wtorek, 3 czerwca 2008

Moje "Little Big Horn"...


Tak się zastanawiam czy są ludzie, którzy rozpoczynają dzień, nie wkładając kawałka zmrożonego chleba do tostera (jak czynię to ja), ale wkładając rolkę filmu do kasety aparatu?!

To muszą być prawdziwi masochiści fotograficzni. Ostatni Mohikanie fotografii. Tacy, co urządzają sobie każdego dnia taką małą bitwę pod Little Big Horn i pomimo przegranej pozycji wygrywają z gen. Custerem dowodzącym flagowymi okrętami spod "żółtego N" i "czerwonego C".

I ja staram się prowadzić małą, osobistą wojnę podjazdową z wszechogarniającym mnie lenistwem i łatwizną cyfrową. Ostatnio na siłę przekonuje się, że Hasselblad został stworzony do pracy na ulicy, do streeta. I przegrywam :)
Naprawdę nie udaje mi się zdążyć ustawić wszystkiego , co trzeba, a zwłaszcza kadru. Naprawdę niewygodnie jest patrzeć sobie na brzuch i jednocześnie widzieć, to co dzieje się za rogiem i złapać ten moment, o którym trąbią podręczniki fotografii, a nazywany "momentem decydującym". Ki diabeł namawia mnie na te zabawę i na te marnowanie klatek!? Sam nie wiem.
Może to właśnie ta tkwiąca w nas wiara, że czasami warto zrobić coś, co jest bez sensu, co wydaje sie być z założenia skazane na porażkę. Jak w życiu, tak w fotografii. Nie każdy kadr i nie każda klatka jest ładna. W sumie to nawet większość z nich jest brzydkich. Brzydcy ludzie wokół nas, brzydkie sprawy. Bitwy przegrywane na każdym kroku. W pracy, w domu.

Ale przecież pomimo to trwamy. Jak powój... co wije się po gładkim murze.

Pomimo to, że Hassy nie jest dla streetowca, biorę go co dzień. Uwalniam klatki, które pękają gdzieś w głowie jak bańki mydlane i patrzę sobie na brzuch. Każdego dnia. Fajnie, że mam codziennie kolejne moje własne Little Big Horn...


6 komentarzy:

witek pisze...

ech, grunt to dziwić się światu,
fotografia jest tylko czubkiem góry lodowej, sama -- jak wiadomo -- nie zaistnieje, gdyby nie suma przeżyć, przekształconych dotknięciem myśli naszej i czasu w doświadczenia, gdyby nie szczególny (a może nie szczególny) rodzaj wrażliwości pod skórą , gdyby nie tych kilka podstawowych pytań na które nie potrafimy odpowiedzieć i gdyby nie to zdziwienie,

zresztą sam wiesz

Jerzy Pawlowski pisze...

Jak niewygodnie patrzeć na brzuch to istnieje taka rzecz jak pryzmat, jak do tego z pomiarem światła to i szybkość się zwiększy. Jeżeli mimo wszystko Hasselblad jest niewygodny do "streeta" to istnieje milion innych podejść i tematów aby wykorzystać taki aparat.
Choć rzeczywiście "street" jest ostatnio w modzie.

alkos pisze...

za duzo sprzetu w sprzecie iczek

rzuc moneta, wybierz cokolwiek

reszte wyrzuc, schowaj albo pozycz, jesli obecnosc cie rozprasza

i idz robic zdjecia jakie zawsze chciales robic

reszta za witkiem

iczek pisze...

@alkos - ja chyba niestety należę do tej grupy fotografów ( w sumie nie wiem czemu grupy, może sam jestem), która sie trochę miota w tej tematyce jaką chce poruszać. Czego ja nie robiłem,...!:)
Ptaki, sesje mody, reporterke prasowa, pejzaże (wodne, miejsckie i wszelakie), studio i portrety, produkty...
Wiesz - a jak ktos robi wszystko, to znaczy ze na niczym się nie zna - tak mówią :)

Cosik mi się wydaje, że to jednak kwestia osobowości. Ja mam takie fotograficzne ADHD... :) I to będzie temat kolejnego wpisu na tym blogu :)

iczek pisze...

@Jurek - no niby mozna władawoć tam wszystko, ale przecież wiesz, że to nie jest rozwiązanie. Sprzet jest jedynie pretekstem do tego, aby pokazać, jak często walimy głowa w mur. Czasami to dobrze i zwycięzamy i rozwijamy się, ale najcześciej wyważamy otwarte drzwi...

iczek pisze...

@Witku - słowa ważne rzekłeś ...:)