wtorek, 20 maja 2008

Jesteś mi jak krew...

... w żyłach płynąca. O fotografio ty moja!

Zaparkowałem jak zwykle. Blisko kanału. Miejsce nieznane turystom i wyciszone szumem płynącej leniwie Motławy. Torba w nogach pasażera zdawała się szeptać, że dawno nie brałem jej pod ramię i że tęskni. Nie mogłem sprawić jej zawodu.
Film cierpliwie obijał się w schowku mojego francuskiego pojazdu. Nadeszła jego godzina.
Spokojnie rozkładałem statyw. Jedna noga od czasu wizyty na plaży opornie wysuwa się z swojej dziupli. Nie spieszę się. Nie walczę z uciekającym kadrem. Po prostu zaczynam celebrację.

Jeśli liczycie, że na końcu tego wpisu będzie fotka, to oczywiście się nie doczekacie, co od razu widać, bo miniaturki nie ma. Powód jest prosty.

Celebracja zastępuje mi coraz częściej efekty. Przyłapuje się na tym, że mierzę, tańczę wokół statywu, zmieniam pozycję i... zwijam manele. Nie naciskając migawki. Jakbym chciał odwlec te chwilę spełnienia w nieskończoność.

Uwielbiam te niezrobione klatki. Te nienaświetlone kwadraciki 6x6. Zawsze są bowiem idealne, gdzieś z tyłu głowy jedynie wywołane. Gdzieś odsunięte od urealnienia i snem pozostające.

Ot... rozmarzyłem się. Bez tej fotografii ciężko żyć.

Ech... chyba zacznę robić jakąś dynamiczną fotografię... Może wyścigi jakieś...?
Żółwi...


3 komentarze:

Wojtek pisze...

To jest miłość do fotografii :)

Kuba Weber pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Anonimowy pisze...

Wojtek, tylko do takiej miłości jest bardzo blisko do zboczenia :]