poniedziałek, 30 czerwca 2008

Polarojdu stan zapalny...

The Polaroid Book: Selections from the Polaroid Collections of Photography
(Taschen's 25th Anniversary Special Editions), fot.: Amazon


Jestem w ostrym stanie stanie zapalnym pod nazwą "polaroid". Lecząc się, a może właśnie pogrążając się, zakupiłem dzisiaj ten album i polecam Wam go wszystkim.
Wybór zdjęć wszystkich chyba największych, na zmianę z pracami zupełnie nieznanymi. Polaroid ma siłę. Oj ma. Kilka przykładów na Amazon.

niedziela, 29 czerwca 2008

Mary Ellen Mark - PROM

fot.: Mary Ellen Mark, The Prom project

Moja ulubiona socjolog aparatu - tak sobie ją nazwałem - Marry Ellen Mark zakończyła swój kolejny projekt. Po raz kolejny swą fascynację słynnym już Polaroidem 20x24 przelała na kolejny cykl portretów. Tym razem sportretowała uczniów kończących naukę w amerykańskich "high schoolach", z amerykańska wydarzenie to nosi nazwę pochodzącą od tańca PROM.

Jak za każdym razem przy pracy z tym aparatem, swoisty aspekt techniczny kładzie się długim cieniem w tle tych zdjęć i czasami się zastanawiam kiedy znudzi mi się ten efekt Polaroid. Jak na razie mi się nie znudził... wręcz zachwyca po raz kolejny.

Kurcze... coś w tym jest! Te portrety Mary są po prostu od serca...


Sobotnie popołudnia...


... letnią porą - to najlepsze plenery ślubne.
W Gdańsku, co 100 metrów jest kościół.
W każdym, w sobotnie popołudnia są po 2-3 śluby.
Raj :)




piątek, 27 czerwca 2008

Każdy pomysł dobry...?


Jako, że generalnie jestem za promowaniem KAŻDEJ formy aktywności fotograficznej, tak i w tym przypadku nie powinienem powiedzieć złego słowa.
Niemniej budzi moje daleko idące zdumienie fakt, że można zrobić coś z niczego i jeszcze ktoś o tym napisze.

Oto bowiem Fotopolis podał informację o wystawie, na której są zdjęcia wykonane przez dwudziesto- i trzydziestolatków :)

W sumie tutaj powinienem przestać pisać, bo mi delikatnie mówiąc ręce opadły. Niemniej tak się waham nad własną indolencją i może nawet własnym zacofaniem. Pisaliście mi tyle o promocji siebie o walce i wyścigu do sławy... a tutaj proszę. Masz 30 lat - robisz wystawę. Masz 35 - też możesz zrobić. A jaka tego zawartość...?

No właśnie.
Jaka?

I dlatego postanawiam zmienić front.... nie jestem już za promowaniem każdej inicjatywy fotograficznej. Tylko po to, aby ożywić rynek i sztukę samą w sobie.
Od dzisiaj promuje tylko to, co dobre :)

Mój mały manifest!

czwartek, 26 czerwca 2008

- "Co czujesz, iczek...?"


Uwielbiam te spotkanie, rzadkie , bo rzadkie, ale esencjonalne bardzo w gronie moich gdańskich "przyjaciół fotograficznych".

Wczoraj Jeden Z Nas odniósł osobisty sukces i zakończył kolejny życiowo-fotograficzny rozdział. Na kanwie tego wydarzenia doszło jednak do arcyciekawej rozmowy, dysputy (nie wiem jaki przymiotnik jeszcze bardziej podkreśliłby znaczenie tej dyskusji).

Oto bowiem, przedmiotem pięknego, akademickiego "sporu" stała się percepcja fotografii. Czyli jej odbiór przez nas, fotografów.

- Ale ja chę wiedzieć iczek, co ty czujesz jak patrzysz na to zdjęcie!
Jeden Z Nas nie dawał za wygraną i chyba starał się wszelkimi sposobami pokazać nam o co chodzi.
- No, ale ja widzę tutaj źle przycięta ramkę passepartout, nierówno ułożone zdjęcie pod ramką i fajną fotę z przestrzenią. No co ja jeszcze mam tutaj widzieć i czuć?
Iczek bardzo się starał i sprężał swój umysł aby zaspokoić oczekiwania Jednego Z Nas, jednak nie było w nim ani krztyny oczekiwanej, uduchowionej wizji fotografii.
- Mi chodzi o to, abyś odebrał to zdjęcie poza wszelkimi aspektami technicznymi, kompozycyjnymi i analitycznymi. Co czujesz jak widzisz to zdjęcie!?

W tym momencie iczek zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie zaspokoić oczekiwać Jednego Z Nas, bo po prostu nie odbiera tak fotografii w ogóle.
- A jak odbierasz? - pytanie zadane z kuflem piwa w ręku zabrzmiało jak prokuratorskie: - Ma Pan alibi?!

I wiecie co... tutaj rozpoczęło się najciekawsze.

No bo jak Wy odbieracie fotografię?
Ja napiszę jak ja to robię...

Widzę zdjęcie.
Pierwsze wrażenie powoduje, że albo się zatrzymam albo odwrócę wzrok.
Opcja pierwsza przechodzi pomału w głębszą analizę, ale raczej pod kątem kompozycji, zgrania planów, prowadzenia wzroku i ponownie wraca do oglądu całości. Doceniam pomysł, realizację i warsztat. Całość do mnie gada. I ponownie - fajna fota!

Ale BARDZO rzadko jakakolwiek fotografia wzbudza we mnie jakieś metafizyczne odczucia rodem ze spotkań licealistek, które w długich swetrach siedząc na plaży tworzą wizję artystyczne (jak słusznie dziś na porannej kawie w Greenie zauważył dzerry).

- Jeszcze osiągniesz ten level! - Jeden Z Nas zapewnił mnie solennie przełykając pilsnera.
- Ależ przyjacielu, ja tam byłem, wróciłem z tego levela i jeszcze dwa razy zrobiłem taką pętlę. Teraz wiem, że już nie chcę tam wracać! :)

Ostatnio, tylko raz zdarzyło mi się odebrać fotografię "tyłem głowy" i były to wspomniane już Mug Shots. Jednak to są Wielkie Dzieła. Fotografii powszechnej tak nie odbieram mój drogi Jeden Z Nas :)






wtorek, 24 czerwca 2008

Large Format...


Nie wiem czy moja sytuacja jest wyjątkowa, ale śmiem wątpić. Myślę nawet, że po raz kolejny wpisuję się w standardowy nurt rozwoju fotografa...
Oto bowiem coraz częściej (kiedyś może dwa razy na rok, a teraz już każdego miesiąca) myślę o ostatecznej decyzji w sprawie wejścia na Mount Everest fotografii, jeśli chodzi o wielkość... a mianowicie o wielkim formacie.


Pierwsze kroki już czyniłem wielokrotnie. Już ze mam porobione katalogi z informacjami, w Ulubionych leżą spokojnie linki do większości stron poważnie traktujących o LF oraz zalogowany jestem na wszystkich chyba forach tego tematu :)
Ja nawet już brałem udział w 2-3 licytacjach na eBay... na szczęście przegrałem, bo moje niezdecydowanie chyba jednak jest dowodem, że jeszcze trochę potrzebuje by spokojnie stwierdzić, że to jest to.

Oczywiście moja frustracja, że jeszcze tego nie mam, rośnie wraz z kolejnym zdjęciem znalezionym w sieci, na którym plastyka obrazu od razu każe mi domyślać się jaką to piękną Tachiharą lub Linhofem było robione to zdjęcie.

Największy ból, a co za tym idzie najbliżej ataku na szczyt Czumulungmy byłem w czasie jednej z warszawskich wizyt w galerii Yours przy zdjęciach Mug Shots.

No, ale wystarczyło parę godzin w IC i znowu pojawiły się obawy, czy nie za szybko....:(

No, ale kiedy jest ten czas na LF...!?

poniedziałek, 23 czerwca 2008

"Millera hemofilia" w Gdańsku...


Fotografie Krzysztofa Millera, ludzi chorych na hemofilię, mogą gdańszczanie i mieszkańcy Trójmiasta znaleźć na Długim Targu w Gdańsku u stóp Zielonej Bramy (to ta od strony Motławy). Zdjęcia są prezentowane na ulicy, ich oglądanie jest o tyle ciężkie, że dwa rzędy są tak blisko siebie, że nawet nie można odejść od zdjęcia aby zobaczyć z daleka.

Trochę idiotyczne to rozwiązanie.

Pomimo, że w sieci nie robiły one na mnie wielkiego wrażenia i na żywo też mnie nie kładą na kolana (mam wrażenie, że są zbyt "miękkie") chciałbym Was zachęcić do wybrania się na Długi Targ.

niedziela, 22 czerwca 2008

- Czy tak dobrze...?


- Tak, proszę po prostu stanąć jak Panu wygodnie.
- Ale mi rzadko kto robi zdjęcia.
- Mi też... :)


sobota, 21 czerwca 2008

Dostałem zaproszenie - Moja plaża...

fot.: Robert Gauer

Oto Centralne Muzeum Morskie, w imieniu swoim i Agencji Zegart, informuje mnie, że w Helu mogę od 18 czerwca oglądać zdjęcia Roberta Gauera, zamknięte w wystawę pt.: "Moja plaża". Sam tytuł już praktycznie spowodował, że szafka pod zlewem miała zapełnić się kolejnym papierem (jakoś z ta segregacją śmieci jestem na bakier, bo powinienem to raczej odłożyć na makulatury stos), ale tak sobie siedząc przed ekranem postanowiłem skonfrontować treść zaproszenia z efektami działań autora, którego (może to wstyd) nie znam.

W zaproszeniu bowiem poinformowano mnie, że:

" Wystawa niniejsza, to niemal trzydzieści wielkoformatowych czarno-białych zdjęć polskiego fotografika i wydawcy Roberta Gauera, z Kołobrzegu. Ich przedmiotem i tematem jest oryginalne i twórcze spojrzenie autor na południowe wybrzeże Bałtyku, a w szczególności na strefę, w której morze spotyka się z lądem, a to co stworzone przez naturę przenika się z tym, co stworzone przez człowieka. (...) Artystyczny poziom i wyraz tych fotografii wpisują Roberta Gauera w poczet takich twórców polskiej szkoły fotografii krajobrazu jak: Sunderland, Sempoliński czy Hartwig...."

Cóż... ja bym chyba tego nie napisał po znalezieniu poniższych zdjęć w sieci - TUTAJ...
Może Wy znajdziecie coś innego. Ocenę pozostawiam Wam... ja nadal staram się zrozumieć ustawienie p. Roberta w jednym szeregu z Sunderlandem.
Być może na wystawie są inne zdjęcia. Być może...


czwartek, 19 czerwca 2008

Jak nosić i w czym...


Nadrabiając trochę milczenie ostatnich dni, postanowiłem napisać do Was z problemem, który sie zrodził przed chwilą na ulicy Koszykowej w Warszawie.

Siedzę ja sobie teraz na tarasie kawiarni Caffe Balgeze (Koszykowa 6) i spijając piankę z Lavazzy stukam paluszkami do Was.


Oto problem.
Jako, że Contax generalnie zmusił mnie do zmiany stylu fotograficznego zrodził się poważny problem logistyczny.
Nie, jak nosić sprzęt, o czym pisałem, ale W CZYM nosić sprzęt?
Bo jak to bywa latem, na klacie jedynie koszula, kurtki nie ma, w spodniach dokumenty wypychają i tak wielkie już pośladki (!), a Hassel zawsze spokojnie spoczywał w dużej torbie. Wiec pytanie w czym nosić nowy aparacik, podczas szybkich przemarszów stało się bardzo aktualne.

Pierwszy mój wybór to mały plecak, ale.... to dość niepraktycznie, bo zanim ja go zdejmę to masakra.
Więc torba na ramie z szybkim dostępem prawą ręką.
Więc może Domke...?


Kiedyś klasyczna, teraz trochę zapomniana. Znalazłem model chyba F5x... i chyba się zdecyduje, chociaż w rękach nie miałem.

Może Wy macie dobre torby....?



Praga, Gdańsk - sukienki te same....


Kilka dni poza granicami spowodował, że brak telefonu satelitarnego uniemożliwił mi pisanie w samolocie :)
Ponieważ Praga okazała się w nocy dość trudna do fotografowania, to proponuje dalszy ciąg "letniego cyklu" sukienki. Poza tym, w Pradze widziałem dokładnie takie same sceny jak w Polszy... Tylko Ci Czesi wydają mi się jacyś tacy spokojniejsi. Może Rudolf miał jednak rację...?

Długo będę czekał na wywołanie 36 klatkowego trixa z Pragi. I tutaj uwidocznił się kolejny minus filmów 135... bo jak ileż trzeba robić zdjęć żeby skończyć film 36 klatkowy?.... Koszmar. W życiu tego nie zrobię.... :(

Ta fota jeszcze z Hassela....


niedziela, 15 czerwca 2008

Znowu te spódniczki...


No już sam nie wiem...
Włażą mi w oko takie widoki.

Tym razem Długie Pobrzeże w Gdańsku, w tle Sołdek (że też on jeszcze stoi), pierwszy plan zagospodarowała Marilyn Monroe.
Swoją drogą, jak to jest z takimi zdjęciami, czy handlarz nie musi mieć żadnej zgody na kopiowanie tych prac...? Tak zacząłem sie zastanawiać...

Oficjalnie prawa do tego zdjęcia znalazłem w Associated Press, ale fotografem pierwotnej sesji z tym pomysłem jest Sam Shaw, którego rodzina toczyła batalie o prawa do tych zdjęć, więcej z jego zdjęć zrobionych przez Shaw' tutaj.

Pewnie było tak, że pierwotne zdjęcia Marilyn na tej kratce wentylacyjnej były Sama, a inni potem kopiowali to w setkach innych sesji z nią.

A może znacie dokładną historię tych zdjęć i zasady ich publikowania obecnie?



sobota, 14 czerwca 2008

Fotografa szukam...


Żabianka.
Osiedle na granicy Gdańska i Sopotu.
Jedno z bardziej przyjaznych miejsc w moim życiu. Pomimo czysto prl-owskiego pochodzenia i 10-piętrowych bloków zachowało się tam tyle zieleni, że obecni developerzy jeszcze wcisnęliby tam ze 30 bloków :)

Tu się wychowałem i tutaj pierwszy raz zanosiłem film do wywołania u lokalnego fotografa "na piętrze", który miał studio z prawdziwego zdarzenia i ciemnie, i robił wszystko na miejscu. I dawał takie wyrwane z zeszytu wąskie paski z zamówieniem....

Na osiedlu mieszka ok 25.000 ludzi. Śpią tam, jak w wiekszości tego typu osiedli z lat 70 i dojeżdżają rano do pracy.

I między tymi dziesiątkami tysięcy mieszkańców nie znajduje się w chwili obecnej ŻADEN zakład fotograficzny. Czemu?
Ja nie mam pojęcia....

Odwiedziłem dzisiaj rodzinne osiedle z synem idąc na konkurs skoków CSI w Sopocie. Chciałem po drodze kupić film. Jest to prawie niewykonalne... Fotografa nie ma. A to co znalazłem to jakieś badziewne "chińskie" filmy, które nawet czułości nie mają.
- To gdzie wołacie filmy - pytam ojca.
- No jest taki punkt przyjęć. Box 2 - spodnie prowadzi generalnie.

I tak się zastanawiam czy naprawdę nie opłaca się już prowadzić zakładu fotograficznego?
Czy ludzie nie robią sobie zdjęć do dowodu, rodzinnych, komunijnych?
Czy jeden zakład na pół miasta wystarcza...? No... może dwa :)

Nie mówię już o zakładzie, w którym mógłbym kupić film z serii TMAX czy TRIX. To już w ogóle są białe kruki. W Trójmieście chyba tylko w 2 miejscach można je dostać i to w dodatku zaraz po dostawie, która z kolei jest raz na miesiąc lub dwa :)

I wiecie co... ten Internet zaczyna mnie denerwować... :) Cała ta komputeryzacjo-digitalizacja. Ja doszukuje się tutaj źródła mojej frustracji.

Bo jak dzisiaj włożyłem głowę w to charakterystyczne okienko kiosku z prasą, który stoi na deptaku mojego rodzinnego osiedla i rozpoznałem za ladą tego samego Pana, który mi, jako dzieciakowi sprzedawał odłożone dla ojca gazety - to pomyślałem, że świat jednak prędzej czy później zatęskni za kontaktem i za ludźmi.
Że opamięta się i powróci do kontaktów interpersonalnych (fatalne słowo).
Że jeszcze będę mógł porozmawiać o fotografii w zakładzie fotograficznym pachnącym wywoływaczem.
Ech...



piątek, 13 czerwca 2008

Seksista fotografista...


Jak to jest Panowie z nami "fotografami"- czy jesteśmy seksitami?

Rymek na rano jest piękny :)

Oto dzieło, które powstało jakiś czas temu i tak sie przyglądam temu zdjęciu (misiu) i zacząłem wertować moje "uliczne" partytury (bo fotografia jest jak partytura przecież - można na niej grac wszystkimi kolorami wyobraźni) i zaczynam doszukiwać się w niej męskiego pierwiastka.

I to tego złego, a może lepiej pierwiastka (rodzaj męski), który mam zaszyty gdzieś pomiędzy cienką ścianką żyły a warstwą komórek. W każdym razie... na stałe tkwi to we mnie i nie da się wypłukać nawet dietą warzywną.

Więc.... analizując zdjęcia dochodzę do wniosku, że moje oczy widzą lepiej gdy widzą coś ładnego. Znaczy brzydkie też się czepia mojego wzroku i opstrykałem w życiu (jak każdy z Was) dziesiątki śmietników i pustych, brudnych, osikanych klatek, ale jak widzę ładne coś związane z płcią piękną to sie we mnie jakoś tak do strzału szykuje Hassy, co by zaraz uwiecznić te powiewające na wietrze sukienki i lśniące nogi w letnim słońcu.

I chyba całkiem mimowolnie większość obecnie uwięzionych w magazynku klatek zawiera naświetlone właśnie takie tematy.
Ten przykład u góry jest jednak już chyba oznaką jakiejś niewielkiej dewiacji, bo zaczynam do tego wpasowywać jakieś falliczne kształty, plamy...
Co jest?
Czy to lato!?


czwartek, 12 czerwca 2008

Chodzenie z aparatem... sprawki...


Jak chodzicie z aparatem?
Ja się przyłapałem ostatnio, że trzymam aparat stale w rekach. Do tej pory zazwyczaj nosiłem go w torbie na ramieniu i starałem się nie epatować wielkością zabawki i profi wyglądem.

Jednak zaczęły mi uciekać chwile. Raz, drugi nie zdążyłem wyjąc, a to suwak się zbiesił, a to torba się zawinęła i kurcze staram się w łapach mieć tego klocka mojego ciężkiego. To ci wyzwanie...

Nie mówię już o statywie, który staram się mieć przy sobie zawsze, choć ostatnio po prostu mi się nie chcę... Za każdym razem mówię sobie, weź co ci szkodzi, ale nie biorę i potem z drugiego końca miasta już się wracać nie chcę, bo akurat Motława ładnie dziś faluje i długi czas by się przydał. Lenistwo.

Wczoraj odwiedziłem znowu Warszawę. Tym razem nawet 5 minut nie miałem żeby wywlec się z klimatyzowanej taryfy i tylko mignęła mi przez szybę stolica. I wiecie co... Chyba się przekonuje... Zza szyby jakaś taka nawet przyjemna jest...
A może to pora roku i ta niezliczona ilość pięknych, polskich dziewcząt tak na mnie działa.
Chyba zrobię CYKL "spódniczki" :) Tylko jak tutaj nie być posądzonym o molestowanie ?:)...

Ciężki los...

A swoją drogą, ogłoszono wyniki konkursu Kosycarz Photo Press... zobaczcie i oceńcie sami.


poniedziałek, 9 czerwca 2008

Letnie świecenie...


Są pory roku, których fotograf nie lubi szczególnie. Są pory dnia, których fotograf nie lubi szczególnie. Są nawet wiatry, których fotograf nie lubi zwłaszcza.

Takie dni właśnie nadchodzą. Niestety!

- Co za wspaniała pogoda na zdjęcia! Słońce, ależ pięknie - powiedziałaby żona jeszcze 10 lat temu (gdy nie była żoną) w pierwszy słoneczny dzień lata.
Na szczęście, już po kilku miesiącach udało się wymazać z twardego dysku jej mózgu wpis o słońcu i fotografii. Niestety, nadal z innych stron słyszę te wspaniałą tezę.
- No dobrze, ale czemu się czepiasz iczek? - już słys
zę gdzieś z tyłu głowy pytanie tego drugiego iczka.
No to spróbujmy to sobie przeanalizować...
Co można sfotografować w słoneczny dzień, w pełny
m słońcu przy upale rzędu 30 stopni, gdy cienie i różnica naświetleń waha sie między 2 a 4 działki przysłony i za chińskiego boga nie da się tego zbalansować w normalny sposób....

Prop. 1
Pierwsza propozycja to... niebo z filtrem czerwonym. Jak wiadomo użycie takiego cuda spowoduje, że stojąc pod odpowiednim kontem uzyskamy praktycznie czarne niebo. Upał wprawdzie będzie równie nie do zniesienia, ale za to mamy jakiś pomysł.



Prop. 2
Druga wersja to fotka pod słońce... jak wiadomo będziemy potrzebowali silnie prześwietlić pomiar z wbudowanych głupich urządzeń lub zmierzyć to klasycznym światłomierzem. Ładnie i fachowo to się może nazywać z angielska "silułet" :) lub zdjęcie konturowe. Zależnie jednak od tego jak bardzo prześwietlimy...



Prop. 3
Czyli brak propozycji...:)

Ja już nie wiem co można zrobić więcej...? Wszystko inne to będzie jedynie wariacja na powyższe dwie propozycje. Nie biorę pod uwagę foty na chama, na wprost... bo mnie odrzuca.

I właśnie dlatego nie cierpię lata, słońca i słabego wiaterku.
Niech leje, niech chmury będą i niech dmie halny nad morzem. Czekam!


sobota, 7 czerwca 2008

Moje prawa fotografa...


Za każdym razem gdy czytam regulamin jakiegoś konkursu, to szczególną uwagę zwracam na zapis o możliwym wykorzystaniu moich prac do, jak to określają organizatorzy, promocji konkursu i wystaw pokonkursowych.

I za każdym razem łapię sie na tym, że stawia się mnie, uczestnika w roli patentowego osła, bo pod płaszczykiem zrozumiałej dla mnie asekuracji i współpracy w rzeczywistym promowaniu konkursu, najczęściej spotykam próby zrobienia mnie w konia.

Oto przykład (wycinek regulaminu), który mnie odstrasza od wzięcia udziału w takim konkursie.
Czy się czepiam, czy tutaj już organizator poszedł za daleko?
A może przesadzam?

Przykład 1
~~~~~~~~~~
5.1.
Nadesłanie na konkurs fotografii jest równoznaczne z udzieleniem organizatorowi konkursu bezpłatnego prawa do korzystania z prac konkursowych – w celu promocji konkursu, organizowanych wystaw,druku publikacji pokonkursowej - na okres 1 roku.
W szczególności uprawnia organizatora konkursu do bezpłatnego korzystania z prac konkursowych poprzez umieszczanie ich w Internecie, Intranecie, publikacjach prasowych związanych z konkursem, wystawach pokonkursowych, plakatach i innych materiałach reklamowych promujących wystawy i sam konkurs oraz jego przyszłe edycje, katalogu konkursu, albumie oraz kalendarzach ściennych i biurowych.
~~~~~~

Przykład 2
(to już po bandzie dla mnie - 5 lat!)
~~~~~~~~~~~~
4.10 Organizator nie zwraca zdjęć nadesłanych na Konkurs i zastrzega sobie prawo do dysponowania nadesłanymi fotografiami w ramach publikacji wyników Konkursu w dwutygodniku xxxxxxxxxxxx, na stronie www.xxxxxx i innych wybranych przez Organizatora oraz w pokonkursowej książce, na wystawie czy w innych wydawnictwach będących efektem Konkursu. Przysłanie zdjęć na Konkurs jest równoznaczne z deklaracją autora tych zdjęć o zgodzie na ich wykorzystanie w wyżej wymienionych celach w okresie 5 lat od dnia ich zgłoszenia do Konkursu, na następujących polach eksploatacji:
w zakresie utrwalania i zwielokrotniania utworu - wytwarzanie określoną techniką egzemplarzy utworu, w tym techniką drukarską, reprograficzną, zapisu magnetycznego oraz techniką cyfrową;
w zakresie obrotu oryginałem albo egzemplarzami, na których utwór utrwalono - wprowadzanie do obrotu, użyczenie lub najem oryginału albo egzemplarzy;
w zakresie rozpowszechniania utworu w sposób inny niż określony w pkt b - publiczne wykonanie, wystawienie, wyświetlenie, odtworzenie oraz nadawanie i reemitowanie, a także publiczne udostępnianie utworu w taki sposób, aby każdy mógł mieć do niego dostęp w miejscu i w czasie przez siebie wybranym.

~~~~~~~~~~~~~~~~



piątek, 6 czerwca 2008

Metoda na głoda...

...fotograficznego.

Jest ich zapewne wiele, ale ja chciałbym króciutko (nadal pamiętając wczorajszą traumę związaną z promocją książki Jureckiego) napisać, że jedną z metod na zaspokojenie własnych pragnień fotograficznych jest zorganizowania pokazu swoich prac wraz z komentarzem.
Poniżej zamieszczam kilka cennych rad jak tego nie robić oraz jak, moim zdaniem, to powinno wyglądać.
Więc zaczynamy:


Robisz pokaz swoich zdjęć, promujesz album prac swych, mówisz o książce o fotografii!?
Zastanów sie co robisz.
Daj szanse swoim odbiorcom aby zrozumieli kim jesteś i szanuj ich!
To oni mają kupić Twoje dzieła więc dbaj by czuli się dobrze!

Zasady:

- nigdy nie spóźniaj się na swój pokaz,

- nie ufaj właścicielom lokalu , w którym robisz pokaz (jeśli mówią, że jest kable video do rzutnika, każ im go pokazać, jeśli mówią Ci, że ekran jest biały - dotknij go, bo szmata zawieszona na framudze drzwi może zdziwić nawet największych luzaków... (vide wczorajszy wieczór),

- zaczynaj mówić o czasie - punktualność to praktyczna zapomniana cecha usprawiedliwiana zawsze korkami - bzdura! To zwykłe chamstwo i brak szacunku dla odbiorcy.
Cyt: "Kiedy umawiam się ze Zbyszkiem w Nowym Jorku i mój samolot z Warszawy planowo ląduje 5 minut przed jego lotem z Monachium, to ja wylatuje dzień wcześniej żeby się jednak nie spóźnić, bo przecież samolot może mieć opóźnienie."
Tak odpowiedział Krzysztof Kieślowski, zapytany czy się spóźnia. Zbyszek to Zbigniew Preisner.

- jeśli nie wiesz czy potrafisz obsługiwać rzutnik i laptopa, poproś żonę lub koleżankę, a najlepiej 7-letniego syna - pomoże Ci z pewnością. Sprawdź czy formaty, które masz na płytach znajdą odpowiadające im kodeki - aż mnie ściska kiedy widzę, jak prelegent walczy z systemem, bo nie chciało mu się sprawdzić filmu wcześniej (no przecież avi odtworzy wszystko!)

- jeśli pokazujesz zdjęcia, nie zabijaj ilością... nic tak nie odstrasza jak oglądany tego samego wieczoru setny zachód słońca lub pięćdziesiąty ósmy dom w cieniu czy portret pijaka zrobiony z 9 stron

- komentujesz to co pokazujesz? To weź się w domu zastanów co chcesz powiedzieć. Jąkanie się i słynne aaaa, yyyy są przerażające w dużej przestrzeni i w ciszy. Brzmią wtedy jak wystrzał armatni i deprecjonują to, co może masz wartościowego w głowie. Korzystaj z notatek - to nie wstyd.

- przemyśl do kogo mówisz... przemyśl ile mówisz... nie zagaduj zdjęć, daj audytorium odetchnąć obrazem. Jeśli już mówisz, to używaj języka ludzi normalnych, nie sil się na krasomówstwo... Zapomnij o wykładzie, bo nie nawiążesz porozumienia z odbiorcami.

- mierz czas... nuda zaczyna wiać nawet na zdjęciach Parra, kiedy oglądasz je za długo...

- daj ludziom szansę na dyskusję, ale najlepiej po pokazie...
KONIEC

Niby nic, wszyscy to pewnie wiemy, ale ilu z Was prowadziło prezentację stojąc za rzutnikiem i opowiadając o swoich zdjęciach. Myślicie, że łatwo, że to bułka z masłem?! Jak się okazuje, nawet takie figury jak Jurecki popełniają podstawowe błędy i zabijają własny pokaz, prezentację. U niego wszystkie wady nastąpiły w tym samym czasie. Bardzo żałowałem, bo nie odbieram człowiekowi wiedzy. Niestety on odebrał mi przyjemność słuchania go.

Proszę - nie popełniajcie tych błędów, a nawet ze średnich fot i średnich treści uda się złożyć coś zgrabnie podanego i ciekawego :)



czwartek, 5 czerwca 2008

Jurecki... gadał...


Długo się już nad klawiaturą zastanawiam jak to napisać. I nadal nie wiem, więc będzie bardzo chaotycznie...

Byłem w tym "Lalala-Bistro".
Był Jurecki.
Były lody z pieprzem i octem (nie zjadłem, ale atrakcyjne).
Było fatalnie.

Powiem tak, Jurecki nie gadał o fotografii. Jurecki nawet nie jest w stanie powiedzieć niczego ciekawego dla mnie o fotografii. Jurecki nawet na prześcieradle przyczepionym do framugi drzwi, bokiem do odbiorców nie pokazywał z laptopa fotografii, bo była to plama jedynie. Rzeczą, której z pewnością można się nauczyć od Jureckiego to... jak nie mówić o fotografii i jak nie organizować spotkań autorskich.
To był koszmar.

Wytrzymałem około godziny, nie wliczając spóźnienia w rozpoczęciu gadania, które nie wiedzieć czemu stało sie jaką idiotyczną tradycją na takich spotkaniach. Jakby długość czasu oczekiwania na pierwsze słowo prelegenta miało już na wstepie zwiększać jego wyjątkowośc. G... prawda.


Bez ogródek powiem, że ja nie dorosłem i chyba nie rozwinąłem swojego mózgu na tyle aby zrozumieć takie pseudo naukowe dywagacje i próby omawiania jakiegoś tam zjawiska (w tym wypadku fotografii) w takim stylu. Silenie sie na naukowe analizy i oplatanie co drugiego zdania w sztuczne formuły rodem z doktoratów pisanych 50 lat temu jest dla mnie śmieszne. A już na pewno mało poważne.
Audytorium stanowili w połowie ludzie młodzi, a druga połowa to tzw. "starsze pokolenie" lokalnych "twórców", których znam od lat i widuje wyłącznie na tego typu spotkaniach.
Wiek może nie jest tutaj ważny, ale mam wrażenie, że prelegent trafiał do nich skuteczniej...

Z poglądami wyrażanymi już podczas samego wstępu Jureckiego nie będę polemizował, bo fajnie i sprawnie opisał to Sarniak. A tak na marginesie, Sarniak - naprawdę nic nie straciłeś i nie było czego nagrywać :) Jurecki nie omieszkał wspomnieć, że Gudzowaty to cienias.. :)

W sumie, gdyby nie te lody z octem, to byłby wieczór stracony, a tak Darek i Joasia wyszli szybko razem ze mną i obalili butelczynę wina. Teraz myślę, że powinniśmy wypić je przed spotkaniem :)





Dzień bez wpisu....

... dniem straconym.

Prawda głęboka w tym jest, bo jak Was opuszczę na dzień lub nie daj boże na półtora, to czuję się jak zdrajca. Dlatego staram się jak mogę, aby Was zatrzymać przy mnie i proponować dyskusje na każdy temat fotograficzny, bo okazuje się, że wielu z nas ma te same przemyślenia, problemy i pomysły jeśli chodzi o fotografię.
Po tym małym wstępie... a nawiązując do tytułu... chciałbym zwrócić Waszą uwagę na wpis Rudolfa o braku weny.

Poniżej zamieszczam anty-wpis:

Od wielu lat wiem, że coś ze mną nie tak jest. Od tygodni znajduję w necie same dobre zdjęcia, nie mówiąc już o wystawach, które odwiedziłem, a kilka dni temu zauważyłem w czasie spaceru po Starówce, że patrze podobnymi kadrami jak te widziane fotografie - wszystko warte rejestracji.
Nawet nie ma znaczenia, że jestem dziś malinowy, ostatnie dwa dni zapierdalam w firmie jak mały motorek!


Nie interesuje sie kryzysem wieku średniego, który powinien mnie już dopaść, po prostu chłonę te wszystkie wspaniałe rzeczy wokół mnie we wszystkich odwiedzanych miejscach.

W każdym razie nie chce zmieniać tego nastawienia do świata, w szczególności nastawienia mojego do fotografii. Na szczęście nie korci mnie aby kupić jakąś beznadziejną cyfróweczkę. Bo potem zaraz przyszłoby mi do głowy zmajstrować jakiś myk, aby kadrować w kwadracie, a to już paranoja jest, a nie pasja :) Niektórzy przyklejają czarny plaster na LCD... Koszmar :(


środa, 4 czerwca 2008

Sopot - Jurecki będzie gadał...


"Poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce"

Krzysztof Jurecki zawita do Sopotu. Jak widać sezon się zaczął, bo w wymarłym poza sezonem mieście, zaczynają pojawiać sie nie tylko wydekoltowane od dołu i z góry paniusie, ale również artyści i twórcy łakną nasycić się naszym jodem :)
A że zarabia się tam gdzie dużo ludzi więc szlak promocji swojej książki Jurecki zaplanował też i tutaj. Sam książki nie czytałem, ale pewnie w końcu po nią sięgnę.

W każdym razie:
Już w czwartek, 5 czerwca 2008 roku w sopockim "LALALA - BISTRO" będziecie mogli zobaczyć jak wygląda autor i nawet z nim porozmawiać. Początek spotkania o godzinie 19:00 jak podaje portal TEN.

Te coś tak śmiesznie nazwane Lala...coś tam znajduje się na ulicy, o której istnieniu dowiaduje się po raz pierwszy od 3x lat :) A że mieszkam w odległości 100m więc me zdziwienie jest tym większe.
Ulica Rzemieślnicza, gdzieś między stacją SKM Żabianka a Sopot-Wyścigi. Chyba się wybiorę po robocie.

Myślę, że warto!



wtorek, 3 czerwca 2008

Moje "Little Big Horn"...


Tak się zastanawiam czy są ludzie, którzy rozpoczynają dzień, nie wkładając kawałka zmrożonego chleba do tostera (jak czynię to ja), ale wkładając rolkę filmu do kasety aparatu?!

To muszą być prawdziwi masochiści fotograficzni. Ostatni Mohikanie fotografii. Tacy, co urządzają sobie każdego dnia taką małą bitwę pod Little Big Horn i pomimo przegranej pozycji wygrywają z gen. Custerem dowodzącym flagowymi okrętami spod "żółtego N" i "czerwonego C".

I ja staram się prowadzić małą, osobistą wojnę podjazdową z wszechogarniającym mnie lenistwem i łatwizną cyfrową. Ostatnio na siłę przekonuje się, że Hasselblad został stworzony do pracy na ulicy, do streeta. I przegrywam :)
Naprawdę nie udaje mi się zdążyć ustawić wszystkiego , co trzeba, a zwłaszcza kadru. Naprawdę niewygodnie jest patrzeć sobie na brzuch i jednocześnie widzieć, to co dzieje się za rogiem i złapać ten moment, o którym trąbią podręczniki fotografii, a nazywany "momentem decydującym". Ki diabeł namawia mnie na te zabawę i na te marnowanie klatek!? Sam nie wiem.
Może to właśnie ta tkwiąca w nas wiara, że czasami warto zrobić coś, co jest bez sensu, co wydaje sie być z założenia skazane na porażkę. Jak w życiu, tak w fotografii. Nie każdy kadr i nie każda klatka jest ładna. W sumie to nawet większość z nich jest brzydkich. Brzydcy ludzie wokół nas, brzydkie sprawy. Bitwy przegrywane na każdym kroku. W pracy, w domu.

Ale przecież pomimo to trwamy. Jak powój... co wije się po gładkim murze.

Pomimo to, że Hassy nie jest dla streetowca, biorę go co dzień. Uwalniam klatki, które pękają gdzieś w głowie jak bańki mydlane i patrzę sobie na brzuch. Każdego dnia. Fajnie, że mam codziennie kolejne moje własne Little Big Horn...


poniedziałek, 2 czerwca 2008

Polecane... ciepłe kluchy

fot.: Josef Hoflehner

Dziś polecam Wam cieplutkie, piękniutkie, formalnie zakręcone ciepłe kluchy w wykonaniu Josef Hoflehner.
Kiedy już wydaje mi sie, że zrobiłem fajne zdjęcie, dobrze ułożyłem kadr i wydobyłem wszystko co zamierzałem, to sięgam sobie do tej strony. Czyste, schludne i perfekcyjnie poukładanie to wszystko... oj aż czasami chce się coś zepsuć :)

niedziela, 1 czerwca 2008

Dużo czytania o druku atramentowym...


Dzisiaj proponuje Wam dużo czytania w obcym języku. Dwa artykuły przeznaczona dla tych,którzy wchodzą w świat drukowania samodzielnie własnych prac na drukarkach atramentowych.

Ponieważ sam coraz poważniej rozważam zakup takowej, więc materiał wydaje się być dość sprawnie opisany i umieszczony na kiedyś mojej stronie startowej NatureScapes.Net.

Pierwszy materiał: Getting Started With Inkjet Printing
Drugi materiał: Ten Tips for Better Prints

Zapraszam...