środa, 27 sierpnia 2008

Ania z Zielonego Wzgórza...

Annie Leibovitz (American, b. 1949) Mikhail Baryshnikov and Rob Besserer,
Cumberland Island, Georgia, 1990


Anna-Lou "Annie" Leibovitz ostatnio oddająca się fotografowaniu żony prezydenta Francji wydaje w grudniu książkę pod tytułem "Annie Leibovitz at Work".


Zapewne znajdzie wielu chętnych, ja sam się do nich zaliczam i polecam już teraz bookowanie pierwszych egzemplarzy. Warto to mieć.

Jakkolwiek nie oceniamy prac Ani, to coraz częściej spotykam jednak opinie, że jej prace zaczynają popadać w kałużę kiczu i bylejakości pomysłowej i opierają się na twarzach celebrities. Cóż... takie zdjęcia jak Whoopi w wannie z mlekiem czy Demi Moore w ciąży robi się raz w życiu... potem czasami nie wystarcza już weny...

Choć i tak etap Rolling Stones i zdjęć muzyków uważam za najlepszy w jej życiu.

A tutaj zobaczcie jak Anka pracowała z Królową Elżbietą :)




Jakie środki angażuje się w największe produkcje sesyjne dla Vogue !? Spójrzcie :)

4 komentarze:

Filip Mazurek pisze...

Zawodowcy zawsze walą tyle klatek na sekundę (scena z pierwszego filmu, gdy Annie idzie do parku)?
Czy to tak na potrzeby filmu?
Co później robić z taką ilością zdjęć? :)

Anonimowy pisze...

Ale nudna ta sesja z królową - i przekłada się na to zapewne nuda i otoczenia, i obiektu, i fotografa. :/
Naprawdę, nie wziąłbym się za zrobienie takiej sesji. :)

Anonimowy pisze...

Ale bzdury - że niby jak się ma dużo kasy to nie można zrobić oryginalnych zdjęć? Brednie do kwadratu. Uważnie czytając, widać, że przeczysz sam sobie. Troche wcześniej - kilka postów temu - sam twierdziłeś, że gdybyś miał nieograniczone możliwości finansowe, to robiłbyś lepsze fotografie. Yeti - taki mityczny stwór mi się przypomina. I wychodzi na to, że ganiasz za nim raz w tę, raz w drugą stronę. To nie kasa czy ilość asystentów ma znaczenie a wyobraźnia fotografa. Absolutne mistrzostwo w minimalizmie podczas sesji osiągnał "pornograf" z małego księstwa. Kawałek starego flesza, byle jaki hasselblad i zdjęcia powstawały magiczne. Magia pisana dużą literą. Albo wspomniany przy okazji niedawnej dyskusji o formie, francuski fotograf. Magia. Fantazja. Arcydzieło. Jakoś nie przypominam sobie, żeby owi fotografowie potrzebowali tłumu pomocników podczas robienia zdjęć. Nawet wiecej - dzięki samotności, sam na sam z modelką tworzyli niepowtarzalny klimat, co dało się zauważyć na ich fotografiach. Ech... chciałbym mieć choć cząstkę ich geniuszu.

iczek pisze...

Tak sobie myślę, ile już razy przerabiałem takie argumenty... ale nadal miło, że są tacy jak Ty...:) Trwaj! Trzymam kciuki za te Twoje "byle jakie hasselblady" :)