowski w Sopocie...


Kurcze, jak słaba jest siła tych mediów naszych trójmiejskich to żal! A może to słabość organizatorów? W każdym razie jakoś tak opłotkami zupełnie dowiedziałem się, że
24 października br. odbędzie się spotkanie z Krzysztofem Gierałtowskim w Sopocie.

Spotkanie organizuje Trójmiejska Szkoła Fotografii, o której istnieniu też raczej dowiedziałem się niedawno :)
Wstyd?
Cholera wie, bo nie mam pojęcia co to za twór, ale działają prężnie i właśnie na Ich stronie możecie dowiedzieć się więcej o tym spotkaniu.

Wstęp jest wolny więc zapraszam miejscowych i niemiejscowych.


24 października 2008, godz. 18:00, sala posiedzeń Rady Miasta Sopotu, ul. Kościuszki 25/27.
Mam nadzieję, że do tego dnia CBA (badająca prezydenta Karnowskiego) wyniesie się już z budynku, bo jeszcze aparaty zabiorą!:)


wtorek, 21 października 2008

Konkurs...


Hi, hi... chciałbym zaprosić Was do małego, malutkiego konkursu. Ale nie jest to konkurs fotograficzny, choć pomysł zrodził się po przeczytaniu info na jednym z portali.

Oto bowiem, ponoć robi się głośno o niejakim Alexim L. ( ŚO). Generalnie nie znam człowieka, a jego zdjęcia są marne, przynajmniej te pokazane na portalu, ale URZEKŁO mnie jedno zdanie z tego materiału:

[...] Gdy Alexi postanowił zostać fotografem, wywalczył sobie pracę jako asystent samego Mario Testino (udało mu się to podobno ze względu na ładną twarz, bo w takich gustuje znany fotograf oraz ze względu na peruwiańskie pochodzenie – bo i w żyłach Testino płynie peruwiańska krew). [...], źródło: Świat Obrazu, Anna Cymer

Przepiękne!

A teraz zadanie konkursowe:

- kto słowami wprost najlepiej odda to samo zdanie, ale już bez tych ozdobników i jechania na około tego, co naprawdę się przydarzyło młodemu Alexiemu w studio samego Testino... ?:):):)



PS
To zdanie podsumowuje piękny świat mody, fotografii i całego tego picu, że zdolni robią karierę swoim talentem :)

PS2
Uszanowania dla Ani, autorki. Zgrabnie to ujęła :)



Ale to już było...


Wczoraj wziąłem do ręki po raz tysięczny album Jeanloup Sieff'a i po raz kolejny przeżyłem tę samą, powtarzającą się tysiąckrotnie fascynację prostotą przekazu.

Potem począłem szperać w sieci w poszukiwaniu współczesnych trendów w fotografii fashion-akt. Tak to roboczo nazwijmy. Chodzi o te "gałąź" fotografii, która pokazuje modę, ale ciut erotycznie i pikantniej niż billboardy Galerii Centrum czy innego Kliff (żenujące!).


Jeszcze rok, dwa temu na topie były panienki w rajstopach naciągniętych na majty, oparte o obdartą ścianę lub wtulone we własną odsłoniętą pierś (czym mniejsza tym lepiej). Walnięte flashem z aparatu chamsko na wprost i dodatkowym elementem koniecznym był mankiet, w który wytarty był tusz. Potem elegancko rozmazany na policzku. To krótki przepis na mistrzowskie zdjęcie w stylu modern-fashion-erotic.... Oj zapomniałem... modelka musi mieć pozę lalki lub kucać na narciarza...!

Od jakiegoś czasu zauważam jednak powrót do stylistyki lat '80. Wymuskane zdjęcia, piękne kobiety ze schowanymi górnymi partiami rajstop (jak bóg przykazał) i oświetlone perfekcyjnie z zachowaniem wszystkich kanonów sztuki studyjnej. Do tego prosty stylisz i wystudiowana poza.

No i nieśmiało muszę przyznać, że bardziej podobają mi się te "osiemdziesiątki".
Może to wiek, może to wychowanie, ale jedno wiem na pewno - chamstwo, brutalność i brak wyczucia "przestrzeni smaku" ma krótkie nogi i trwa tyle, co lot muchy późnym październikiem.

Wracajcie więc czasy prostoty opanowanej do granic doskonałości.

Wracajcie czasy pielęgnacji piękna w fotografii.
Wracajcie style, które już były.


Fotografia zatacza kolejne koło. Nie wiem już które, ale z perspektywy trzech krzyżyków na karku coraz bardziej wirują mi obrazy i słynne piosenkowe zdanie: "Ale to już było..."

Ja je jednak kończę: "...i niech wraca znowu" :)


wizaż: Beata Fryz, mod. Monika Hałubek



poniedziałek, 20 października 2008

Dywagacja filozoficzna...


Trafiła w moje ręce wczoraj dość leciwa już książka o Ryszardzie Kapuścińskim. To właściwie rozmowa przeprowadzona przez Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetko z Guru Reportażu. Tytuł jest znamienny: "Kapuściński: nie ogarniam świata".

Pada w niej pewne zdanie, które na siłę trochę chce przełożyć na język fotografii. Na siłę, bo sam nie wiem co z tego wyjdzie.

Zdanie to mówi, że pierwszych 385 osób z listy najbogatszych ludzi świata posiada majątek, który odpowiada 45% populacji ludzi na świecie. Innymi słowy, licząc, że mamy 6mld ludzi, to te prawie 400 osób ma tyle kasy ile ok. 2,5 mld pozostałych ludzi na planecie...!

Zdanie to podsumowuje dłuższy wywód na temat potężnego rozwarstwienia ekonomicznego, które z roku na rok jest coraz większe. I posuwa się dalej. Dodam jedynie, że zdanie to pochodzi chyba z końca lat 90! To, co jest teraz!?


A ja jąłem się zastanawiać, czy analogicznie można to przełożyć na fotografię. Czy wraz z GIGANTYCZNYM otwarciem dostępu do fotografii przez cyfryzację wzrosła liczba wybitnych fotografów?

Oczywiście obraz ten może być mocno zafałszowany, bo epoka Internetu pozwala nam po prostu poznać więcej fotografów niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, ale tych wybitnych jest więcej czy nie!?


Ja niestety mam wrażenie, że obie te wartości (ilość aparatów i wybitność) nie rosną proporcjonalnie. Wręcz rozbiegają się...:(





niedziela, 19 października 2008

Wzorem Amerykanów...


Ponieważ mówi się (it's said), że Amerykanie przodują we wszystkim więc i ja idąc w ślady fotografów zza oceanu, robię swoje miasto. I jak... czy wpisuję się lepiej w postulat BW Rudolfa...?:)









Gdańsk, 2008



sobota, 18 października 2008

Fotograf NN... Dan Chang


Co jakiś czas zamierzam publikować tutaj fotografie, które nie są dziełem głośnych nazwisk ani wybitnych autorytetów. Po prostu są to zdjęcia fotografów nieznanych nikomu - NN.

Pierwszym z nich jest Dan Chung. A to dlatego, że przeżywam jakaś fascynację czarno-białą fotografią miejsc. Samych miejsc. Taka trochę wersja tych kolorowych fotografii miast amerykańskich.

Oto fotografia Dan'a, która bardzo przypadła mi do gustu.


fot.: Dan Chang, Exxon Station

fot.: Dan Chang, Untitlted



PS
No i dzięki SimOn mamy tego więcej TUTAJ :)





piątek, 17 października 2008

Annie Leibovitz - kawa Lavazza czy chrzan...?


Dla mnie zapach kawy to przede wszystkim wspomnienie z dzieciństwa mojej mamy w niedzielne południe siedzącej w swoim fotelu, ubrana elegancko. Przed nią na stole stoi parująca kawa robiona na styl PRL (całe te fusy itd) i roznoszący się po całym mieszkaniu zapach tej substancji. Tak drażniący, ale tak ciepły zarazem.


Kawa dla Annie Leibovitz to mieszanka MEGA kiczu i braku spójnego pomysłu. Jestem jak na razie totalnie rozczarowany efektami tegorocznego kalendarza Lavazza... ;(

Kiedy dowiedziałem się, że będzie go robić Annie, liczyłem w duchu na coś naprawdę z jej najlepszych lat. Dostałem jakąś mieszankę nieudolną Davida Lachapella i Guy Bourdin. Bardzo mi żal tego kalendarza. Ucieka w stronę, której nie rozumiem i jest moim zdaniem złą kontynuacją wcześniejszych "dokonań". Natłok środków i włożona kasa idzie na marne...

Do chrzanu z taką fotografią... Kalendarz Lavazza 2009


fot.: Annie Leibovitz (Lavazza Calendar 2009)



czwartek, 16 października 2008

Rzut bumerangiem Tomaszewskiego...


Czekałem i czekałem. Aż w końcu znalazłem czas aby oglądnąć zdjęcia Tomaszewskiego w NG pod tytułem cyklu "Rzut beretem". W tym czasie przetoczyła się już ożywiona dyskusja w odwiedzanych przeze mnie miejscach. Edytorka GW zrobić postanowiła nawet wywiad telewizyjny z autorem... i ten wywiad umieszczam poniżej, bo są tam zawarte zdjęcia.

No i teraz jestem w kropce, bo autorka bardzo ceni i lubi pana Tomasza. Ja w sumie też go cenie, lubić nie umiem, bo nie znam.

Ale Beata Łyżwa-Sokół (bo to ona jest wspomnianą edytorką) idzie dalej i pisze, że Tomaszewskiego zdjęcia wsi to "przygoda intelektualna i uczta wizualna".

A ja ma fatalne uczucie, że te zdjęcia nie są ani ucztą, ani przygodą. Mam natomiast wrażenie, że Tomaszewski kręci się i powraca do ogranych chwytów jak bumerang rzucony między odbiorców.
Nie chciałbym pójść za daleko i napisać, że Tomaszewski nie pokazuje nic nowego, odkrywczego... ale korci mnie by wytknąć mu brak rozwoju. Te zdjęcia nie są dla mnie żadną ucztą, bo takie widoczki są może i chwytliwe (te kadry z dziewczynką i komórką, te bramki z żerdzi...), ale to już było!
Dziesiątki razy. Robili to ludzie mniej znani i nie mający takiej siły przebicia co Tomaszewski, ale już byli tam. Tak samo ustawiali te dzieci i tak samo kadrowali te konie.

Świat reportażu poszedł daleko dalej...
Dlatego mnie zdecydowanie obecnie bardziej wciągają reportaże robione przez młodych ludzi z tym złamaniem zasad klasycznej kompozycji i oświetlenia. Nie chcę zabierać chwały kunsztu klasycznego podejścia, bo estetycznie te prace mają wszystko na swoim miejscu. Nie odważyłbym się jednak nazywać ich ucztą, a cały cykl (mam wrażenie) zaczyna aspirować do jakiegoś przełomu w pokazywaniu polskiej wsi. Ja wiem?

Może to byłoby chwytliwe parę lat temu, przed przystąpieniem do UE... wówczas też była moda na pokazywanie "polskiej wsi" przez dziurę w płocie i w kadrze z furmanką.

Jeśli to ma być obraz polskiej wsi... to jest on niepełny i często po prostu stylizowany pod potrzeby konkretnego kadru. Szkoda.

Kompletnie też nie zgadzam się z opinią Autora, że ludzie wstydzą się niby mówić, że jadą na wieś do rodziców. Stopień uogólnień w tym wywiadzie poniżej jest zatrważający... szkoda, że nie ma zakazu wypowiadania się dla autorów o swoich pracach. Zdjęcia mówiłyby więcej same. A tak.... zagadane ideologią dobre, ale nie wybitne zdjęcia.

Tyle ja... a teraz pan Tomasz...



Dotyk...


Dziś o dotyku. Można wszak dotykać różnie.
Delikatnie, czule, tkliwie, szybko, subtelnie, drażniąco, przelotnie, mokro, źle....


Trzymam w ręku fiszkę w rozmiarach mniej więcej 10x13cm. Podnoszę ją do oka na jasnym tle okna. Blok z drugiej strony tak przeszkadza, ze zadzieram głowę wyżej i wyżej, aby tylko nic nie zakrywało czystego nieba.
Dotykam stworzonego dzieła.

Delikatnie, wręcz czule, czubkiem kciuka i palca wskazującego ściskam mocno, aby nie wymsknęło się na podłogę...
Rękawiczka bawełniane znaleziona gdzieś w hurtowej ilości na Alledrogo leży na stole. Jakoś nie mam chęci pozbawiać się tego jeszcze mokrego dotyku błony wyjętej z kuwety.

Tkliwie obracam stronami szukając najlepszej perspektywy dla oczu. Zapach utrwalacza skapującego z dolnego rogu na koszulę wreszcie odrywa mnie od magicznego obrazu.

Szybko chwytam w rozwarte palce brzegi materiału i ponownie zanurzam w wodzie. Subtelnie, aby nie drażnić powierzchni światła załapanego między sreberka. Płukanie.

Przelotnie muskam mokrymi od wody opuszkami powierzchnię negatywu aby poruszyć go. Cały czas kadruje w głowie i doszukuje się błędów naświetlenia.

Źle byłoby zbyt długo machać w powietrzu tym "kawałkiem mnie" więc otwieram niedojedzoną paczkę czipsów i plastikową klamerką zaczepiam fiszkę wynosząc ją wysoko, wysoko, aż do karnisza.
Uchylam okno.
Materiał faluje lekko.


Ech... magia.


środa, 15 października 2008

"Każdy orze jak może...

.. i gdzie może się pcha
Jedni do akcji W, drudzy do akcji H..."

Boy-Żeleński


Złota myśl w sumie. Jak by jej nie trawersować (ulubione ostatnio słowo komentatorów politycznych), to będzie pasowało. Do fotografii też pasuje.


Ktoś zlecił komuś zrobienie kalendarza dla firmy. Duża firma. Własne biuro ma i sekretarkę ma, i nawet dwie windy są. Fotograf przedstawia swoją koncepcję. Marketingowy guru z 11. piętra (wyżej jest tylko piętro 12. i prezes) kiwa głową i poklepuje sam siebie po kolanach z zadowolenia, bo to i tanio będzie i plusik jakiś na Święta przed "czwartym piętrem".

Fotograf czyni swą powinność i tydzień później grafik już wpakowuje cycastej dziewczynie długie stalowe pręty między biust za pomocą narzędzia 'pędzel' w fotoszopie.
Pręty lśnią w blasku 500-watowej lampy produkowanej w pokoju z bardzo niskim sufitem w odgłosie jedynej państwowej stacji radiowej China Broadcasting Corp.
Lampa jednak się sprawdza, bo tak cycata blondyna, jak i stalowe pręty dało się oświetlić prawidłowo.

Gotowy projekt trafia na 12. piętro. Marketingowiec tłumaczy zaciekle świcie prezesa zamysł koncepcyjny, zaangażowane środki (niewielkie) oraz idee przewodnią wystających prętów spomiędzy obfitego biustu modelki (nie wspomniałem, że jest ona jego koleżanką z liceum, która jako pierwsza pozwoliła mu oglądnąć swój biust w zaciszu szkolnej toalety).

Cisza przedłuża się nieznośnie. Projekt wydrukowany na specjalnie do tego celu zakupionej drukarce z tuszem K3 (firma kupiła go sugerując się trwałością tuszy) krąży z rąk do rąk członków świty.


Ranek dnia następnego był jak zwykle szary o tej porze roku. Marketingowiec i specjalista od fotografii reklamowej w jednym podjechał swoim służbowym autem pod biurowiec. Niedziałająca karta wejściowa (te problemy zdarzały się już wcześniej) nie była niczym zaskakującym.
Natomiast niedogrzany pokój już delikatnie rozzłościł marketingowca. Brak dostępu do poczty firmowej też świadczył o tym, że firma zatrudnia kiepskich administratorów. Nadal jednak były to tylko standardowe problemy poranne.
Jednak już wyłączony telefon służbowy i dziwne kartony stojące przed pokojem zdumiały go.


Krótki komunikat w prasie branżowej, w rubryce "Przetasowania" kilka dni później brzmiał:

"Jan Kowalski - Dyrektor Pionu Marketingu elektrowni jądrowej "Ciemna Chmura" odszedł na własną prośbę do konkurencyjnej firmy zajmującej się produkcją kabli przemysłowych"


Cały nakład kalendarza reklamującego uranowe pręty paliwowe został spalony na podwórku firmy, tuż pod blokiem reaktora drugiego.



PS
Zaczyna się czas produkcji kalendarzy firmowych... ciekawy cza dla fotografów... ;)




wtorek, 14 października 2008

Znalazłem ciekawego fotografa


Właśnie trafiłem na tego ciekawego fotografa...
Polecam serdecznie, fajne portrety. Te rodzinne są nieziemsko "ciepłe"...

Michael Dorr


fot.: Michael Dorr



Mężczyźni robią lepsze zdjęcia

No...
Ykm.. przełykam ślinę, bo czuje w kościach, że będzie źle... :)


No, ale spójrzmy... Na świecie jest więcej kobiet tak?

Więc statystycznie rzecz biorąc, powinno być kobiet więcej w każdym zawodzie, ew. w każdej dziedzinie.
A jakoś się tak składa, że wybitnymi fotografami są zdecydowanie częściej mężczyźni...!

Już nie chcę przeginać i cofać się do czasów Kertesz'a, bo wówczas status kobiety był trochę inny niż dziś, ale nawet w XXI wieku, zdecydowana większość wybitnych fotografów to jednak faceci.

Na dodatek w innych dziedzinach też tak jest. Przykład?
Mieszkając praktycznie całe życie na sopockim hipodromie, zawsze dziwiłem się, że w tych stajniach widuje praktycznie same dziewczyny, nastolatki czyszczące konie, a mistrzami w skokach są prawie wyłącznie faceci...?

Pytanie brzmi - why?
Dlaczego kobiety w mniejszej liczbie sięgają najwyższych zaszczytów i dlaczego ich fotografie nie zyskują takiego uznania jak męskie wersje tych samych często tematów? Przecież nie trzeba robić analiz, żeby wiedzieć, że wśród reporterów, streetowców czy też fashion jest więcej facetów.

A może wystarczy dodać znak zapytania do tematu tego wpisu?


fot. Diane Arbus (źródło: photography-now)






poniedziałek, 13 października 2008

Stawiam na Stawiarza...!


Czy tylko mi się wydaję, czy nikt o tym jakoś nie wspomniał?

Marcin Stawiarz wygrał konkurs organizowany przez Pilsner Urquell "IPA International Photography Awarod 2008" w kategorii Nonprofessional Photographer of The Year: "Architecture".

Marcin - gratulacje!
Szkoda, że polskie media branżowe o tym milczą :( bo nie znalazłem tej informacji... ech...



fot.: Marcin Stawiarz - jedno ze zdjęć z nagrodzonego cyklu "British style"


Kolejny polski akcent to Weronika Gęsicka, która zwyciężyła w kategorii Natura wśród amatorów. Brawo!!

fot. Weronika Gęsicka


Są też kolejne nazwiska słowiańskie. Zapoznajcie się z listą zwycięzców...





Ile za reportaż...?


Na kanwie krótkiej polemiki z Twardzielem w poprzednim wątku, zacząłem się zastanawiać nad komercją..?

Znaczy nad tym, ile zarobić powinien fotograf, który ma do zrealizowania taki projekt reportażowy dla gazety?


Zakładam, że redakcja daje na wykonanie reportażu miesiąc. W tym czasie fotograf ma w porozumieniu z autorem ustalić czego oczekuje wydawca. Zdjęcia mają być ambitne... nie mają jedynie ilustrować materiału tekstowego, ale wnieść własną jakość. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że charakter gazety wręcz wysuwa fotografię na plan pierwszy.

No i pytanie... ile trzeba założyć budżetu na wykonanie takiego reportażu i le Waszym zdaniem jest wystarczające, aby chciało się fotografowi zrobić taki pomysł.


Czynnik nazwiska fotografa odkładamy na bok, bo tutaj pewnie można dołożyć i 100%.


sobota, 11 października 2008

'Zorka Project' wkłada obcasy...


No niestety. Kibicuje dziewczynom odkąd stało się o nich głośno, a nawet wcześniej. Dwie Moniki - Bereżecka i Redzisz wkroczyły z impetem na scenę reportażu i eseju fotograficznego kilka lat temu już chyba. Złamały pewne tabu dotyczące reportażu, jego ingerencji w człowieka a jednoczesne wypracowały własną formę dla portretu, który dla mnie przestaje być tylko wystylizowaną pozą (nawet na golasa), ale staje się lustrem. Podobało mi się to. Bardzo.

Otwierając ostatni numer Wysokich Obcasów niestety zawiodłem się oczekując po kolejnej pracy duetu Monik tego samego co wcześniej.

Ja wiem. Zaraz ktoś zarzuci mi, że to jest materiał ilustracyjny, że taka forma dziennikarska narzuca ramy i
ściąga cugle wyobraźni fotografa. To nie jest jednak dla mnie usprawiedliwienie.

Materiał "Dziedzictwo", który opowiada o rodzinach, w których wszyscy zajmują się tymi samymi dyscyplinami co pradziadowie, dziadowie i rodzice jest ilustrowany zdjęciami (kwadrat oczywiście) 'Zorki Project'. I są to zdjęcia słabe.
Są to zdjęcia bardzo słabe.
Bez polotu.

Bez pomysłu.
Czuję tak trochę przez skórę, że robiąc je, Moniki męczyły się strasznie. Starały się coś wycisnąć.
Może i miały jakiś przebłysk, ale siadło to wszystko.

Ot, postawione, posadzone dwie, trzy, cztery osoby i cyk.


Bardzo mnie zmartwiła ich decyzja o poddaniu się komercji. Coraz więcej ich w prasie, która ambitną się nie wydaje. Bardzo żałuje, że dziewczyny wkładają damskie obcasy... miękną.

Dziewczyny - trzymam kciuki za Wasz powrót do autorskich prac i projektów. Takie foty, to robi za wierszówkę pierwszy lepszy reporter GW.
Nie sprzedawajcie się w marnej formie za marne pieniądze...

FOTOGRAFIA - to jest ważne!


Wysokie Obcasy, nr 40, 11 października 2008
"Dziedzictwo", tekst: Monika Redzisz, fot.: Zorka Project
(niestety nie mogę tego jeszcze znaleźć w sieci)




piątek, 10 października 2008

Polecane na weekend...


Wielu z Was go zna, ale ja nie miałem pojęcia, że jest tak wydajny... przy zachowaniu niezłego poziomu. Maniera wspomagania się flashem trochę mnie razi, ale generalnie wspaniałe i tragiczne opowieści w high-color. Dwa dni nie wystarczą... :)
- Brent Stirton

fot.: Brent Stirton


Z obu stron...


Dzięki uprzejmości "Tajemniczego Zmieniacza Nicków" posiadłem obraz siebie w czasie pracy i jednocześnie mam nieudany efekt tego zabiegu. Lubie takie złożenia u innych więc i sam prezentuje, dziękując jednocześnie Tajemniczemu ;)


fot. Robert Kresa


Polaroid 55, pozytyw



Jesień idzie, nie ma na to rady...



Pomimo, że Polaroid 55 zawładnął moim umysłem w stopniu niespotykanym od wielu lat u mnie, nadchodzące kolory jesieni systematycznie sprawiają, że otwierana co dzień lodówka i leżąca pod jajkami paczka Fuji wydaje się wyciągać do mnie ręce w geście rozpaczy i wołać:
- Bierz mnie! Rozpakuj jak paczkę świąteczną... odwiń jak cukierka po miesięcznym poście... drzyj me opakowanie jak papier śniadaniowy..... Naświetl mnie draniu!

I co ja biedny mężczyzna mam zrobić, skoro ta paczka tak bardzo chce...? W dodatku wpisuje się w me jesienno-banalne chcenie koloru.

Zawieszam więc na kołku czarno-białą wyobraźnie. Zatrzymuje kadr w głowie na ostatniej monochromatycznej kompozycji i przestawiam dźwignię w mózgu na pozycję: 'kolor'.


Idę w lasy, pola i jesienne mgiełki nad morzem. Idę szukać leku na zimne poranki. Ciepła kurtka, ciepłe buty i wio... spadajcie wszyscy na dwór!

Ale już!


Park Oliwski
jesień 2001


Olek Grotowski - Jesien idzie


czwartek, 9 października 2008

Głód wiedzy...


Od dłuższego czasu mam ochotę pójść na jakiś kurs, warsztaty fotograficzne. Tak, abym się czegoś nauczył od ludzi, którzy (jak mniemam) organizując takie zajęcia uważają, że mają mi coś do przekazania.

Trochę ironicznie to piszę, bo z własnego doświadczenia wiem, że aby kogoś czegoś nauczyć trzeba posiadać dwie rzeczy: wiedzę i umiejętność jej przekazania.

Rzadko zdarza się niestety, aby w jednym człowieku lub podczas jednego wykładu, warsztatu spotkać osobę , która posiadła obie te cechy. Jeśli chodzi o fotografię, to tym bardziej trudna to rzecz, bo jest to dziedzina sprawdzalna jedynie w praktyce. Teorie filozoficzne można sobie przyswoić i tak są niesprawdzalne, ale sztuka praktyczna wymaga dużego wkładu uczącego.

No i szukam po sieci różnych takich "szkół" co to organizują takie szkolenia i sam nie wiem czym mam się kierować?!

Wysokością wpłaty (ta czasami przeraża)?!
Są tacy sztukmistrze, co biorą ponad 4000zł za dwudniowy spacer po mieście :)
Są też minimaliści - 200zł za godzinę w studio.

A może lepiej nazwiskami ?!
Tutaj bogaty wybór się zrobił, bo teraz każdy komercyjny fotograf dorabia w milionie "szkół" i "akademiach" fotograficznych. Niektóre redakcje nawet postanowiły nazwać swoich pstrykaczy Mistrzami i zrobić kurs online - totalna ściema!;)

No, a może lepiej opinią w komentarzach do poprzednich edycji?!
Jednak mam wrażenie, że ludzie nie zaprzątają sobie głowy relacjonowaniem jak było, a poza tym skąd mam wiedzieć czy się gość czegoś nauczył?!



Czyli co...? Pozostaje mi metoda prób i błędów? Szkoda mi czasu trochę...

W sumie widzę, że te moje dywagacje zmierzają do poruszanego wątku u Rudolfa - Jak Znaleźć Mistrza?
Chmm...

Gdańsk, Główne Miasto
lato 2008





środa, 8 października 2008

Czy musi się znać...?


Od lat byłem zwolennikiem łatwego i bezpiecznego stwierdzenia dotyczącego krytyki fotograficznej. Mianowicie, na zarzut w kierunku krytyka, że się nie zna i jego opinia jest g... warta, bo nie jest fotografem - niezmiennie odpowiadałem: czy trzeba być Augustem Renoir'em lub Rembrandt'em aby móc ocenić ich malarstwo i wyrazić swoją opinię!?
No nie trzeba.

Taką też postawę przejawiałem na wszystkich forach galeriach, gdzie padały zarzuty w moim kierunku, że skoro nie robię aktów, to lepiej abym nie oceniał ułożenia modelki i ilości oliwy, która autor spryskał płoche dziewczę.


Mija trochę czasu i jakoś tak przed czterdziestką zaczynam waloryzować cześć ze swoich poglądów. Zwłaszcza tych dotyczących co komu wolno i co komu przystoi...
Trochę się tego boje, bo to prosta droga do idei formacji politycznej, która wczoraj zaproponowała jakieś idiotyczne referendum... Niedługo zaproponują referendum w sprawie robienia referendum... Ale uciekam od polityki.


Oto bowiem, dopóki sam byłem jedynie krytykiem widziałem połowę prawdy. Wraz z uzyskaniem statusu obiektu krytykowanego (zgodnie z własnymi hedonistycznymi i ekshibicjonistycznymi dążeniami) sam stanąłem przed dylematem: które z krytyk traktować poważnie.
Każdy chciałby aby jego zdjęcia skrytykował taki Nachtwey lub Avedon, no ostatecznie dla niektórych wzorami są reporterzy z Wyborczej :) Chodzi jednak o to, aby krytykujący reprezentował sobą COŚ.

Mam odwieczną zasadę, dzięki której jest mi łatwiej przeżyć gorzkie słowa krytyki... zawsze staram się dowiedzieć coś na temat twórczości autora krytyki. Zazwyczaj moja intuicja mnie nie myli i znajduję twory, które pozwalają mojemu sumieniu spokojnie ominąć i przełknąć pigułkę, która nie jest już tak gorzka :)

Problem jednak jest.
Bo czy droga zmierzająca do tego, że krytykować będą siebie wzajemnie wyłącznie specjaliści w danej dziedzinie, nie jest drogą donikąd?

Z drugiej strony, kto zna temat lepiej niż spece...?

Ech...



wtorek, 7 października 2008

The Great Picture Project


No nie... z serii zakręconych oszołomów :)



Jak nie brudzić w łazience...

... wywoływaczem :)

Na kanwie ostatniego zmywania podłogi w łazience i potrzeby wykonania ręcznie odbitki w najbliższych 3 miesiącach, zacząłem szukać alternatywnych rozwiązań do klasycznego rozkładania kuwet po małej, ciasnej i dusznej łazience.


I oto... ktoś podrzucił mi taki ciekawy link - Nova Darkroom Monochrome Processor
Wszystko w jednym pudełku.


Ciekawy pomysł, myślicie, że realnie da się to wykonać?




poniedziałek, 6 października 2008

Czym jest fotografia....


Każdy ma swoją prawdę na ten temat.
Dzisiaj posłuchajmy, jak widzą to Darek Gdaniec i Paweł Kosicki


I
wywiad cz I - Pawel Kosicki i Dariusz Gdaniec - styl zycia foto

II
wywiad cz II

Całość pochodzi z audycji w Radio Gdańsk z 9 września 2008 roku.



Konkurs Linhof polecam....


Niestety, tylko i wyłącznie dla tych co mają w kieszeniach fiszki minimum 4x5 cala :)

Linhof Young Photographer Award 2008


W skrócie:

  1. wiek maksymalny - 35 lat
  2. profesjonaliści i amatorzy
  3. wielki format
  4. temat: "Human Cityscapes"
  5. 5-8 zdjęć (min. 20x30cm, max 30x40cm)
  6. zdjęcia wykonane w 2008 roku
  7. termin: 31 marca 2009
  8. nagrody: I - kamera Linhof do 10.000€, II - wyposażenie do 3.000€, III - akcesoria do 1.000€


Plik z regulaminem TUTAJ


niedziela, 5 października 2008

Gonienie króliczka...


Najpierw trzeba znaleźć temat.
Czasami pojawia się on sam i wtedy trzeba mieć komórkę z aparatem...




Następnie przydałby się Towarzysz wyprawy. Kiedy taki się znajdzie i nie marudzi on w czasie całej drogi, a za to ciekawie się toczy dyskurs, to już osiągnęliśmy pierwszy sukces. Czujemy, że żyjemy.

Teraz zdjęcie. Szukanie planu i ogarnięcie nowego zastanego stanu rzeczywistości.




W końcu samo poczęcie. Krótkie. 1/25 sekundy, f:5,6. Tmax 320. Zastane światło.
Etap wywołania w łazience to też esencja...



A to wszystko tylko po to, by zrobić jedno zdjęcie, które podane w sieci co najwyżej uzyska status kolejnego słabego płodu niespełnionego artysty.
Czym więc jest ta fotografia?


Gonieniem za króliczkiem...? :)



Wygrała Magda. Znają się od lat. Agata przegrała (z lewej).



Dbajmy o ludzi.... dbajmy o świat


Mam nadzieję, że wszyscy to już widzieliście. Jeśli nie, to proszę Was, roześlijcie to do znajomych!



W tym jest moc fotografii. A czy świat się zmieni...?
Musimy próbować. Musimy...

Czy mój syn zasypiając dzisiaj w moim ramieniu, oddechem podwiewając mi włosy z czoła mógł być jednym z tych dzieci?
Mógł...

Dbajmy... o ludzi na tej planecie.
Fotograficznie dbajmy.
To jedna z metod.



sobota, 4 października 2008

Polecane... Widmańska Schizofreniczna



Staram się polecać od czasu do czasu na tym blogu autorów, których fotografie mają jakieś znaczenie. Oddają pewne stany świadomości fotograficznej, które we mnie drzemią.

Katarzynę Widmańską znam z fotografii od wielu lat. Trudno mi trochę o niej pisać, bo jej "schizofrenia fotograficzna" jest dla mnie bardzo ciężka do opisania i do sklasyfikowania w mojej hierarchii fotograficznej.
Z jednej strony delikatność portretu w czystej formie, klasycznego, podanego w mgiełce światła i z delikatnością przynależną kobiecej dłoni, a z drugiej "malowane" foto-obrazy oparte jedynie na wyjściu na fotografii.

Co lubię bardziej?
Nie wiem sam.

Od strony czysto estetycznej uwielbiam jej "malowanki", "postarzanki" i wszelakie przeróbki w strukturze obrazu. Ta poobdzierana warstwa finalna robi mi - jak mawiają moje kuzynki z liceum. Katarzyna umiejętnie podbija jeszcze w górę słupek rtęci w moim termometrze delikatności poprzez te zabiegi. W i tak już subtelnej tkance pierwotnej fotografii domalowuje jeszcze kilka warstw świateł.


Z trzeciej jednak strony, mam okropną wewnętrzną potrzebę odrzucenia tego finalnego dzieła jako fotografii, bo fotografią już w moim odczuciu przestaje to być... nie zmienia to wartości artystycznej oczywiście. Niemniej, chyba z wiekiem staje się coraz większym purystą fotograficznym i zabiegi niezbędne do prezentacji zdjęć w sieci ograniczam do minimum. A może to brak talentu w malowaniu ręcznym zdjęć ?:)


Dodatkowym punktem, w którym Katarzyna mnie rozbraja jest jej... (z przeproszeniem) płodność :)
Nie zliczam nawet zdjęć na plfoto, ale ich ilość mnie przygniata ;)

W każdym razie, jeśli chcecie wiedzieć czym jest współczesna fotografia w Polsce, o której tyle gadają ostatnio te wszystkie jajowate głowy z portali internetowych, to zajrzyjcie do Kasi!

Polecam!


fot.: Katarzyna Widmańska (źródło: http://www.widmanska.com/)




czwartek, 2 października 2008

Prawdziwa cnota...


... i sami wiecie co dalej.


Krytyka w sztuce i między innymi w fotografii schodzi na psy.

A dokładnie, na psy schodzi to, że ludzie nie umieją ani przyjmować krytyki, ani jej prawić. To dziwne w sumie, bo już starożytni Grecy uczyli się krytykować. Nazywało się to inaczej wówczas (warto poszperać w Google), ale zamiar był ten sam: w umiejętny i inteligentny sposób (czyli nie wprost) wyrazić swoją opinie o idei, która stawała na panelu pośród zebranych.

Teraz ani jedno, ani drugie - czyli celna i cięta riposta - to już rzadkość. Jakże boleje nad tym. Oto bowiem większość dyskusji zaczyna się o kończy w jednym i tym samym miejscu - mianowicie ludzie nie potrafią się słuchać, a w internecie nie potrafią czytać. Nie dość tego, wszyscy chcą być tylko gładzeni po głowie. Czym dłużej są, tym bardziej przyzwyczajają się do tego i trudno im przyjąć nawet sugestię, że nie są boscy. A jak już ktoś coś napiszę nie tak, to nie umieją zmyślnie wejść w dyskusję. Wytaczają działa, które mają się nijak do całości sprawy.


Coraz częściej ręce mi opadają kiedy na jedno napisane zdanie, ktoś obrzuca mnie inwektywami tylko dlatego, ze w jego głowie zrodziło się jakieś wyobrażenie tego, co niby ja napisałem (choć tego nie napisałem). Więc szybko żegnam takie grono. Problemem jest to, że coraz mniej jest miejsc poświęconych fotografii gdzie ludzie nie obrażają się na oponentów i grecka sztuka retoryki jest podtrzymywana.

Proszę Was Czytelnicy tego bloga - hołubmy te wiedzę. Hołubmy też zasadę prawa do odrębnego zdania co do naszych fotografii u innych.

Mało tu o fotografii, ale tak jakoś wyszło. Na koniec za to będzie zdjęcie :)



Gdańsk, Główne Miasto
czerwiec 2008


Współczesny MugShot...


Urocze info dziś wygrzebałem. Oto aresztowany 1333 razy Amerykanin Henry Earl. Przy każdej prawie okazji robiono mu zdjęcia na komisariacie.
Czy to jest podobne do MugShot?:)

Ale myślę, że niejeden współczesny kurator z pewnością z wielką pompą zrobiłaby wystawę z tych zdjęć na przykład w CSW :)





Nie oglądajcie do końca. Nie warto... choć gość sympatyczny.



środa, 1 października 2008

James Nachtwey i jego życzenie...


Nagroda "TED Prize" jest szczególna.
To nie tylko pieniądze, ale to możliwość urzeczywistnienia swojego marzenia.

Jakie marzenie chciał zrealizować i zrealizuje znany wszystkim nam James Nachtwey...?
Już pojutrze, 3 października..

Zobaczycie sami -







Ten post jest tylko dla oszołomów...

...więc Ci, którzy nie są zadowoleni, że o fotografach piszę jak o wariatach niech nie oglądają poniższego filmu.

Mi słów brakuje więc tym razem zostawiam Was sam na sam z tym... no nawet nie wiem jak to nazwać...
W każdym razie dołączam John'a Chiara do grona naćpanych oszołomów fotograficznych ;)


Dzerry - dzięki za link!