czwartek, 31 lipca 2008

100mln, 200mln, 300mln...


Czy jest jakaś granica?
Czy uda się osiągnąć taki poziom, którego przekroczenie będzie już tylko zauważalne w zaciszu laboratorium, z wykorzystaniem jakiś magicznych urządzeń mierzących jakość obrazu z matrycy 300mln pikseli, dostępnej na rynku w formie aparatu za 1500usd z przesuwem filmu 30kl./s?


Jakoś tak drżę, jak widzę mojego syna, który mając niespełna 3,5 roku, klepie w laptopie ikonkę Firefoxa i następnie rozwija Zakładki szukając po lewej stronie ekranu żółtego trójkącika oznaczającego BBC for children. Potem spokojnie przechodzi kolejne etapy aby dostać się do ulubionego Boba Budowniczego i wygrać wyścig/sztafetę.

Ten pęd mnie onieśmiela. Tak w fotografii, jak i w życiu. A że nierozłączne to dla mnie sfery - więc staram się coraz bardziej zwalniać. Wymyślam rzeczy i celebruje sprawy, które jeszcze parę lat temu nie były dla mnie tak ważne.
Zdjęcia robię powoli. Smakuje te same miejsca po kilka razy w tygodniu. Kadruję tę samą ławkę z trzech, czterech pozycji i rozmawiam z synem odpowiadając na każde zadawane po sto razy pytanie. Z tą samą cierpliwością i z tym samym przekonaniem, że rozumie jak używam słów trudnych. Tak jak klisza zaświetlana po trzy razy nadal rejestruje nakładające się obrazy.

Jeśli wszyscy nie zwariujemy jeszcze od tych megapikseli i terabajtów danych na naszych dyskach, to może:

"... spotkamy się kiedyś u studni.
Wkoło będzie zielono

Nasze żony będą odświętne

Nawet wódkę wypić pozwolą..."

- Adam Ziemianin

Stare Dobre Małżeństwo - U Studni

Sztuczki ze sztucznym...

- Ja nie uznaję światła sztucznego. Wspomagania rzeczywistości dodatkowymi zabiegami oświetleniowymi, uważam zawsze za pogarszanie już zastanej przestrzeni świetlnej.

Zdanie tej treści wypowiedział mój znajomy na kilka dni przed zakupem przeze mnie świateł studyjnych. Ręka mi zawisła nad klawiszem enter, bo już miałem kliknąć realizację przelewu za lampy, gdy przypomniałem sobie te słowa.

Pomyślmy przez chwilę...

Światło zastane/naturalne jest sytuacją idealną dla oddania atmosfery i klimatu, a przede wszystkim rzeczywistości danej sceny. Naturalne oświetlenie jest jednak często także utrudnieniem. Kontrast związany z siłą światła nie pozwala na rejestrację tego, co czasami chcemy. A jednak są fotografowie, którzy za chińskiego boga (Chiny są teraz popularne) nie dadzą namówić się na zastosowanie chociażby blendy, bo to psuje efekt. Robią to nawet kosztem jakości i poprawności technicznej.
Swoją drogą - co to jest poprawność. Teraz to aż strach być poprawnym, bo zaraz wyrzucą Ci, że nie jesteś pomysłowy :)

W każdym razie... rób tak jak warunki pozwalają.

Na drugim końcu są zwolennicy używania i wspomagania się światłem sztucznym nawet w dobrych warunkach oświetleniowych. Dopalanie, rozjaśnianie cieni, prześwietlanie... itp. Jak namówi się przedstawicieli tego obozu, że warto zamiast błysku użyć blendy - to jest to dla nich i tak cierpienie.


Niewątpliwie wszystko zależy od wyczucia fotografa i zdolności pracy z mieszanym światłem. Są przecież zdjęcia, sesje całe, które wydają się być zrobione w świetle naturalnym, a w całości są sesjami sztucznymi. Chyba mistrzem jest tutaj Erwin Olaf ze swoją serią "Grief":


fot. Erwin Olaf

Ta sesja jest po prostu zrobiona bez świateł... wydawać by się mogło... A jednak nie. I to sztuka!

Oglądam nasze rodzime magazyny "dla Pań". Patrzę na sesje znanych (komu?) pań, których twarze coraz mniej mi mówią, bo ich trwałość medialna jest na poziomie bułki paryskiej, która wieczorem jest już twardym, niezjadliwym kamieniem. I tak oceniam sobie co też fotograf zrobił z tym światłem. I mnie taka wielka żałość bierze... że ten nasz rynek jest taki przewidywalny. Taki ograny. Jakby wszyscy umieli ustawić światła tylko na 3 sposoby i zamiennie w trzech tytułach przestawiają te lampy.

Czy doczekam się wreszcie sesji na poziomie wspomnianego Olafa, Eugenio Recuenco czy Candace Meyer ?
Kiedy....?


Znów marudzę... wiem...



środa, 30 lipca 2008

Ach...

Przytulająca się para
Gdynia, 2008



Gdańsk

Mężczyzna z założonymi rękami
Gdańsk, 2008



wtorek, 29 lipca 2008

Krótki wpis...

.
.

Rzeczywiście to będzie bardzo krótki wpis :)

Czy ktoś może mi odpowiedzieć, dlaczego to nazywa się: Szkoła Mistrzów Fotografii?

http://wyborcza.pl/0,91507.html

Za chińskiego boga nie mogę się domyśleć...?
I jaka idea przyświeca temu tworowi...?


Prezentuj się...


- No i jak Piotr, podobają ci się zdjęcia?
- Ramka passepartout jest krzywo przycięta, nierówno obrazki spasowane - nie widać ramek wszędzie na drukach...
- Ale ja się pytam o zdjęcie, nie o ramki!
- Ale ja widzę od razu te błędy i co mam począć? Po prostu skupiam się na odbiorze całości...
- To się skup na odbiorze treści...
- Nie umiem już teraz...

Blachy wydawały się w porządku. Tapicerka zadbana, w środku nie było palone. Opony widać, że nówki. Spasowanie szczelin dokładne i nic nie wskazywało, że auto było bite. Można powiedzieć, że jak na 4 latka wyglądało idealnie. Jak nowe. Przebieg 40.000 świadczył, że stojąca przede mną, około 50-letnia właścicielka raczej woziła nim zakupy na przednim siedzeniu.
- No i jak?
- Wygląda ok, myślę, że się dogadamy... - auto już w myślach było moje.


- Piotr, jak Twoje auto się sprawuje? - Kolega od ocenianych zdjęć spotkał mnie kilka miesięcy później.
- Nie chcę o tym mówić!
- O, co jest?
- Samochód okazał się pudełkiem pełnym zepsutych czekoladek i jak mawiał Forrest, naprawdę nie wiesz co wyciągniesz :) Babka mnie wycyckała na perłowo. Szrot pod maską i zawieszenie od reki do wymiany miałem. Ale za to... niepalone! :)
- Mówiłem ci iczek - nie patrz na zewnętrzność, patrz w głąb, w treść. Tak jak na moje zdjęcia.


No to jak to jest. Czy ocenianie zdjęć jest jak ocenianie używanego samochodu?
Ja nie potrafię ocenić zdjęcia w obraniu od sposobu jego prezentacji. Od sposobu podania mi go. To chyba tak trochę jak z jedzeniem. Nawet ładnie podane danie potrafi poprawić smak słabo przygotowanego mięsa. Trochę, ale zawsze. A już z pewnością źle podane danie potrafi zepsuć przyjemność rozkoszowania się jego smakiem.

Apeluje więc o prezentowanie swoich zdjęć (tak złych, jak i dobrych) w piękny sposób. W sposób dbały. Tak, by odbiorca nie musiał skupiać się na postrzępionych ramkach, bo właściciel nie miał ostrego noża :) Całość stanowi dopiero dopełnienie FOTOGRAFII.



niedziela, 27 lipca 2008

Jest spoko, jest spoko...

Chłopcy idący ulicą
Gdańsk, lipiec 2008


.. więc o co Ci chodzi?

Tymi słowami, można powitać żonę wracając z nocnej nasiadówki w gronie "widzących inaczej" - czyli fotografów.
Można też tymi słowami, podsumować wystawę kolegi, który pyta dlaczego przyszli tylko znajomi i rodzina.
Można wreszcie zastanawiać się nad swoją drogą fotograficzną... i to właśnie mnie trafiło.

No bo niby jest super. Niby ta fotografia spełnia i zaspakaja ludzkie dążenia twórcze, bez których praca stałaby się jedynym celem życia, a jednak czuję niedosyt.

Chyba to jest niedosyt, który trawi trzewia wszystkim chcącym przekazać swoje "twórcze JA". Takie to oklepane, że sam zaczynam się zastanawiać, czy mając trzy krzyżyki na karku nie powinienem już dawno wytrzepać spod łepetyny takie maluczkie myśli.
Ale one tam są i nie na to nie poradzę.


Jak zaspokoić więc swoje twórcze JA?

Metody..?:
- wystawić coś na plfoto i czekać...
- założyć bloga i sprawdzać codziennie Analytics...
- komentować cudze zdjęcia z pozycji wszechwiedzącego...
- wpisywać komentarze pod postami zawsze pod prąd...
- startować w milionie konkursów...

... a może po prostu robić swoje?!

Klepać te fotki do szuflady. Korzystać z magi jaką daje robienie zdjęć. Jaką daje sama czynność kadrowania i naciskania migawki. Może "twórcze JA" składa się właśnie z tych najmniejszych czynności. Może zawiera się w każdym ruchu ręki z paskiem aparatu na nadgarstku. Może trzask kapsla od kolejnej nowej puszki z filmem jest esencją twórczości.

Na myśl przychodzi wiek młody i wakacje z Krasnymstawie... i muzyka sącząca się gdzieś z Kasprzaka: "...w życiu ważne są tylko chwile..." Ryśka Riedla.
I świadomość, że wielkie rzeczy ukryte są w najmniejszym śladzie kropli wody na suszącym się filmie. W drgnieniu migawki i wprowadzonej korekcji. W ułożeniu filmu w skanerze. W rękawiczce bawełnianej schowanej z filmami w kartonie na szczycie szafy.

Więc wracam zaraz do siebie i po prostu odkręcam filtr z obiektywu. Przesuwam czystą szmatką po czystym szkle i odkładam aparat na miejsce wiedząc, że już jutro usłyszę trzask plastikowego kapsla. Poczuje zapach paska po przyłożeniu aparatu do oka i ... stworze kolejne małe, własne dzieła.

Polecam...
Twórzcie!






Phone 2...

Kobieta rozmawiająca przez telefon
Sopot, 2008


piątek, 25 lipca 2008

Phone...


To, że telefony komórkowe zmieniły nasze życie jest truizmem.

To, że miliony zdjęć ludzi rozmawiających przez telefon zalewają wszelkie galerie też jest oczywiste.


Ale za to najmniej zrozumiałe dla mnie jest to, że nadal korci mnie fotografowanie rozmawiających przez komórki ludzi i za każdym razem użytkownicy mobilów potrafią mnie zaskoczyć inwencją w sposobie rozmawiania.

Kobieta rozmawiająca przez telefon
Sopot, lato 2008


czwartek, 24 lipca 2008

Balon i przeskakująca kobieta
Sopot, lato 2008


Mężczyzna siedzący na krześle
Sopot, czerwiec 2008



Target Ferbera...

Wierzycie w przeznaczenie?
A w przeznaczenie fotograficzne?

Ja wierzę, a dowody same pchają się w ręce.

Grupa trochę roztrzepanych wariatów postanowiła COŚ zrobić. Niezbyt im to wychodziło, bo wiecie... praca, czas, pieniądze, czas, praca, dom, dzieci, rodzina ... te same tłumaczenia co zwykle.
Ale bardzo chcieli. Czas mijał. Czas wręcz uciekał. I kiedy już skrzydła podcięte zwisały aż do ziemi, pojawiło się.... przeznaczenie.

Impuls, ktoś, coś, co wepchnęło pod upadłe kończyny trochę wiatru, świeżego powietrza. I pomysł z martwych powstał. Rozwija się. Fotograficznie naświetla się już negatyw - gdyby to porównać do procesu powstawania zdjęcia. Miejmy nadzieję, że uda się go wywołać...:)

W każdym razie znowu jestem pełen fotograficznej energii po spotkaniu z Bratnimi Duszami. Kurcze, te pomysły, te projekty i cykle, które nie wiedzieć czemu najczęściej mają największą siłę przy kuflu piwa, czy latte cynamonowym :)

Ale dzieje się. Power w żyłach taki, że człowiek aż chce za aparat łapać. Polecam Wam spotkania z pasjonatami. Naprawdę warto...!


I tylko ten zgrzyt na końcu... uwaga rzucona niby od niechcenia przez jedną z Bratnich Dusz:

- Iczek, ty to już jesteś taki target Ferbera...



Tato w domu osowiały chodzi i pytanie Młodego wyrywa mnie z zadumy:
- Tato, czemu masz smutną minę?
- Bo tata to target Ferbera synku.
Szeroko zaiskrzyły oczy Młodego, który mógł w końcu zadać ulubione dziecięce pytanie:
-A co to jest target tato...?
- Target synku jest wtedy, gdy wchodzimy razem do sklepu i ten sklep jest przeznaczony dla dzieci. I oni czekają tam na dzieci właśnie - nieporadne tłumaczenie zadawala Młodego.
- A to drugie słowo.. Erber?
- Ferber... Ferber to taki McDonald gdzie pije się tylko kawę i alkohol. A dla kogo jest alkohol? - Musiał pojawić się aspekt edukacyjny...
- Dla dorosłych, tato.
- Dokładnie.
- Nie smuć się już tato. Pójdziemy razem do Erbera i nie będę chciał zabawki.
- Dziękuje Ci synku.


PS
Ferber - kawiarnia na ul. Długiej stargetowana na 40 i 50 latków. Snobistyczna i dekadencka w kiczowatym wystroju. Nie przychodzi tam młodzież do 25 roku życia. Za drogo i gównianie.



środa, 23 lipca 2008

Marcin Stawiarz i jego "ND-Magazine"

screen: ND-Magazine

Niespodzianką dla mnie było znalezienie tej strony?!

Oto Marcin, którego prace jednym zawsze się podobają, a inni regularnie zarzucają mu zbyt "głęboką" manipulacje stworzył swoje nowe miejsce w Internecie. Tym razem nie galerię, ale magazyn fotograficzny, skupiający jak widzę na wstępie bratnie dusze stylistyczne.


W każdym razie, mam nadzieję, że projekt przetrzyma próbę czasu i będzie często uaktualniany i gromadnie odwiedzany. Do czego Was, moi drodzy odwiedzający zapraszam.

http://www.nd-magazine.com/


Ilford will not be producing Polaroid film.. :(

Koledzy z grupy "Polaroid 55" z Flickr wysłali list do Ilforda w sprawie możliwego kontynuowania produkcji materiałów Polaroid. Wcześniejsze zapowiedzi sugerowały, że taka kontynuacja byłaby możliwa. Niestety, już wiemy, że nie. Poniżej fragment listu z firmy 'HARMAN Technology Limited', która jest właścicielem marki Ilford oraz link do całego listu.
Ech.... :(:(

~~~~
HARMAN’s Chairman, Howard Hopwood said: “The processes involved in the manufacture and assembly of professional instant sheet film products are very demanding and it would require substantial investment to re-establish them at HARMAN technology’s site in Cheshire, England. When compared with current and projected sales for the products, it was clear that such an investment could not be justified”
~~~~

http://www.flickr.com/groups/polaroid55


Piekło - niebo...

Rozmawiający mężczyźni
Gdańsk, lipiec 2008


wtorek, 22 lipca 2008

14...




Obraz utajony...


Najpierw sprawdził magazynek.
Wszystko było na swoim miejscu. Zamknięty, szczelny, jak dotychczas nigdy go nie zawiódł.
Potem szkło... wszystko czyste, dekiel zdjęty - upewnił się dotykając koszuli na piersi, gdzie w kieszeni zawsze nosi dekielek po zdjęciu. Zresztą, to byłoby nielogiczne, bo ma lustrzankę i gdyby nie zdjął dekla, to nie widziałby żadnego obrazu.
A przecież - widzi go! Obraz jest w wizjerze.


No to jeszcze raz. Otwarcie kominka, pochylenie się, obraz pojawia się jak zaczarowany. Pięknie, ostro, precyzyjnie w mocnym punkcie. Pomiar z głowy na negatyw więc ewentualna pomyłka o działkę nie ma znaczenia większego.

Głowa uniesiona znad aparatu i... nic...!
Obrazu nie ma?!
Znów spojrzenie w dół - obraz jest.
Głowa w górę - nie ma !

Gorąco. Pot znalazł już drogę między mięśniami kręgosłupa i pomyka w dół, między łopatki. Na zmianę zimno i ciepło.
- Czy ja zwariowałem? - natrętna myśl wiruje coraz szybciej. Było trochę stresów w pracy, ale bez przesady.

Jeszcze raz... w dół - obraz na matówce klarowny.
Głowa w górę - obrazu nie ma. Przestrzeń, w której powinien widnieć obraz przeniesiony na matówkę nie istnieje.

- No to ja Cię rozpracuje! - Głośno rzucone słowa w kierunku aparatu zabrzmiały jak groźba.

Film na miejscu. Trzask migawki nie pozostawiał złudzeń, że obraz z matówki został uwięziony między drobinkami srebra.
- I co teraz mądralo...? - Pytanie w kierunku pustej przestrzeni przed aparatem dźwięczało triumfem.


Wywoływacz wśliznął się między drobinki. Schowane fotony, jeden po drugim zaczynały oddawać swoją moc. Krople wody spływały leniwie po sześciocentymetrowych klatkach. Zadawał sobie sam wewnętrzny ból, nie patrząc na efekty aż do całkowitego wyschnięcia. Minuta trwała wielki. Czekał. Gryzł palce. Już, już chciał podejść, ale trwał, nie podglądał. Jakby nie chciał przeszkadzać wodzie w zmianie swojego stanu skupienia i wyparowaniu z filmu.

Wreszcie...

Delikatnie odpiął metalowe wieszaki. Cały film pusty i tylko ta jedna naświetlona klatka. Ma być jak dowód. Dowód na normalność i niezwariowanie....

.......
.......
.......



PS
Mam setki zakończeń.
Nie wiedziałem, które wybrać.
Niech zostanie jak jest.
Sami dopiszcie co chcecie...


poniedziałek, 21 lipca 2008

Trochę...


... kobiety na wieczór...

Album dla Gdańska 2008 - konkurs

Krótko:
Organizator - Muzeum Narodowe w Gdańsku - Gdańska Galeria Fotografii, Centrum Sztuki Współczesnej "Łaźnia"

Temat- jest to pierwszy z planowanej serii dorocznych konkursów fotograficznych organizowanych w Gdańsku przed EURO 2012. W roku 2012 planujemy wydanie albumu i wystawę prac wybranych z czterech edycji konkursu, eksponowaną podczas mistrzostw. Celem konkursu jest zgromadzenie fotografii, które będą współczesnym spojrzeniem artysty na Gdańsk w najszerszym tego słowa znaczeniu oraz popularyzacja Gdańska jako miasta od kilkuset lat inspirującego artystów, architektów i naukowców.

Długo:
TUTAJ

Camera Obscura - gdańskie wakacje...


Wszystkim, którzy mają blisko, ale też tym, co mają daleko zalecam odwiedzenie Gdańska podczas Fety za rok. Skończyła się właśnie kolejna edycja tego festiwalu Teatrów Ulicznych.
Pod kątem fotograficznym jest to chyba najbardziej fotogeniczna impreza plenerowa w ciągu roku. Same postacie i charakter tych performansów ulicznych są tak kolorowe i niecodzienne, że wystarczy jedynie skadrować umiejętnie i już 8 pkt. na plfoto :)

Naprawdę ciekawy pomysł mieli w tym roku węgierscy artyści. Na Placu Kobzdeja, niedaleko pomnika Jana III Sobieskiego postawili namiot pod nazwą Camera Obscura. Grupa artystów wykorzystuje podstawowe techniki fotograficzne do zaciekawienia widzów i wychodzi im to świetnie.
Bo kto nie chciałby zamknąć się w namiocie i obserwować świat na zewnątrz wślizgujący się na ścianę namiotu przez małą dziurkę..?! :) Klasyczna camera obscura działa niezależnie od pogody. Naprawdę warto!
Poza tym, można zrobić sobie zdjęcie aparatem otworkowym 8x10 cala, patrzeć jak wywołuje się taaaaki wielki negatyw i samemu zawiesić go na sznurku do bielizny... A potem wykorzystując uczulony wcześniej papier, nałożyć ten negatyw na kartkę owego papieru, wystawić na słońce na 15 minut i już pojawia się na papierze zdjęcie z negatywu... (guma?)... Kosmos dla cyfrowców.

Widok tłumu fotografującego to wszystko cyframi, po prostu zalewa mi oczy łzami :)
Jak Boga kocham - wzruszyłem się widząc to zaciekawienie i fascynacje klasyczną fotografią.

Niech żyje, niech żyje, niech żyje...!

Na koniec, krótka gdańska historia. Pod Złota Bramą spotkałem sprzedawczynię (chyba w moim wieku), która na stelażu sprzedawała zdjęcia nieznanego autora. Zdjęcia Gdańska. W ramkach, czarno-białe. Średnie artystycznie, ale jest to JEDYNE publiczne miejsce w Gdańsku, gdzie można kupić współczesną fotografię B&W od wielu lat. 60zl. Format A4. Pytam sprzedawczynie:
- Może Pani coś więcej powiedzieć o tych zdjęciach?
W odpowiedzi usłyszałem zdanie, które przyprawiło mnie, z jednej strony prawie o zawał serca, z drugiej zdumiało mnie i rozśmieszyło. Cytuje:

- Jest to dawna tradycyjna metoda fotograficzna. Zdjęcia wykonano na filmie i potem zrobiono odbitki na papierze. - pani z wielką powagą wyjaśniła mi na co patrze.

Zdjęcia były średnie, ale czapka z głowy, że ktoś postanowił sprzedawać zdjęcia na ulicy. Po prostu. Swoje prace.


PS
W Gdańsku można spotkać dwa anioły (fot. powyżej). Szybko jednak znikają i słabo rejestrują się na kliszy.
Niestety, już wkrótce zaczyna się Jarmark, który dla mnie jest masakrą Starówki, ale dla turystów posiada, jakąś niewyjaśniona moc przyciągania do setek kramów z tymi samymi koszulkami chińskiej produkcji, które można codziennie kupić wszędzie. Cóż... dwa tygodnie mnie Gdańsk nie zobaczy. Aż pozamiatają po tym Jarmarku Niczego.

PS2
Nie sprawdziłem dat i musiałem przeedytować post. Feta się skończyła dzisiaj - tj. 21 lipca.


sobota, 19 lipca 2008

Meyerowitz w Gdańsku...


PS
Tym, którym serce drgnęło nadzieją spotkania go... słowa przeprosin za "okrutny żarcik" :)

piątek, 18 lipca 2008

Względność rzeczy...

Prysznic na plaży
Jelitkowo, lipiec 2008



Mężczyzna sięgający po wodę
Jelitkowo, lipiec 2008


Dotknąłem fotografii... suplement



Obiecane zakończenie postu "Dotknąć niedotykalnego..." :

Mężczyzna ze zdjęciem
Gdańsk-Osiek, lipiec 2008


...crop

Ech... pamiątka.



czwartek, 17 lipca 2008

Okopy techniki, barykady artyzmu


"Artyści", dla których pudełko od zapałek wystarcza do zrobienia wspaniałego zdjęcia, a czasami nawet kartka papieru przyłożona do oka - stoją po tej stronie barykady, nad którą powiewa sztandar z przekreślonym śrubokrętem.

Technika nieważna. Ważny pomysł. Artystyczny zamysł i dusza artysty. Środek wiodący do celu nie może ograniczać. To tezy anty-techników.

Po drugiej stronie okopali się szeregowcy strzegący jak Świętego Graala - wartości związanych ściśle z rozwojem techniki, a co za tym idzie na ich flagach łopocze wyniośle tranzystor w żółtym kółku. To ich znak drogowy, a lansowane wartości to: technika pomoże zrobić Ci lepsze zdjęcia. Zaawansowana technologia ograniczy błędy i tym samym minimalizuje ryzyko wpadki przy wartościowych projektach. Na dodatek, jesteś na czasie i masz wgląd we wszystkie wspomagacze softowe.


Wojenka trwa.

Jest pytanie czy między okopami i barykadami uda się wygospodarować przestrzeń ziemi niczyjej...? Dla tych, którzy nie chcą zaciągać się do wojsk okupacyjnych, ale mają swoje zdanie w temacie.

Ja chyba stoję w rozkroku, aczkolwiek ciężar ciała mam przerzucony w kierunku flagi z tranzystorem.

Uważam bowiem, że często sprzęt pomógł mi w wykonaniu zdjęć, a niektóre dziedziny (jak świetnie wiecie) wymagają dalece bardziej zaawansowanych urządzeń niż.. Graflex :)
Zauważyłem też pewną zależność - duża cześć kolegów, którzy hołubią sprzęt analogowy pozostaje w okopach przekreślonego śrubokręta. Może nie z uporem maniaka, ale zazwyczaj sprzęt użytkowany przez "dinozaury analogowe" (sic!) traktowany jest bardziej jako środek do osiągnięcia efektu. Chociaż i oni lubują się w "zabawkach" spod znaku Leica, Hasselblad czy Linhof.

Może więc nie ma żadnej wojenki i okopów?
Może nie ma...


wtorek, 15 lipca 2008

I've always hated specialisation...


Na kanwie jednego z ostatnich postów, pod którym dowiedziałem się, że ilość i częstość zmian posiadanego sprzętu, a co za tym idzie i zmian w podejściu do fotografii, jest zdaniem wielu błędem, a nawet niedojrzałością fotograficzną - postanowiłem ogłosić mini manifest. Swój własny.

Co było zapalnikiem, iskrą...?

Oto, po przejrzeniu stukrotnym pewnego albumu, zacząłem czytać wstęp omawiający dzieje i losy autora oraz jego podejście do pasji fotograficznej. I znalazłem tam zdanie, które jak ulał pasuje do mnie.
Nie wiem ile czasu trzeba każdemu z nas by udało się w jednej sekwencji słów, w jednej wypowiedzianej frazie zawrzeć to, co tkwi gdzieś "under the skin". Czasami jesteśmy na tyle świadomi, że umiemy to określić sami, a czasami pomagają nam inni - Mistrzowie, jak powiedziałby Rudolf zapewne.

To, że fotografia jest dla mnie prawdziwym życiem, tym obok pracy zawodowej, obok godzin spędzanych w hipermarketach, obok dentysty, obok rodziny nawet - chyba udało mi się już Wam przekazać. A że czuje podskórnie, iż strony te odwiedzają ludzie podobnie mi myślący więc czasami nie tłumacze tego, co dla większości z Was jest oczywiste.
A no to, że fotografia to nasz płyn ustrojowy.
Że ona napędza mechanizm wymiany energii między komórkami nerwowymi i stymuluje porywy myśli twórczej. To wiem.

Teraz wiem też, że moje porywy myśli ukryte są w... zmianie. Ciągłej zmianie. Pogoni za nieznanym. To mnie napędza.
I niniejszym manifestuje, że nie ma w tym nic zdrożnego. Że każdy kto czuje, że chce zmian w fotografii, że skacze z tematu na temat, że zmienia aparaty, materiały i poszukuje jest równie potencjalnym fotografem, co tkwiący w okopach makro, streeta czy fashion.

A to zdanie...?

"...I've always hated specialisation. That's why I constantly changed the medium in which I express myself... That why I can breathe, I can see things anew!..."


Czy ktos z Was wie jaki fotograf to powiedział?

poniedziałek, 14 lipca 2008

Drogi Darku,

...

Pisze do Ciebie te kilka słów, nadal mając w pamięci nasze spotkanie i Twoje słowa na temat tego czym jest fotografia dla Ciebie i co chciałbyś zrobić w fotografii.

Przyznam, że mam poczucie iż wtedy zachowałem się bardzo ignorancko, żeby nie powiedzieć arogancko w stosunku do Ciebie i treści, które starałeś mi się przekazać.
Niech pewnym usprawiedliwieniem będzie fakt, że wpędzony w tryby codziennego realizmu zaczynam pomału gubić się w tym, co naprawdę jest ważne i dla czego i dla kogo warto żyć na tym łez padole.

Pamiętam Przyjacielu, że Twoje słowa uderzyły mnie prawie tak samo, jak moje własne wykrzykiwane w młodzieńczym buncie manifesty szkolne. Te pierwsze świadome porywy ideałów, za które warto walczyć i warto pielęgnować.
Fotograficzne drogi każdego z nas trochę się rozeszły i zaczyna do mnie docierać, że idealizowanie fotografii, którego byłem świadkiem w czasie tamtego spotkania było jak najbardziej na miejscu, a moje ironiczne docinki stanowiły jedynie żałosną próbę zatuszowania w swoich oczach faktu, że zapomniałem po co robię zdjęcia. Że skręciłem w dróżkę, wijącą się pomiędzy sztampą, cwaniactwem doświadczenia a znużeniem i budowaniem dystansu do samego siebie. Dystansu, który przeradza się we wszechobecną ironię.

Niby ironia świadczy o naszej inteligencji, ale jej nadmiar w stosunku do innych potrafi zranić.

Myślę, że wtedy starałeś się mi pokazać, że nawet z bagażem doświadczeń można powalczyć o własną wizję fotografowania. O własne, twórcze i po prostu artystyczne odczytanie medium jakim jest fotografia. Nie umiałem tego słuchać. Patrzyłem na Ciebie, ale nie słyszałem. Klapki na uszy i swoje gadałem.

Darku,
Mam nadzieję, że nie tkwi to w Tobie tak mocno jak we mnie. Jednak potrzebowałem napisać do Ciebie, bo mam wrażenie, że wraca do mnie potrzeba idealizacji fotografii. Wraca do mnie konieczność zbudowania wokół siebie pewnego kościoła duchowego, który opierać się będzie nie mną tym, co popularne, nowe, fajne, sztampowe, opisane i dotknięte, ale na tym co we mnie siedzi gdzieś pod warstwą sprzętu, który mam, pod warstwą ilości przeczytanych stron, pod warstwą oglądniętych albumów. Własne spojrzenie na fotografie. Własne.

I chęć, by zmusić odbiorcę do twórczego poszukiwania tego, co chce pokazać. By obraz mówił do podświadomości. By stwarzał ramy do zrozumienia twórcy.

Przyjacielu,
Serdecznie pozdrawiam Cię, licząc że przyjdzie nam jeszcze nie raz "stoczyć batalię" na zrozumienie i wyobrażenia.

- oddany idei fotografii jako sztuki
Piotr


PS
Chcąc wyjaśnić powód mojego tak osobistego listu, pragnę Ciebie pierwszego poinformować, że jutro zmieniam motto mojego bloga. Może to też jest powód takiego natchnionego wywodu :)


sobota, 12 lipca 2008

Polecane... Jose Miguel Ferreira

fot.:Jose Miguel Ferreira

Tematem poszukiwań była platinum/palladium/ Bardzo ciekawy artysta. Polecam stronę AUTORA. Oczywiście mnie najbardziej urzekły te panoramiczne serie Addis.



Sobota.... znowu Panie Dzień Ślubów


... ech. Czy oni wszyscy wiedzą co czynią ?:)... Zaplecze ślubów - to może być ciekawy "cykl"... :)


piątek, 11 lipca 2008

AGD....


Niektórzy powiedzą, że iczek znowu wymyśla... ale przeczytajcie. Jeszcze gorący temat....

Postanowiłem wypróbować zakładanie shitek do kasety 4x5. Instrukcja od kolegi więc teoretycznie jestem przygotowany.
Wyjmuje kasety, łazienka, ciemność, otwieram pudełko. Na desce rozłożone kasety czekają na zasilenie emulsją światłoczułą. Pod palcem wskazującym prawej reki wyczuwam nacięcia na błonie i jak mnie uczono "twarzą do siebie" wsuwam pod prowadnice film. Wcześniej odsunięty szyberek wędruje na swoje miejsce i pierwszy ładunek siedzi.
Rozkładam pozostałe shitki na podłodze i nagle... JASNE ŻÓŁTE ŚWIATŁO wlewa się do łazienki. Błysk umysłu. Łapie shitki, wpycham pod koszulkę. W mgnieniu oka cały jestem mokry (niesamowite jak ciało szybko reaguje na stres). Świadomość dopiero po sekundzie, dwóch wyzwala impuls, że i tak już za późno. Że się zepsuło...!
Dziewięć shitek zaświetlonych.

No, ale moment. Przecież Lepszej Połowy nie ma, Młody śpi, sąsiadka nie przychodzi już dawno (zresztą nigdy nie przychodziła :)) więc co do jasnej chole...
Urwana myśl...
Krótki ból gdzieś w okolicy potylicy...
Napięcie na twarzy..
Grymas...

"Wirowanie włącza się po trzecim programie pralki. Włączenie sygnalizowane jest na panelu głównym frontowym zapaleniem się żółtej lampki" - czytam 5 minut później w instrukcji obsługi Whirlpoola. Jakie oni tam diody pakują, że świecą na pół łazienki!


PS
(Post Scriptum jest złośliwe, ale co mi tam)

Pralka, pralką ale KTOŚ wstawił to pranie...


Jestem pozytywowcem...


Najważniejsze! - kadrów ocenianie.
Jak to robicie?
Oto jest pytanie.

Po wykonaniu pierwszych od chyba 10 lat trixów w łazience, przy zwisających przy oknach taśmach kilku filmów zacząłem się zastanawiać jak ja teraz sprawdzę, który z tych kadrów jest dobry i warto go zeskanować. Jednak ocena klatki 6x6 jest zdecydowanie łatwiejsza. I mniej ich i przede wszystkim większe one.
Wziąwszy w ręce jedną rolkę jąłem przez okno, między gałęziami drzew włażących mi w niebo, sprawdzać co też tam "Pan Bóg Fotografów" pozwolił mi w Swej Opatrzności zarejestrować...
Przeciągnałem między palcami 36 klatek i ... westchnienie wydobyło się z piersi mej niewątłej (wręcz coraz bardziej marynarskiej). Ciężko... Duszno... Okno otworzyć zmuszony, pomyślałem, że problemem jest to iż jestem pozytywowcem.

Znaczy, że potrafie patrzeć na zdjęcia prawie wyłącznie w pozytywowym obrazie. Szczególnie tak małe...!
Zaraz przypomniałem sobie wspominaną podczas naszych trojmiejskich spotkań scenę z filmu "Genius...", na której chyba Joel Meyrowitz ogląda wielki szitki diapozytywowe ze swoimi kadrami. No właśnie... to chyba by mi pasowało.

Jednak ocena zdjęcia takim jakim go widzimy ludzkim okiem jest łatwiejsza, prostsza i skuteczniejsza. A ponoć są osoby, które potrafią ocenić fotografię na negatywie.
Nie dośc tego, odwiedzam dość często forum Pentaxa, które nie wiedzieć w sumie czemu zrzesza wokół siebie sporą grupę osób z kręgów "street photo" i oni ponoć nawet umieją ocenić jakość negatywu...!
A że za kontrastowy, a że ziarnisty, a że mało szczegółów w cieniach. Ja za cholerę tego nie umiem. Nie mam pojęcia czy te moje wiszące przy oknie taśmy są kontrastowe czy nie, a już czy dobrze wypłukałem film z wywoływacza tym bardziej. I nie nauczę się tego. Ot widocznie nie mam tych zdolności.

Jestem pozytywowcem. Niech mnie kule biją!


PS
Ciekawe też, że pozytyw to coś pozytywnego, a negatyw negatywnego :)


środa, 9 lipca 2008

Fotograf snów na TVP Kultura


Ryszard Horowitz - fotograf snów

Taki tytuł nosić będzie program o tym fotografie, który wyemituje TVP Kultura 15 lipca (wtorek) o godz. 11:30. Myślę, że warto i że trzeba... to nagrać jakoś :)

Wakacyjny odpoczynek fotograficzny...


Czasami trzeba zapomnieć nawet o swojej pasji. Zresetować się czy jak tam kto woli, wyzerować licznik. Przyznam szczerze, że ja akurat nie lubię takich zerowań. Nie czuje po prostu, że są one mi potrzebne i że pomagają mi nabrać sił i pomysłów do nowych zdjęć.
Ja tam zdecydowanie wolę pozostawać na fali, w "speedzie".

Tak jest i tym razem. Wakacji czas i dziecko w końcu ma szanse zobaczyć jak tata wygląda przez 24h/dobę. Na wszelki wypadek, aby uniknąć spojrzeń z wyrzutem skierowanych przez żonę, nie brałem aparatu. Chyba wyszło mi to na dobrze, bo rodzi się pewien dystans. Taka amputacja mała reki, do której codziennie przywiązany jest aparat lub wisi torba na ramieniu.

Teraz tego nie ma i okazuje się, że można też żyć...!

Niemniej nie mija pół dnia, gdy już szukam ręką gdzieś pod nogami torby i aparatu na szyi. Jakiś magiczny dzwonek w głowie brzęczy natarczywie i przypomina: - "weź pigułkę, weź pigułkę"!

Pigułkę z rolki filmu i kadrowania. I tak się cholera człowiek uzależnił. Tak się zatopił w tej pasji, że chwila bez niej wcale mnie nie napędza, ale wnerwia mnie, że nie mam aparatu.
Czy to jest odpoczynek?

Chyba trochę tak, ale tylko trochę :)


niedziela, 6 lipca 2008

Lunapark is here...

Przyjechał, nahałasował, dziećmi zakręcił i odjechał...




czwartek, 3 lipca 2008

Dotknąć niedotykalnego...


Dzisiaj dotknąłem niedotykalnego. Może to nie był pierwszy raz, ale za to chyba najmilszy. Zaczęło się jak zwykle, od spaceru z aparatem.

Rybaki - zapomniana dzielnica Gdańska leżąca na Starym Mieście. Tutaj drobna uwaga... Gdańsk (jakoś tak wyjątkowo) dzieli się na Stare Miasto i Główne Miasto. Wbrew logice, najbardziej znana część Gdańska (Długa, Neptun, Zbrojownia itp) znajdują się na Głównym Mieście, zaś Stare Miasto obejmuje tereny na zachód od Podwala Staromiejskiego.

Na ulicy Stare Domki jest fryzjer. Znajduje się on na rogu budynku i posiada charakterystyczny szyld, ulubiony obiekt fotografii wielu kolegów. No i ja dzisiaj też zechciałem zasilić swoje zasoby. Pełne słońce, Trix w kasecie, cienie jak cholera, ale godzina czekania i słońce równo wali w ściany.

Nagle... z zakłądu wychodzi jegomość z drewnianym krezesełkiem i idać przykładem swoich pobratymców po fachu z rejonu morza Sródziemnego siada dokładnie na przeciw swojego zakładu, po drugiej stronie ulicy.

Czy można chciec więcej...?! Rewelacujny kadr. Pusta ulica, wspaniały dom, fryzjer i jegomość na drewnianym zydelku. Nic tylko focić...

Ale iczek chciał być fair i w ogóle ludzki i...
- Czy mogę zrobić Panu zdjęcie, fajnie Pan wygląda na tym krześle.
- Nie, nie chcę - niecierpliwy ruch reką jakby odpędzajacy komara nie pozostawiał miejsca na nastepne pytania.
- To może na tle zakładu. To Pan jest fryzjerem z tego szyldu.
- Ja, ja, ale nie chcę. Mam juz setki takich zdjęć...
- Chmm to może chociaż teraz jak Pan tak siedzi? - iczek błagalnie spozierał w oczy fryzjera.
- Nie, ale... (nadzieja) coś Panu pokaże.

Fryzjer udał się do swego zakładu, a ja , jak ten idiota, po prostu zgrzytałem zębami, że w ogóle go pytałem. Co za idiota! Taki kadr.

- Niech Pan spojrzy - przerwał moje rozmyślania rozkazujący ton. - Poznaje Pan?

I tutaj poczułem dziwne mrowienie pod palcem wskazującym i na kręgosłupie. Oto fryzjer trzymał w ręku pożółkłą fotografię.
Plan pierwszy - dwóch hitlerowców ciągnie przez ulicę niewielką haubicę do walk miejskich.
Plan drugi - po prawej stornie od nich stoi charakterystyczny wojskowy pojazd wykorzystywany do walk ulicznych w czasie II Wojny Światowej.
Plan trzeci, tło - zakład fryzjerski!!

Ten sam budynek, ta sama ulica. Nic, kompletnie nic się nie zmieniło!! I stoję ja Ci i gapię się oniemiale. A on po prostu pokazuje, tak normalnie. Nie zna mnie. Ot człowiek z człowiekiem gada o fotografii!

Stoimy dokładnie w tym samym miejscu, w którym hitlerowcy ze zdjęcia ciągną haubicę. Data... rok 1939, po zdobyciu Poczty Gdańskiej. I wiecie co... fryzjer zaczął zgrabnie pokazywać co jest na ścianach, co się zachowało, a ja robiąc dwa kroki do tyłu złapałem w kadr jego głowę, wyciągnięta rękę ze zdjęciem i w tle współczesny już zakład.

Dotknąłem esencji. Czegoś ulotnego. Namacalny dowód na to, że fotografia jest nadludzka. Ma duszę. Żyje.
Nie ważne jak wyjdzie zdjęcie. Ważne to, co się przydarzyło.

Trzymam kciuki za Wasze tego typu spotkania z ludźmi i z fotografią.
Warto miec aparat. Naprawde warto!!!


środa, 2 lipca 2008

Pojedynczo czy seriami...

Hasselblad Xpan, wrzesień 2005, Jelitkowo

Urlopu dzień wtóry, a ja odkrywam właśnie, że od wielu lat nie byłem nad morzem jako turysta czy też tłusty mors smażący się na piachu. Ale, że nie cierpię opalać się na plaży więc wytrwale eksploruje znane miejsca, które na przestrzeni paru lat zmieniły się tak bardzo, że ich nie poznaje! Bawię się w obserwatora ludzi, którzy depczą ten sam piach, który ja znam od ponad 30 lat :)

Staram się też robić zdjęcia, a ponieważ zasobnik mojego magazynku zmienił pojemność z 12 na 36 klatek więc z początku miałem poważny problem z kończeniem filmów. To się jednak szybko zmieniło... moje obawy okazały się płonne. Szybko sobie bowiem przypomniałem czasy cyfrówek i niekończące się karty pamięci.
Pojawił się nowy problem/zagadnienie - pojedynczo robić czy seriami?

Szczęściem, nie mam 8kl/s, ale zawsze jednak mogę trzymać spust i leci samo...
I tak się zacząłem zastanawiać kiedy uzasadnione jest coś takiego... w sumie sportu nie robię, ale czasami ułamek sekundy zmienia całą scenę...

Dziś na ten przykład, zagadany z Szymonem śledziłem wizjerem wchodząca na plażę parę. Ona zdejmowała buty w biegu i gdyby nie ciągła seria pewnie bym nie złapał tego jedynego momentu, gdy ciało śmiesznie wygina się przy ściąganiu butów idąc.

Czy Wy też odpalacie motory...?
Kiedy?