poniedziałek, 29 września 2008

Wiewiórka trzyma żołądź...


Kanał dla dzieci.
Godzina 19:47. Clifford (taki pies czerwony).
Scena z dziewczynką, która daje gumową zabawkę swemu psu (Horhe). Zabawką jest wiewiórka. Lektorka podkładająca głos czyta:
- Zobacz Horhe jak wiewiórka trzyma żołądź...

Lapsus jakich mało, ale słodki :)


Tak samo słodkie i "lapsusowate" są czasami przygody z fotografią.
Studio, lampy, statywy, tła i cały ten ambaras zwalił się na głowę jakoś tak niespodziewanie. Rzadko łapię światło sztuczne w puszkę mojego aparatu. Nie rozumiem tego światła. Te rozkłady, te kontrasty, te zmiękczacze.... trochę mnie to przeraża. A do tego człowiek musi jeszcze zapanować nad modelem. Ech...

No, ale... wyzwanie.

Mierzę więc to, co niemierzalne jeszcze wciąż dla mnie. Kombinuje. Wreszcie naświetlam klatkę. Następną. I znowu. Materiał rzadki przelewa się przez aparat za szybko.
Coś nie gra.

- Piotr przymknij przysłonę z roboczej na zmierzoną! - wydaje się mówić jak do Horhe moja własna podświadomość :)


No właśnie. Żołędzia powinna trzymać wiewiórka, a iczek powinien przymykać przysłonę.


sobota, 27 września 2008

Kto jest autorem zdjęcia?


Wiemy, że są uznani fotografowie (a może już fotograficy), którzy "robią" zdjęcia nie dotykając aparatu. Ba! - oni nawet sami przyznają się, że ich cała ta technika mało interesuje. Oni mają wizję, a aparat staje się jedynie kolejnym narzędziem do jej urzeczywistnieniu.

Nie chcę tutaj zaczynać pierwiastkowej dyskusji na temat już wielokrotnie maltretowany i sprowadzający się do dotyku palca na spuście itd...


Niemniej, strasznie mi ostatnio leży na wątrobie taka oto sprawa związana z fotografią kreacyjną, akurat konkretnie fashion.
Otarłem się o nią i nadal się ocieram niejako...

Znam wizażystkę. Lat parę. Ona malowała na długo wcześniej niż ja ustawiałem pierwszą modelkę na planie. I wspólnie coś udaje nam się zrobić. Z biegiem znajomości, nasze wspólne sesje zaczęły się rozrastać
stylistycznie i generalnie zwiększaliśmy zaangażowanie środków wyrazu (cóż za piękne określenie).
No i stało się. Razu pewnego dotarło do mej pustej czachy pytanie: jakie jest moje miejsce w tym duecie, a czasami i trio, które stało za kolejnymi zdjęciami, sesjami z moim udziałem. Gdzie kończyła się lub gdzie w ogóle zaczynała moja rola?

Czy jestem autorem zdjęcia, które stworzyła moja wizażystka? Czy stylista pozostawia fotografowi na tyle wolną przestrzeń w aranżacji sceny i modela, aby tenże mógł nazwać efekt końcowy swoim produktem?
Czy zdjęcia fashion można podpisywać tylko nazwiskiem fotografa?
Może cała "lista płac" powinna być dodana
pod każdą fotą nawet takich tuzów jak Eugenio Recuenco, Erwin Olaf czy David LaChapelle (zresztą część z nich o to dba).

Czy sama kontrola światła daje mi prawo nazywać się autorem?
Ależ mnie to gniecie....!
Taki Alkos - bierze aparat, patrzy (lub nie) i wali fotę. Jest autorem. To proste.
A Rudolf - idzie w noc, rozstawia statyw i naświetla 5 godzin. Jest autorem.

z serii "Zepsute"



piątek, 26 września 2008

Fotograficzny oszołom...


Tak się czasami zastanawiam nad faktem, że fotografowie bywają często bardzo skryci. Znam nawet takich, co praktycznie nic nie mówią, boją się ludzi i przeżywają prawdziwe katusze gdy mają zaaranżować jakąś scenę. Ponoć Ci cisi są najwięksi artystycznie.

Są tez tacy, co dużo ryczą i mało wywoływacza dają. Ci są wszędzie i wszystko wiedzą i wiedzą jak ustawić modela i jak załatwić sobie sesję opakowań do herbaty, a czasami i kefirów.

Są też wreszcie oszołomy. Walczący z wiatrakami niczym Kichot Don i sprawiający wrażenie zupełnego oderwania od namacalnej tkanki społecznej.

I kurcze tych uwielbiam najbardziej!
Obcowanie z takimi "wariatami" powoduje, że inaczej spoglądam na własne wariactwa. Niewinne w sumie i nieszkodliwe.

Jestem nim - oszołomem.
W pełnym wydaniu.
Epitet ten mam wypisany na czole i wygrawerowany pod pachami. A nawet wtopiony w 'trybala' na lędźwiach. Ostatnio nawet myślałem nad tym, żeby sobie zrobić tatuaż między piersiami w kształcie Graflexa, ale musiałbym się golić regularnie, a maszynki strasznie drogie, te Gillette zwłaszcza.

Dlatego zastępuję grawerkę naświetlaniem kolejnych klatek. Walczę z duchami w postaci "WszystkoWiedzącychSpecjalistówOdFotografii" i od czasu do czasu liczę na to, że ludzie nie czytają wszystkiego wprost i mają wyobraźnie, która pozwala im sięgnąć w głąb... Czasami w głąb mnie, a czasami w głąb fotografii, którą widzę jak widzę.

Trzymam sztamę z równie zwariowanymi ludźmi i błogosławię każdy wpis, w którym wyczuwam odrobinę inteligentnego szaleństwa. Dlatego tak lubię czytać komentarze Wasze...

Goszczę tutaj ludzi równie oszalałych.... niektórzy się przyznają, a inni walczą z tym. Każdy jednak z Was na swój sposób imponuje mi fotograficznym wariactwem...

Dziękuje Wam!

czwartek, 25 września 2008

Komu zależy na fotografii


Czy większą dbałość o fotografię przejawia etatowy gadacz i teoretyk czy też może łażący po ulicy "naćpany fotograficznie" amator?

Nie, wcale to nie jest retoryczne pytanie. Oto przeczytałem gdzieś, że szykuje się jakaś kolejna "dyskusja" na temat współczesnej polskiej fotografii. I jak zobaczyłem listę "dyskutantów", to pomyślałem sobie, że to cudownie iż takie "dyskusje" odbywają się w zaciszu małych knajpek lub redakcji jakiegoś portalu i relacja z nich ujrzy świat jedynie na stronach promującej owo spotkanie strony w sieci. I za 5 minut przykryje tego newsa kolejne 50 newsów z rodzaju: Sony wypuszcza matryce 4545mln, a zaraz potem sprostowanie, że to będzie jednak 4546mln :)


Po czym udaje się na spotkanie z 3 ćpunami fotograficznymi w Ferberze w Gdańsku i po trzech zdaniach wiem, że rozmawiam o prawdziwej fotografii z prawdziwymi znawcami! Czapki z głów chłopaki. To MY, a nie te napuszone, teoretyczne, gadające autorytety wiemy co to fotografia. MY ją tworzymy swoimi amatorskimi fotami i MY wraz z setkami nam podobnych pchamy ten wózek w przód pamiętając o tym co już za nami.

Patetycznie cholernie to brzmi, ale mam dziś wojowniczy nastrój i widzę przyszłość jasną i wielką!
Ale tylko jeśli udział w niej wezmą tacy sami wariaci jak moi koledzy. Więc trzymam łapki zaciśnięte na resztkach Polaroida co mi w szafie leży i liczę na Was Koleżanki i Koledzy spod znaku "Amatorów Co Się Zowią".

A tym wszystkim specom, co analizują zdjęcia, które nawet zdjęciami nie są, proponuje aby spojrzeli tak czasami na fotografię bez tego wyuczonego zadęcia. Ot, może tak jak patrzy Shannon Richardson -

fot.: Shannon Richardson




Deprecha...


Dużo ostatnio malkontentów się pojawiło wśród znajomych.
JEDEN narzeka, że weny nie ma, DRUGI zamyka bloga...

Wszyscy wiemy i nie muszę chyba tego podkreślać, że to klasyczny efekt jesiennej deprechy. Nie wiem czemu, na mnie takie klimaty nie działają. Jestem meteopatą z pewnością, ale jakoś bardziej fizycznie mnie to dopada. A Ci się wzięli i marudzą.

Żeby ich trochę dobić, a jednocześnie aby uczynić zadość moim fascynacjom w kierunku "kiślu" i minimalizmu, o których Rudolf też pisał proponuje Wam Josef'a Hoflehner'a.

Mniam...


fot.: Josef Hoflehner, Oigawa River - Japan



PS
Acha - kolega z pracy zakupił wielki format :)
To się roznosi.... zaraza się poszerza :)



środa, 24 września 2008

"Picturing" in the rain....


Pogoda nas nie rozpieszcza - powiedziałby fotograf w Los Angeles :)

A ja mogę ze spokojną i mokrą głową powiedzieć, że ubóstwiam tę pogodę na jesień. Uwielbiam te nastrojowo szare dni i pękające w głowie pomysły, niczym bańka mydlana nad wanną przekłuta palcem trzylatka.

Światło, które rozkłada się na wilgotnej fakturze skóry przechodniów, aż kusi by ich zatrzymać i skierować brodę trochę wyżej, tak by cienie brwi otworzyły trochę oko na jasna część wykresu rysowanego w głowie.

Zachęcam Was do fotografowania w deszcz. W warunkach, które wymuszają wydłużenie czasu do nieosiągalnych z wolnej ręki wartości rzędu 1/10 czy 1/2 sekundy. Przypominam sobie, jak znajomy dawno temu wyjaśniał mi dlaczego 1/60 jest lepsza do portretu niż 1/1000 :)
- Plastyka Piotr, pamiętaj, że dłuższy czas nadaje twarzy plastyki. Ruchu jakby.

Pamiętam to i ćwiczę coraz dłuższe czasy. Zaczynam pomału zastanawiać się czy nie kupić kamery 8mm lub super 8mm. Takiej za 60zł i projektorek mały i wywołać ten film i te 8 minut (dwa razy po 4) sklecić w jakiś film...!?

- Kup se nowe 5D... podpowie życzliwie ktoś, kto wie, że aparaty teraz kręcą filmy :)

A ja mu odpowiem:
- Spieprzaj Dziadu! :)

Bo to (tfu!) straszne dziadostwo robić aparaty do kręcenia filmów :(

Ale wracając...
Wydłużam czasy naświetlania. Mam jakąś niepotwierdzoną jeszcze tezę, która mówi, iż każda dodatkowa dziesiąta sekundy daje mi wierniejszy obraz zapamiętanej twarzy.


Chmm....


niedziela, 21 września 2008

4x5 w cyfrze... Mamiya...


Powiem tak... kuszące to to.
Detali nie znam. Fotek nie widziałem, ale kusi cholera... :)

Mamiya oto zmodyfikowała swoją tylną ściankę z ZD do pracy z większością aparatów 4x5 cala....
Sliding back pasuje do mojego Graflexa...
Ech...

INFO...

"The adapter consists of a ground glass and digital back attachment area that allows you to critically focus on your subject, make your adjustments, then simply slide the back into position behind the lens.
The Waist Level Finder FW402 for the Mamiya RZ is placed over the ground glass – there is no need to use a dark focusing cloth even in bright sunlight. The finder prevents side lighting from hitting the ground glass and the pop-up diopter magnifies the screen for easy focusing."


Picture Maker or Taker... ?!


Na kanwie wpisu na Światobrazu.pl na temat twórczości Wacława Nowaka, zaadoptowałem tytuł jego cyklu fotograficznego do pewnych rozważań, które targają mną odkąd świadomie zacząłem fotografować.

A więc: czy ja jestem
Picture Maker czy Picture Taker!?

Przyznam, że to złożenie słowne jest idealne do opisu problemów fotografii w ogóle. Odnosić się przecież może zarówno do fotografii konceptualnej, fotografii reportażowej, jak i do każdej innej dziedziny i gałęzi tej sztuki. Wspaniałe!

Odpowiedź na to pytanie czy też na to zagadnienie praktycznie egzystencjalne dla fotografa, stanowić może klucz do zrozumienia wielu obecnie stwarzanych i fotografowanych tematów. A że ostatnio wikłam się osobiście w jakieś przedsięwzięcia z pogranicza sztuki (która sam praktykuje) więc tym bardziej ciekawi mnie Wasza opinia na temat Stwarzania Fotografii i Bycia Zapisywaczem scen na filmie.

Jak rozumiem to ja, zarówno Maker, jak i Taker mogą być fotografami. Ani jednemu, ani drugiemu nie można bowiem odmówić prawa do własnej drogi i własnego widzenia świata przez obiektyw. Tak powiedzmy Newton był dla mnie bardziej Makerem, zaś z drugiej strony postawiłbym w naturalny sposób jakiegoś reportera.
Ale czy na pewno?!

Czy reporter to już nie Maker...?

Zobaczmy na zdjęcia takiego Morrisa z wyborów w USA, o których pisze Blindspot... Oto bowiem, ktoś po kim spodziewalibyśmy się jedynie reporterskiego zapisu stał się prawdziwym Makerem. Tworzy klimaty, stany; snuje opowieść poprzez poetyckość kadrów i kompozycyjne gry z widzem. Ciekawe...

Czy granica Tworzenia i Rejestrowania jeszcze istnieje we współczesnej fotografii. Czy granica się nie zatarła?


Czy Alkos jest "tylko" Takerem, który nie wkracza w świat swoich modeli czy może jednak i on przekracza granice obojętności i rejestracji życia ulicy...? Czy wydobywając pewne detale widziane tylko przez niego nie "zmusza" odbiorcy już od razu do zwrócenia uwagi na to, co on chce? Właśnie...


Cholernie ciekawy temat...


sobota, 20 września 2008

Helmi NEWTON - dziś TVP Kultura!

fot.: Helmut Newton

Spotkajmy się dziś wszyscy przed telewizorami.
O 23:30 na TVP Kultura będzie film o Hemlim Newtonie (sobota).

Warto i trzeba!

PS
A może ktoś by to nagrał na DVD...?




piątek, 19 września 2008

Keep smiling...


W rzeczy samej.

"Łikend" zapowiada się wspaniale. Ładunku spakowane, kasety załadowane, Polaroidy gotowe i zwarte, woda demineralizowana zakupiona w piwnicy tylko czeka aby wypłukać łikendowe efekty.

Pozostaje jedynie przykleić uśmiech do twarzy i rozpocząć polowanie na ciekawe twarze.

No właśnie - przyklejony uśmiech czy naturalna radość z fotografowania?


Dwa tygodnie temu robiłem zdjęcia na terenie Pracowniczych Ogródków Działkowych. Inne świat. I tak jak dotychczas byłem przeciwnikiem tego typu miejsc w mieście, tak obecnie jestem ich gorącym zwolennikiem!
Pewnie wszystko zależy od typu działek i ich wyglądu, ale tam gdzie byłem po prostu wchodzi się jak do Czarodziejskiego Ogrodu pośród ciszy i pięknych jesiennych zapachów dojrzewających jabłek i ciężko nasączonych miąższem jeżyn.

Powolne duchy działkowiczów przesuwają się alejkami z bukłakami wody i w szmerze sączącej się ze starych tranzystorów muzyki. Starsi ludzie. Inaczej obcujący z naturą i inaczej odbierający kontakty ludzkie. Z jednej strony ciekawi nowego, z drugiej nieufni wobec młodych.

Człowiek z wielką kamerą na plecach budzi oba te doznania. Krótka rozmowa i pierwszy model już pyta jak się ustawić i czy nie lepiej będzie na tle tej gruszy, bo śliwka zmarzła tego roku.

Celebrowanie zdjęcia, zmiana miejsca, kolejna osoba. Wynik? 5 osób na 7 zapytanych.
Ale efekt zdjęciowy mniej ważny...

Oto odprowadza mnie do bramki energiczna kobieta w wieku mojej mamy +20 lat i na odchodnym rzuca od niechcenia:
- Ma Pan uśmiech, który otwiera tych ludzi i dlatego się zgadzają. W ogóle się Pan uśmiecha. To ważne.

Konsternacja. Jaki uśmiech? Przecież staram się być poważny, skupiony. Czyżby morda mi się mimowolnie śmiała?


Śmiejcie się do ludzisk. Po prostu. O tak.


wtorek, 16 września 2008

Oj, oj - zanosi się na deszcz....


...tak wołał Krzyś na prośbę Puchatka, aby tego drugiego nie pożądliły pszczoły kiedy wyjadał im miód.

A ja tak krzyczę, bo deszcz łez radości ze mnie płynie gdy oglądam takie portrety jak autorstwa Sean Kernan'a. No i OCZYWIŚCIE robione te portrety są na... Polaroid 55 :)

Mniód Panie, mniód... :)



Kto robi sztukę...?

Czyli - jak robi się wernisaż?

Znaczy na myśli mam wystawę. A pytanie brzmi, jak to się robi?
No bo rozumiem, że jak chce swoje zdjęcia pokazać w New York Gallery to ktoś musi uznać, że są tego warte...? Ale kto?

To samo jeśli chce pokazać je w... barze w Gdańsku lub Warszawie (!).

Kto stwierdza w swej łaskawości, że moje prace spełniają kryteria, które pozwalają umieścić moje nazwisko na liście oczekujących na wystawę indywidualną?

Jak to jest?
Czy decydują o tym paniusie, które są kuratorami i pisują do internetowych magazynów teksty, których poziom językowy jest żenujący albo decydują kuratorki, które zdań dwóch nie potrafią sklecić na temat czterech zdjęć na wystawie lokalnego fotografa?

Kto dał władzę tym wszystkim pseudo-znawcom artystycznym do wyboru tego co ludzie maja oglądać w porządnych galeriach i muzeach?
Bo w knajpie to rozumiem - podoba się właścicielowi to wisi.
Ale w takim np.: Centrum Sztuki Współczesnej w Wawie...?

Czy muszę zrobić takie zdjęcie, którego sens chwyta się dopiero po litrze czystej wódy lub po przeczytaniu encyklopedii wspak?

Ech... szkoda, że czasami o tym co jest sztuką decydują za nas te wszystkie wyedukowane i smieszne postacie znawe kuratorami, profesorami i komentatorami kulturalnymi. Nauczeni przez lata jak gadac w kółko o niczym, doprowadzili sztukę ględzenia do perfekcji. Co za tym idzie - sztuke zagadali. Na śmierć.... prawie.




VIP czy dupa...


Temat znowu trochę z pogranicza fotografii, ale jak bolesny dla mnie malkontenta etatowego.

Znam lab w Gdańsku. A co mi tam... lab się nazywa Ankara.
Byłem świadkiem jego narodzin wiele lat temu jeszcze w miejscu, w którym zapach chemii mieszał się z zapachem wędzonki dochodzącym ze sklepu pod labem.

Potem był dwie zmiany lokalizacji, a ja namiętnie dbałem jako klient, żeby lab miał zarobek. Lab działał też on-line - zlecałem odbitki, odbierałem i płaciłem na miejscu.
Minęło parę lat.
Przez te lata zostawiłem tam gruby pieniądz i poleciłem lab wielu znajomym.

Dwa tygodnie temu Ankara postanowiła zmienić się.
Zmienić się w warstwie interfejsu strony www, ale przede wszystkim zmienić swoje podejście do klienta. A do mnie zwłaszcza.

Oto, zamawiając zdjęcia napotykam na przeszkodę nie do pokonania. Przechodząc wszystkie etapy zamówienia, trafiam na formę płatności, a tam...
wyłącznie opcja zapłaty przelewem z adnotacją, że lab NIE WYKONA odbitki dopóki nie zarejestrują na koncie wpłaty za nią.
Koszt odbitki 10x15 to 0,49zł.
Koszt przelewu - 1,5zł.

Ręce i włosy na klacie mi opadły.

Pisze więc na GG do właściciela tego labu upominając się o przynależne klientowi prawa. Już nie mówię o tym, że towarzyszyłem narodzinom labu i że połowa znajomych tam robi, ale proszę o wyjaśnienie dlaczego nie mogę zobaczyć efektów pracy labu zanim zapłacę za usługę?
To dla mnie
podstawowe prawo klienta w stosunku do rzemieślnika.

Dostaję odpowiedź:
- że zalega mu w magazynie wiele zdjęć, których nikt nie odebrał (jak rozumiem postanowił ukarać więc wszystkich swoich klientów - równie dobrze producent samochodów może narzekać, że stoi mu w porcie tysiąc aut, których nie chcą kupić namolni klienci)
- że mogę poprosić o kartę VIP i wówczas VIP może płacić na miejscu
- że niepotrzebnie robię aferę, bo on nie widzi problemu

Pytam więc sam siebie. Czy ja VIP jestem czy dupa?
Czy traktowanie klienta jak podejrzanego to normalna praktyka?
Czy godność płacenia gotówką przynależy VIPom?

Rozumiem całe przedsięwzięcie, gdyby ten lab był wyłącznie nastawiony na sprzedaż on-line, ale nie jest. Ma siedzibę i obsługuje klientów.

O co chodzi z tym dbaniem o klienta?


poniedziałek, 15 września 2008

Przypadkowi Niestandardowi



Postanowiłem złożyć w "całość" moje krótkie boje z "portretem" LF. Wiele w tym zdaniu cudzysłowów, ale to zabezpieczenie przed tymi, którzy zaraz zaczną wytykać, że to nie portrety, że to ramka ble... :)

Dla mnie to portrety.
Przypadkowi Niestandardowi


sobota, 13 września 2008

Goście od Kurosawy...


Pojawili się rano.
Moja wioska czekała na nich od kilku dni.
Gdyby nie fakt, że było ich dwóch, to można by śmiało powiedzieć, że to "Siedmiu Wspaniałych".

Doskonale przygotowani, perfekcyjnie wyposażeni, doświadczeni w niejednej akcji. Ta robota to nie pierwszyzna dla tych wyjadaczy. Inni drżeli gdy pojawiali się w kolejnych miasteczkach i wsiach.

Czarne, kłębiaste chmury pchane przed ich pojazdem wieszczyły bliski deszcz z grzmotami. To była ich dewiza: pojawić się, szybko załatwić sprawę i zniknąć pozostawiając niedosyt obcowania i magię spełnienia.


Działali sprawnie. W grupie. Planowanie pozostawiali innym. Ich zadaniem było zrobienie tego, czego uczyli się od lat. Tego, z czym było im najlepiej. Tego, o czym każdy z nich mógłby opowiadać godzinami.
Wybierali miejsca odludne, spokojniejsze, ale zawsze zwarci i gotowi uderzyć z największą mocą i w sposób za każdym razem zaskakujący. Skutecznie!

"Siedmiu Wspaniałych" miało tylko jedno zadanie. Tylko jeden cel. Jeden aimpoint.

Po przejechaniu 700km i zjedzeniu niewyobrażalnej ilości makaronu, ich zadaniem było zrobienie....

... jednego dobrego zdjęcia - fotografii.



PS
Pozdrawiam "Siedmiu Wspaniałych" w liczbie dwóch.
Na fotografii:
John - birdswatcher ze Szkocji - Górki Wschodnie, "zaatakowany" przez "Siedmiu Wspaniałych"


piątek, 12 września 2008

Kiedy patrzę hen...

... za siebie, W tamte lata co minęły...

To z łezką w oku wspominam moje pierwsze świadome kroki ku kadrowaniu, kojarzeniu rozkładu światła na klatce. Ech... dreszczyk pojawi się kiedy otwieram pudełka ze slajdami sprzed 5-8 lat. Tymi pierwszymi, tymi, które były wołane z niecierpliwością, która na szczęście nadal ze mną została. Tak sama drepcze przy biurku czekając na info SMS, że fiszka już sucha.
Ale te pierwsze małe obrazki pocięte nierówno na 6 sztuk i zapakowane w folię mają dziwną siłę.


Kiedy myślę co przegrałem, I co diabli wzięli
Co straciłem z własnej woli, A co przeciw sobie...


To zaczynam myśleć, że trochę przerżnąłem ciekawych spraw. Zaczynam kalkulować z ołówkiem w ręku, że mogłem do tego czasu zrobić kilka wystaw, zadzwonić do kilku redakcji i przygotować swoje portfolio na papierze, czego nie zrobiłem do dzisiaj w sposób systematyczny. Że trzeba było zainwestować w coś przemyślanego i ciągnąć nawet pod górkę...


Co wyliczę, to wyliczę,
Ale zawsze wtedy powiem,
Że najbardziej mi żal...


Wówczas nachodzi mnie taka dziecinna chęć sprawienia sobie przyjemności. Małej. Prostej. Takiej, przy której cukierek wręczany dziecku jest równie cenny, co pocałunek na dobranoc.
I kiedy w głowie poruszam sektory odpowiedzialne, za doznania przyjemne i staram się znaleźć takie coś, co przywróci mi równowagę i wyrwie ze wspomnień - okazuje się, że jest tylko jedna taka rzecz...

FOTOGRAFIA

Banalne... wiem :)


czwartek, 11 września 2008

Golibroda...

Gdańsk, ul. Św. Ducha


Moje Dzielnice 3...


Gdańsk - Główne Miasto
(wyprawy po lody w termosie na obiad niedzielny u babci)



środa, 10 września 2008

Woody Allen fotografii...



Są ludzie, którzy potrafią się przyznać, że humor Woody Allen'a ich nie śmieszy.
Są takie sprawy, które nie wiedzieć czemu obciągnięte są aurą wyjątkowości, jak obciągnięty jest gumą Nikon D2x i przypisanej grupie, która posiada własności do zrozumienia tych spraw.

Każdy kto śmieje się do łez na filmie Allen'a jest w grupie tych "lepszych". A ja nie wiem czemu?!


A więc..
- Nie śmieszy mnie humor Woody Allen'a!
Podpisał: iczek.


Analogiczna sytuacja jest wśród braci fotograficznej. Nie wiem czemu posiadacze średniego formatu lub wielkiego formatu mają być jacyś wyjątkowo lepsi od tych, co mają 400D czy 5D...?
To samo w sprawie filmów... jak ktoś robi na Trix400 to jest lepszy od tego używającego Lexara.

A jednak drzemie w Nas taki nienaturalny podział. Nienaturalny, bo przecież i tu i tu chodzi o efekt zdjęciowy. I tu i tu ma pojawić się obraz, który poruszyć ma membranę naszej wyobraźni i zagrać w fazie lub przeciwfazie. Ale zagrać!


Dlatego psioczę na coraz częściej pojawiające się uwagi, że analogiem robią jedynie niespełnieni artyści, a cyfra niedzielni pstrykacze. Psioczę i apeluję o jedność!
O wspólne cele fotograficzne, bo...


wtorek, 9 września 2008

Żelki zbawienia...


Po co fotografuje?
Równie dobrze można by się spytać mnie - po co jem. Po co oddycham i po co myślę.

Zdałem sobie ostatnio sprawę, że fotografowanie zastępuje mi to ostatnie - myślenie. A właściwie to myślę przez pryzmat fotografii. Zaczynam oceniać ludzi jak fotografię, a zastane sytuację rozkładam na czynniki pierwsze jak kadr i kompozycje zdjęcia.

Dochodzi pomału do tego, że tydzień - gdzie tam! - dzień bez fotografii jest dniem bez sensu. Jak nie trzymanie aparatu w ręce samemu, to jakaś galeria w sieci, to jakaś dyskusja na forum, to jakiś mały comment pod ciekawym kadrem. Czasami zastępuje to dyskusją na temat wyższości analoga nad cyfrą na znanych forach, ale za każdym razem musi być coś o fotografii. Jak ryba pozbawiona wody, łapie w swoje skrzela każdą drobinkę fotografii jaką uda mi się odnaleźć.

Pisałem kiedyś, że jesteśmy ćpunami fotograficznymi. Że uzależniamy się od naszej pasji na równi z heroinistą. I czym starszy ze mnie dureń, tym bardziej twierdze że mam rację. A czym gorsze aparaty trafiają w moje ręce i czym więcej czasu trawię na celebrację wykonania jednego zdjęcia, tym głębiej zanurzam się w tym myśleniu fotograficznym.

I tak pomyślałem sobie dzisiaj fotograficznie, że potrzebuje jakiejś terapii. Czegoś, co sprawi, że będę potrafił spojrzeć na własną fotografię z dystansu.
Ale co to może być?


Czym zastąpić pasję życia?
..
..
..
Kupiłem żelki. Żułem całą drogę do domu. Nawet zastanawiałem się czy ich kształt jest powiązany ze smakiem. 45 minut jazdy i cała paczka zniknęła.
..
..
..
Cholernie boli mnie ząb.
Nie wiem czemu, ale jak fotografuje zęby mnie nie bolą...

Zasrane żelki...

Jutro idę coś pstryknąć...




poniedziałek, 8 września 2008

Kupiecka rzetelność...!?



Sprawa wszak tyczy się fotografii, a właściwie tej jej cześć, którą 90% fotografujących uwielbia - czyli techniki.


Kolega kupić chciał obiektyw. Drogi. Jak cholera.
Rzadki w Polsce, rzadki w USA, generalnie na zamówienie, pomimo, że mały i poręczny. Za to światło miał 1.4 :)

Kolega znalazł w swoim mieście sklep (prawdziwy, realny, nie tylko wirtualny) i okazało się, że wymarzona czarna obudowa z czerwonym paskiem czeka na niego. Więc kolega pojechał, zakupił i ze szczęścia i pośpiechu sprawdził jedynie "ogólnie" te wymarzoną drogą japońską zabawkę.


Traf chce, że to mój kolega, a iczek, jak iczek, w łapy wziął, popatrzył, otwarł przysłonę i....

- Paprocha masz jak krowa w środku... O to nie paproch, to odprysk szkła!? W środku!?
- !?

Szybkie oględziny. Jest, w środkowej soczewce, jednej z jedenastu ustawionych w szeregu, znajdował się prawie na środku mega wielki odprysk szkła.
- Jak tyś tego nie zauważył!?
- Na zdjęciach nie ma po tym śladu... nie gapie się na soczewki.

Co teraz? Wada w praktyce niespotykana. W szkłach tej klasy może to być przypadek jeden na milion lub dwa.

Na domiar złego.... kolega nagle przypomina sobie, że widział test takiego szkła na jednej z popularnych polskich stron testowych i w tamtym testowym szkle była podobna wada!?
Drugie szkło tej klasy z taką wadą!? Niemożliwe.

Szybki bieg do kompa. Szukamy testu. Patrzymy na powiększenia wady, przykładamy szkło do monitora.......

O żesz by..... to samo szkło!


Sklep wysłał na testy szkło, potem wziął je spowrotem wiedząc, że jest wadliwe i sprzedał jako nowe!?? W to się nie chce wierzyć! A jednak.


Sklep poczuł się obiecał wymianę na nowe...
Pożyjemy, zobaczymy...


Szok jest. Marka szkła obliguje - to jedno.
Czy warto kupować z gwarancją w sklepie, który świadomie sprzedał szkło z wadą tak wyjątkową!?
Gdzie jest rzetelność sprzedawcy i dlaczego sklep po odebraniu szkła od testerów nie wysłał go od razu do wymiany do producenta? Zagadka ?:)


Ech... moje szkło kosztuje 345zł, a w USA ze 150zł. A robi taką plastykę, że szczena odpada :)
No i jedna fiszką mogę zakryć cały aparat kolegi :)


niedziela, 7 września 2008

Kiss...

Kodak Trix 400


sobota, 6 września 2008

Moje Dzielnice 2

Gdańsk-Letniewo
(nielegalne wyprawy rowerowe na "pomarańczowy most")


piątek, 5 września 2008

Warsztaty polecić...

...warto.


Darek Gdaniec i Paweł Kosicki robią warsztaty. Jeśli ktoś z Was wybierze się na te spotkanie może wiele zyskać, a stracić w sumie nic.

Wszystkie szczegóły znajdziecie na stronie warsztatów TUTAJ, a pytanie kierujcie bezpośrednio do organizatorów.

Ja od serca polecam chłopaków... po prostu znam ich od lat. Wiem, że podchodzą rzetelnie do tematu. Macie ochotę łyknąć trochę wiedzy - jedźcie!

Zabawa w artystę na "Mojej Dzielni"...

Oliwa - Park Oliwski
(butelka szampana po maturze w V LO - ostatnie spotkanie z Piotrem)



Postanowiłem zabawić się w "artystę". Wymyśliłem cykl (sic!). Tło i głębia tego pomysłu jest tak niezmierzona, że w sumie sam jej nie rozumiem. Tym bardziej mam wrażenie, że to musi być zaje..... artystyczne.

Cykl nosi nazwę: "Moje Dzielnice". Odwiedzam dzielnice Gdańska, które wywarły wpływ na moje wychowanie i to kim jestem. Ale nie fotografuje miejsc, tylko ludzi w nich. Napotkanych. Po prostu. Każde z tych miejsc znam jak własną kieszeń. Usypywałem te same wały na rzecze w Jelitkowie co surfer z "Ostatniego krzyku lata...", stałem na tym samym mostku, po którym spaceruje Pani Profesor powyżej.

Itd, itp.... po co?
No... no.... no.... a po co ktoś namalował kropę czerwoną na czarnym kwadracie?



czwartek, 4 września 2008

Ratujcie negatyw...!!!


To był piękny dzień.
Dzień, w którym znowu miałem to głębokie przekonanie, że dotykam "treści żołądkowej fotografii".


Ale od początku...

Materiał Polaroid 55 ma same wady i jedna zaletę. Wady to: już nieprodukowane zasoby, cena (jest gigantyczna), delikatność materiału, skomplikowana obróbka, łatwość uszkodzenia przed naświetleniem i .... konieczność płukania negatywu zaraz po wywołaniu. I ta wada jest najgorsza, bo praktycznie uniemożliwia posługiwanie się tym w plenerze, chyba, że zakupi się jakieś idiotyczne urządzenie do płukania, które i tak przecieka.

Zaletą natomiast jest JAKOŚĆ negatywu. Praktycznie brak ziarna. Miękkość.

Twórcy technologii Polaroid znaleźli jednak metodę na pracę w terenie. Kaseta 545 na fiszki 4x5 cala posiada specjalną blokadę, która umożliwia wyjęcie naświetlonego materiału bez wywołania i następnie ponowne włożenie go do kasety i wywołanie go w domu.

Wystarczy pamiętać aby nacisnąć odpowiedni przycisk...!

I iczek wie jak to się robi i przecież jest mądralą! A jakże!


- Mogę zrobić zdjęcie?
Ileż razy pytałem o to, i tym razem jednak ten sam dreszcz.
- Czy jestem godzien?
Te słowa wypowiedziane przez mężczyznę w wieku mojego pradziadka zabrzmiały niesamowicie.

Kadrowanie, ładowanie fiszki, strzał i wyjęcie kasety... odruchowe zaciągnięcie lewarka i wyjmuję fiszkę by zawieźć ją do domu... ale... zaraz czemu czuje taki opór...!? Kurcze, połowa fiszki wyszła i jest za późno... proces ruszył.

Środek miasta, zero wody w okolicy. Negatyw wyjęty i rozpaczliwie trzymam go w zębach, niosąc w jednej ręce torbę, statyw, kamerę i pozostałe klamoty.
- Gdzie ta cholerna woda!!!!
Gadam sam do siebie.


I wreszcie jest. Pomysł...






środa, 3 września 2008

Moc zdjęć...

... moc muzyki.


Wiedziałem, że muzyka i fotografia mają siłę. Diaporama to artyzm, jeśli dobrze zrobiona. Ale nawet taka skromna forma jak ta poniżej ma moc. Nie wiedziałem, że muzyka Stinga tak pasuje do tych zdjęć...



No jakby czytali bloga...


.. i wnerwiają mnie złośliwie. Oto kilka dni temu pisałem o fotografowaniu samochodów i całym tym artystycznym bełkocie, a tu portal Fotopolis raczy mnie taka oto informacją (skrót niżej) i takimi oto "zdjęciami"!?


fot.: Tomasz Sikora z projektu "Przejrzystość rzeczy" (źródło: Fotopolis.pl)

Tomek Sikora "Przejrzystość rzeczy" - 7. edycja w CSW

"Tomek Sikora tworzy zbiór wspomnień i refleksji, których impulsem staje się osobista pamiątka, drobiazg, czy bardzo zwykły przedmiot odgrywający jednak poważną i znaczącą rolę w życiu ofiarodawcy. Zabiegiem dodatkowym jest wpisanie w te przedmioty za pomocą fotografii wizerunku danej osoby, przez co umacnia się związek przedmiotu w relacji uczuciowej i wspomnieniowej."
(całość)


Co za bełkot... a te zdjęcia...?!
No sorry! Nazwisko Tomka Sikory trafia u mnie na listę totalnie zbłąkanych dusz fotograficznych. A niech się ugryzie z taką "niby-fotografia", bo nie ma to NIC wspólnego z fotografią.




Ostatni krzyk lata...

Crawn Graphic, Kodak 127/4,7
Polaroid 55
(ISO 32), Epson 4990


PS
Nie mam pojęcie skąd wziął się ten duch. Mam kilka klatek, tylko na jednej jest duch. Coś w tym jest...
Może to lato puściło oko do obiektywu?




wtorek, 2 września 2008

LF - brama do świata...


Dzisiaj po raz pierwszy ktoś zaczepił mnie i spytał mnie o zdjęcie.

Popołudnie zapowiadało się cudnie dla fotografa. Zachmurzenie, ciepełko, po prostu idealny czas aby się wybrać po pracy nad morze.
Rozstawiony nad brzegiem Graphic Crawn wygląda dość dziwnie. Wielki, pokraczny ze zwisającym wężykiem.

Pierwsza była nastolatka, na pierwszy rzut oka widać, że z tych artystycznych dusz.
- A co to za firma? Co to za "maszin"?
- A jak to się patrzy?
- Mogę?

Okazało się, że w plecaku ma średni format. Zgadaliśmy się, że kwadrat to dobry kadr :) Poszła do swoich kwadratów.

I nagle zza pleców głos:
- Czy ja też mogę spojrzeć?
Starsza Pani w wieku mojej babci niecierpliwie zaglądała przez ramię. W oczach, które widziały tysiące wchodów więcej niż ja czaiła się dziecięca chciwość poznania i ciekawość.
- Proszę, musi Pani spojrzeć tutaj, ale niech się Pani nie zdziwi, bo to do góry nogami.
- Nic nie widzę?!
Okulary autochromy nie pozwalały jej zobaczyć nic na matówce.
- Sprawdzę bez okularów. O! Lepiej! - starsza pani zachwycała się jak brzdąc obdarowany cukierkiem.
- Pan zarabia na tym?
- Pasja....

Pani już odchodziła, ale odwracając głowę powiedziała to zdanie:
- Szkoda, że nie mam pieniędzy, bo bym zrobiła sobie zdjęcie u Pana.

.... ech.... warto żyć dla tych wszystkich ciekawych spotkań z fotografią i przez fotografię.
Oj warto!




Komu sztuka, komu...?


.. bo idę do domu - chciałoby się powiedzieć.

W sumie to rzeczywiście jak oglądam współczesne wystawy, współczesnych autorów, prezentujące współczesne widzenie świata przez obiektyw, to chce mi się iść do domu....!

W Gdańsku ostatnio wysyp wystaw. Trwa Transfotografia, niedługo rusza przegląd wileńskich fotografów.

Odwiedzam te miejsca, gdzie gości Trans i ... ręce mi pomału opadają. Po raz kolejny bowiem zdaję sobie sprawę, że sztuka w moim rozumieniu albo nie istnieje, albo istnieje w galeriach w Luwrze.

Patrzę oto na zdjęcie samochodu na parkingu. Zdjęcie zrobione gdzieś może w latach 70 - 80. TO mercedes beczka. Stoi. Nic na tym zdjęciu nie ma. Stoi auto. Gdyby to był internet, to bym kliknął zanim minęłaby sekunda. Ale tutaj wisi. Tak z 1,5x1,5 metra. Sztuka!

I teraz pytanie... jak dużo trzeba wymyślić tła ideologicznego do takiego zdjęcia żeby ono urosło do rangi sztuki wartej wydania i wystawienia w postaci galerii? Jak się okazuje niedużo. Coraz mniej wręcz.

A ja stoję i uwierzyć nie mogę, że to jest sztuka fotograficzna. Wiem, wiem... zaczynam dyskusję, do której zapewne nie mam kompetencji naukowych i edukacyjnych. Nie uczyłem się historii sztuki i nie skończyłem żadnego kursu ani szkoły fotograficznej. No, ale póki co mam jeszcze prawo ocenić, że większość tych "sztuk" w ramach Transfotografii to po prostu silenie się na coś...

Ani to technicznie poprawne, ani to zachwycające kompozycją. Ot... zamiast samochodu może być psia kupa - byle tylko ujęta w jakiś metafizyczny kontekst kulturowy. Powiększona do rozmiarów opony od tira - kupa zyska wymiar metafizycznej alegorii naszego psiego życia. Potem tylko znaleźć odpowiedni "festiwal" i dawaj... jestem artystą.

Albo inaczej - postawić przebranego człeka na tle Stoczni i koniecznie musi on stać w płaszczyźnie nieostrości. Wówczas staje się on "urealnionym lękiem i personifikacją naszych bojaźni".

Noż kurde balans...!


A ja prosty jestem. Jak prosty jest sposób naciskania migawki. Bez mega ideologii. Bez silenia się na te wszystkie "metafizyczne kupy".

Ech... to jest dla mnie sztuka:


poniedziałek, 1 września 2008

Rodzina a fotografia...


Czy rodzina pomaga robić zdjęcia? Czy dziecko ułatwia kadrowanie? Kto w rodzinie zasługuje na miano asystenta?


Przedpołudnie zapowiadało się nieciekawie. Pomimo, że ICM wyświetlało ikonkę z pięknym słońcem, poranne chmury wieszczył klasyczną "kratkę deszczową". Poranna dawka MiniMini zaspokoiła Młodego na 45 minut. Energia wylewała się z 3,5-latka wszystkimi dostępnymi w domu narzędziami do demolowania domu.

Jedziemy! Męska decyzja Taty Fotografa zderzyła się w locie z kwaśną miną Mamy Niefotografa. Ona zostanie.
- Politowanie? - pomyślał zgaszony Mąż.
Zbieranie, namioty, parasole - na koniec torba fotograficzna ważąca więcej niż latorośl pętająca się pod nogami.

Plaża. Wiatr, ciemne zwaliste chmury. Namiot narowisty fruwa sypiąc piach do torby, która w opinii producentów jest wszelkoodporna!
- Za jaką cholerę ja płacę!? - klnę pod nosem wytrzepując piach z wszelkoodpornej torby.
Wreszcie rozłożone, poukładane i można wyciągnąć aparat nastawiając się na portrety Młodego na plaży.
- Tato!Mogę się napić?

Bezradnie podciągając coraz więcej ważące ciało na dłoniach, które jak dotąd udało się nie upaprać piachem, idę do najbliższej budki.

Wiatr dmie. Piach tańczy na wszystkich częściach aparatu. Młody wreszcie zanurza się w najstarszej zabawie świata - przysypywaniu sobie nóg.

Tata Fotograf krąży swym fotograficznym wzrokiem po plaży i nagle...! Kadr rodzi się sam.

Dwójka młodziaków rozkłada swoje deski do ślizgania się po płytkiej wodzie. Widok niecodzienny. Zwaliste czarne niebo i oni na plaży z tymi deskami. Wymarzone światło na portret w stylu surfing z lat '80.
Decyzja zapada.
- Młody, chodź zobaczymy tych chłopaków. Połazisz po wodzie.
Dwa razy nie trzeba powtarzać. Hasło 'woda' działa jak hasło 'guma'.

Tata dźwiga sprzęt. Statyw, wielki aparat, filmy, kasety. Młody wparowuje do zimnej wody. Katar zdiagnozowany w domu już zaczyna szaleć. Małżonka Niefotograf telepatycznie wysyła komunikaty ostrzegające.

Tata zagaduje młodziaków. Zgadzają się pozować z deskami.

Młody szaleje. Statyw stoi.
Młody ryczy. Meduza cierpliwie znosi ten ryk i nie rusza się.
Młody ucieka. Statyw stoi.
Aparat ustawiony.
Płacz Młodego zamienia się w wycie stada wilków.
Tata Fotograf błaga młodzików by poczekali.
Młody kadruje.
Młodzi niecierpliwą się.
Zaczyna padać.


Śmiertelna cisza we wnętrzu klimatyzowanego auta.
Powieki 18-kilogramowego dziecka, po 3 godzinnym pobycie na plaży zdają się dwukrotnie przekraczać siłę grawitacji.


Kierownica cierpliwie wytrzymuje zacisk dłoni Taty Fotografa. Łamanie podków zdaje się być więc niczym w obliczu siły palców, które jeszcze niedawno starały się załadować kasetę do zamokniętego i zapiaszczonego aparatu, jednocześnie trzymając na barana Młodego i zasłaniając trzecią ręką obiektyw przed kroplami deszczu.


Mama Niefotograf odbiera z rąk przelewające się "zwłoki" Młodego. Jak stał, wylądował w łóżku. Cisza. Mama z pełnym zrozumieniem wycofuje się do swoich prac.


Klik. Klik...
- Jak mogłoby wyglądać to zdjęcie...? - Tata Fotograf roluje galerię wzorcową.



Może kiedyś...