piątek, 30 maja 2008

Zwinęła sie i poszła...


- Słyszałaś co się wczoraj stało!? Ej, obudź się!
Błogi sen nie pozwalał 'Ostatniej' przetrzeć oczu. Ciemność nadal kusiła do snu.
- No przestań, dajże pospać jeszcze.
- Zwariowałaś! W-S-T-A-W-A-J ! Wszystkie media o tym mówią. Cały Internet pęka od zdjęć i newsów. 'Pierwsza' odeszła!

Jeśli jadący IC uderzyłby w stojącego na torach człowieka, chyba skutek uderzenia nie zdziwiłby tak bardzo jak wreszcie poczęta świadomość w głowie zaspanej.

- Jak to odeszła?! Przecież to niemożliwe!
Sytuacja przerosła wszystkich. Cała grupa ściśnięta wokół siebie dyskutowała zażarcie.
- No wczoraj jeszcze razem żeśmy rozmawiały,że to już prawie dwa miesiące tkwimy w tym samym miejscu i że w sumie jest fajnie.
- A pamiętacie jak mówiła: "Nie ruszę się stąd! Nikt mnie siłą nie przesunie z tego miejsca!" - gadanie..
Dyskutujące nie za bardzo mogły w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć sobie je dziwnego zachowania.
- To jeszcze raz. Jak to było? - spytała 'Ostatnia', która była najdalej i zupełnie nie widziała i nie słyszała zamieszania.

- 'Następna' po raz setny w tym dniu rozpoczęła opowieść:
Obudziłam się jak zwykle. Nadal było ciemno i panował zwyczajowy spokój. Dzień jak co dzień. Mało miejsca, ścisk, ale te same znajome twarze więc spokojnie jeszcze przecierałam oczy, gdy nagle TO się stało... Dziwny szelest i trzask dochodził gdzieś spod nas. Pierwsza jeszcze spała. Delikatnie ją szurnęłam i pytam:
- Słyszysz to co ja?
- Niby te szelesty?
- No...
- Eee tam. Śpij. Ciemno jest jeszcze...
I to były jej ostatnie słowa! O-S-T-A-T-N-I-E ! Potem to już potoczyło się szybko.

Trzask...
Ziiiiuuup...
... i koniec. Już jej nie było.
Po prostu zwinęła się i poszła. Tak ot.


- Ale jak to zwinęła się i poszła?! Przecież nie żyjemy w pustce. Gdzieś musi być! 'Środkowa' nie dawała wiary wydarzeniom.
- Dziewczyny! Nie ma co się czarować, ktoś w tym ma swój udział i tylko razem mu damy radę. W imię ojczyzny naszej i boga na czarnym niebie przyrzekam że go znajdę!

Zaleciało amerykańskim filmem, ale okazało się, że to działa. Porwane wiarą i nadzieją, 'Ostatnia', 'Następna' i kolejne wspólnie uniosły ręce w geście solidarności z 'Pierwszą' i zanuciły:
- Tam tam ta tam, tam ta tam....


~~~~~~~~
Andrzej czuł, że to właśnie to wyczekiwane tak długo spełnienie. Wiele miesięcy nic nie zrobił. W końcu znalazł czas, miejsce i światło.
Tylko jeden strzał.
Klik.
Jednak klatka.
Zwinął ją. Poszło.



czwartek, 29 maja 2008

Czy Ty też tak masz...?


Spoglądam leniwie przez ramię na torbę upchniętą w salonie pod półką z kwiatami żony. Miejsce niby jak każde inne, ale ma coś w sobie z prestiżu. Bo to salon (ech - marne 21m2), bo to pod kwiatem żony, bo to w pobliżu telewizora, który jak w statystycznym polskim domu stanowi centrum ogniska domowego.
Więc leży sobie ta czarna torba, a w niej te szpeje zebrane miesiącami wyrzeczeń i kombinowaniem kasy gdzieś na lewo, gdzieś z premii urwane złotówki, a nie wydane na kolejną zabawkę dla Młodego.

I co... i odwracam wzrok. Smętnie. Spoglądam na gazetę, czy rzeczony telewizor i... nic.

I niestety nie chce mi się wziąć aparatu do ręki. Nie chce mi się iść na miasto. Nie widzę potrzeby po raz setnego fotografowania tej samej kamienicy i tego samego, równie smętnego jak ja, ciecia pod domem. Dopada mnie niechęć do fotografii. Takie zmęczenie materiału. Wiecie... taka przerwa w miłości.

Ponoć to normalne. Ponoć dlatego zmieniamy nasze zabawki i nasze fotograficzne tematy, aby nie popaść w rutynę i schematy. Ale ja jakoś nie czuje żeby to było normalne. Jakoś jest mi strasznie przykro wobec tej mojej stworzonej w głowie miłości do fotografii. Kurcze, ja zaczynam ją sobie (ową fotografię) personifikować (ależ słowo!). Powiem więcej...
Mi jest GŁUPIO, że czuje do niej niechęć. Takie wewnętrzne wyrzuty sumienia targają mną, że przecież skoro się zdeklarowałeś to trzeba być konsekwentnym, skoro gadasz i pokazujesz, że fotografia to, że tamto, że najlepsza, że oczy mi otwarła, że odczuwam przez nią świat (i wszystkie te frazesy) - to nie wolno mi odwrócić się od niej, bo mam focha, bo wena gdzieś umknęła, bo się nie chce ruszyć tyłka w niedzielę rano i lecieć na miasto.

Zakrawa trochę na wariactwo i czasami myślę, że kozetka za 200zł na godzinę powinna być obowiązkowa dla pasjonatów nie tylko fotografii. Po prostu terapia wliczona w hobby. Taki set. Kit.
Oczywiście wiecie jak kończą się moje obrażalskie foszki w stosunku do torby, która uosabia fotografię....
Oczywiście...
Po pół godzinie jestem na mieście. Sam. Z nią. Trzymam ją za rękę (uosobiona owa ręka w postaci ciężkiego jak cholera szwedzkiego produktu) i maszerujemy wspólnie. Znowu witamy ciecia, robimy mu ente zdjęcie za ente 5zł (wino podrożało cholernie) i przysiadamy na kawie. Ona czuje się zaspokojona, ja czuję, że przełamałem kolejny próg i teraz już tylko będzie lepiej.

Czy to przypadek, że fotografia jest rodzaju żeńskiego...?


środa, 28 maja 2008

"Stare aparaty po dziadku"...


tekst: Jarosław 'dzerry' Orłowski

Sobota 4 rano.
Rozpoczyna się cotygodniowy rytuał. Mąż, klnąc pod nosem na ziąb i szarugę za oknem, zwleka się z łóżka i przecierając niewyspane oczy, otwiera szafkę zapełnionę po brzegi sprzętem fotgraficznym. Jakże on nie znosi tych wyborów – no cóż tym razem ze sobą zabrać? Miły dla ucha świst zamka błyskawicznego YKK i już przepastny plecak fotograficzny stwoi przed nim otworem. Z atencją godną królewskich insygniów pakuje do niego mordercę kręgosłupa - Pentaksa 67II, SMC Pentax Fish-Eye 67 35mm f/4.5, którego i tak nigdy nie używa, swój najukochańszy SMC Pentax 67 45mm f/4, dla którego w 1994 sprzedał swojego Kadetta i przede wszystkim SMC Pentax 67 300mm f/4 ED[IF], za którego ponownie oddałby swoją nerkę, gdyby ją jeszcze miał. Gdy przytroczył już do plecaka 10 kilowy statyw, na chwilę zawahał się, ponownie otworzył szafkę, by wyjąć z niej Leike M7 z Summicronem-M 35mm - w drodze powrotnej, jeśli tylko światło będzie łaskawe, zatrzyma się na ulicy, gdzie już dawno wymarzył sobie to jedno zdjęcie życia - potrzeba tylko niewielkiego zbiegu okoliczności.

Gdy wybór zdawał się być dopełniony, poszedł do kuchni przygotować strawę na długi dzień poza domem. Zamykając lodówkę, kątem oka dostrzega smutno zerkająca spod półki z wedlinami Velvię. Nie myśląc długo, zabiera 4 rolki, a do plecaka dokłada jeszcze Pentaksa Z1p z kompletem Limitedow.

Do domu wraca wieczorem. Westchnąwszy z ulgą, zrzuca z siebie brzemię fotoamatora, wyciąga z bocznej kieszonki 5 szerokich Delt 100 i 3 rolki małobrazkowego triksa, by po chwili, przygarbiony, poczłapać w kierunku ciemni, z której wychodzi dopiero nad ranem. Otumaniony oparami utrwalacza, z pustymi, podkrążonymi oczyma, marzący już tylko i wyłącznie o śnie.

Serce małżonki krajało się za każdym razem, gdy musiała oglądać te weekendowe cierpienia mężczyzny swego życia. Postanowiła coś z tym zrobić. Przecież Mirek, jej pierwsza miłośc ze szkolnej ławy, którego odnalazła niedawno na Naszej Klasie, robi bardzo ładne zdjęcia, do tego kolorowe i nie musi przeżywać takich cierpień jak jej mąż. Nie myśląc długo, zastukała do Mirka na GG. W kilku zdaniach suto okraszonych emotikonkami wyjaśniła mu dręczący ją problem, a niezawodny Mirek po 15 minuatach podsunął jej genialne rozwiązanie.

Gdy mąż wyjechał na delegację, zrobiła zdjęcie jego gratów telefonem komórkowym, wystawiła na allegro i sprzedała wszystko na jednej aukcji jako "Stare aparaty po dziadku". Nigdy nie zrozumiem mężczyzn, pomyślała, gdy po ten cały szmelc przyjechał pewien człowiek z Zielonej Góry, nalegając że dołoży krotność wylicytowanej kwoty.
- A co mi tam - powiedziała do siebie uśmiechając się perliście. - Przynajmniej wystarczy mi na torbę kolt, o której wspominał Mirek.
Mężczyzna z Zielonej Góry potrzebował trzech rund na 3 piętro i z powrotem, by załaodować cały sprzęt do samochodu. Gdy w końcu odjechał, niesiona na skrzydłach małżeńskiego oddania małżonka udała się do MediaMarkt i kupiła polecany przez Mirka profesjonalny aparat Nikon D40x z imponującym obiektywem Tamron SP AF 18-200mm F/3.5-6.3 XR Di II LD IF Makro.

Nie mogła doczekać się powrotu męża. Ubrana w swą najlepszą sukienkę, wypatrywała go w oknie. A może zrobi mi ładne zdjęcia swoim nowym aparatem, pomyślała delikatnie się rumieniąc.

W czasie sekcji zwłok, lekarz sądowy, zwrócił się do swojego asystenta:
- Niewiarygodne, nawet podczas wypadków samochodowych, odłamki szkła nie wbijają się tak głęboko w czaszkę!
- Twarde szkło z chińskiej huty - odpowiedział tajemniczo asystent.


Zwierzaki, futrzaki...


Dla wszystkich Pomorzan i ew. zapaleńców spoza regionu, mam informacje przysłaną mi wczoraj drogą listową (skąd oni mają mój adres ?!) przez Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku.

Otóż, jedynie do 30 maja można tamże oglądać wystawę
Fotografia Dzikiej Przyrody 2007 (Wildlife Photographer of the Year 2007).

Jeśli ktoś lubi fotografować słonie w swoim basenie przydomowym lub kolibry w ogródku na działce na Mazurach, to może porównać swoje wyniki z wynikami uznanych fotografów konkursu organizowanego przez BBC. Więcej info na stronie Muzeum.



fot.: Jeff Yanover

PS
Jako, że kiedyś też się w to bawiłem :) - miła sercu memu ta wystawa.


wtorek, 27 maja 2008

Joe McNally for Google...


Dzerry podrzucił mi dzisiaj ten link. Nie znałem tego wywiadu i powiem krótko - lektura obowiązkowa!!
Zapraszam:






Stało się...


- Nie, nie - my jesteśmy niefotogeniczne. Tak za zapleczu.

Zdecydowanie w głosie nie dawała o szansa na namówienie ich, a wszystko to przez... Hasselblada.
- Ale ja robie dla siebie. Po prostu.
- Z takim aparatem i dla siebie?! Eee pewnie dla gazety jakiejś.
To bydle faktycznie wygląda jak buldog na smyczy. Jeszcze jak rozwinę mu skrzydła w postaci kominka, to już w ogóle przypomina jakieś zwyrodniałe monstrum..

A scena była piękna. Stare Miasto, głęboka zacieniona brama, w jej końcu dwie dziewcznyny. Widać, że obługa jakiejś knajpy, przerwę mają. Jedna kuca w dzinsach, druga stoi oparta o śmietnik (taki smukły, wyoski), obie palą. Na dodatek obecnie każda kucająca dziewczyna "chwali się" od razu swoją bielizną oczywiście na literkę 's' :) Światełko konturowe, no nawet Alkos by się zatrzymał :)

Więc ja wyjmuje mojego słonia (aparat :) ), w drugiej łapie światłomierz równie wielki i co... I po prostu spłoszyłem scenę. No wady ma ten średni format, no ma!

Powrót do pracy. Odpalam ledowe cudo przed oczami. Końcówka '.com' otwiera mi świat. Jest. Cena 235 i 18 minut do końca. Login, Bid Now, klik i jestem na górce. Jeszcze 5 minut. Stawka rośnie. You've been outbid. Ejże. Podbijam. Cena skacze do 278... sekundy mijają... You won!

Mint condition, box. Body only. Contax G2 jest mój :)

niedziela, 25 maja 2008

Walter Iooss - "Athlete"...!


Nie mogłem czekać z tym i tak spóźnionym postem. Oto sie dowiaduję na stronie SportsShooter (którą ostatnio zaniedbałem mocno), że mój guru fotografii sportowej (tej pozowanej, jak i akcji) - Walter Iooss wydał właśnie swoją nową książkę/album - "Athlete".




Nawet nie będę zachęcał... są rzeczy oczywiste, a dla mnie oczywistym jest to, że kupuje to coś w ciemno. Strona Waltera, którą już tu polecałem mówi sama za siebie. Guru. Pochylam łeb swój niewierny.


Bulimia fotograficzna...


Słuchajcie Kochani!

Ile jesteście w stanie wydać na fotografię? No tak w tysiącach na jeden aparat?
Macie jakaś granice, jakiś wewnętrzny hamulec...?

Tak się zastanawiam, bo z biegiem lat (z biegiem wypłat) zauważam u siebie coraz mniejszy próg kontrolny. Światełko zaczyna zapalać się coraz później, coraz to przekraczając kolejne, już nie tylko pierwsze cyfry, ale zera w końcowym rachunku.
Zaczynam sie obawiać, że jednak to wszystko jest już, nie tylko jakąś pasją, ale obłędem! Tysiące przestały mieć znaczenie, zaczynam wchodzić w sferę dziesiątek tysięcy. Ostatnio odbierając skany, zapłaciłem trzycyfrową kwotę i wcale nie zaczynała się od 1, 2 czy 3 :) I pomyślałem, że to chyba jednak choroba.

Taka fotograficzna bulimia. Tyle tylko, że waga u mnie z biegiem lat przybiera, a portfel chudnie. Byle mieć, nażreć się ilością, jakością, marką. Czasami aż się boje wejść na eBay, a nuż będzie w idealnym stanie Contax G2... a nuż Distagonik jakiś się pojawi.... uch. Alt + F4. I do kuchni. Gary szorować panie iczek....


Uwielbiam "niskobudżetowe sesje"... :)


fot.: from Paul Lamontagne Flickr account


Przaśnie i polsko...


Byłem na weselu. Znaczy ślubie najpierw, a potem weselu. Byłem gościem, znaczy tak nie do końca, bo jak już wspominałem wcześniej, robiłem za tzw. rodzinnego fotografa, co to mając aparat większy dwa razy od kompakta aspiruje automatycznie do roli profesjonalisty. Więc i tym razem drogą okrężną przez żonę (nie ma to jak polityka żabich skoków wokół mnie) padła prośba nie do odrzucenia.

- Piotr, zrobisz kuzynce zdjęcia na ślubie? Prosiła mnie.
Skurcz. Ktoś mi kiedyś powiedział, że w niektórych sytuacjach mój wzrok zabija. Tym razem nie zabił, bo żona miała wzrok utkwiony w obierkach z włoszczyzny szykowanej do rosołu.
- Wiesz przecież, że ja już nie mam sprzętu do takiej fotografii. Mam tylko aparat na film, nie da się nim zrobić takich zdjęć. Jest za duży.
- Ona mówi, że możesz zrobić tym co tam masz, i że oni nie chcą mieć żadnych profi fot...
Skurcz numer dwa jest bliższy pierwszemu zawałowi. DZIĘKUJE małżonko....!

- Ale ja już nie robiłem tego dawno i naprawdę się tym nie zajmuje. Powiedz jej, że nie chce i nie mogę.
- To sam jej powiedz. Telefon jest na zaproszeniu na wesele.
Nooo jaaasne! Kumacie te rozgrywkę?! No ideał. Po prostu książkowy przykład. Nie wierzę, że to jeszcze działa. Ja mam to odkręcać. Naobiecywane i teraz weź człowieku rób z siebie chama i zadufanego artystę.... :(

Omijam resztę szczegółów toczącej się bitwy aż do ostatnich godzin przed ślubem. Wiadomo było już po pierwszym zdaniu, że będę musiał to zrobić. Byle czym i nie profi!


Wesele przaśne. Polskie. Odrzuca mnie niestety od wesel z zasady. Chyba wyrosłem. Ale po paru minutach i kolejnej zmiksowanej wersji: "Jesteś szalona, mówię ci"... daje się porwać. Czuję się Polakiem całą (odkażoną 40% wódką) gębą :)
Wokół fotografowie weselni. Rodzinni wujkowie z poręcznymi kompaktami. Młodzi kuzyni z "profi" wyglądającymi 400 i lampami na sankach. Błyskanie przy każdej kolejnej przaśnej zabawie z balonikami i przy kolejnym: "... i jeszcze jeden i jeszcze raz...".

Byłoby naprawdę fajnie. Gdyby nie te skurcze. Gdyby nie to, że robiłem nieprofesjonalnie i na byle czym.

- Dziękuje Ci...
Cholera, niby nic, ale w ustach żony gdzieś koło 4 rano na pustej ulicy to jakoś tak wybrzmiało pełnie i soczyście.
- Spoko.


(te zdjęcia nie maja prawa się podobać, współczuję im)










piątek, 23 maja 2008

Magazyn Hassela on-line...


Mam nadzieje, że nie trzeba Was namawiać Jak podają serwisy fotograficzne, Hasselblad zdecydował się upublicznić swój magazyn internautom. Darmowe to jest więc walcie drzwiami i oknami. Więcej na http://www.victorbyhasselblad.com/



Ja polecam zdjęcia do artykułu "Wild West", str. 52... wypasik :)

czwartek, 22 maja 2008

Forma łaknienia wiedzy...


Jaka forma zdobywania wiedzy fotograficznej jest dla Was najbardziej efektywna i najbardziej skuteczna?

Dzerry przypomniał mi kilka moich pomysłów, które zostały jedynie w głowie lub na rozpisanej elektronicznej kartce w formacie - *.doc. Dotyczyły właśnie tych form przekazania wiedzy fotograficznej i zdobywania jej przy pomocy kolegów i ew. uznanych autorytetów.
Czy lepsze są plenery, na których po pierwszym dniu picia, drugi dzień przemienia się w próbę odzyskania równowagi psychicznej, a w trzecim trzeba już wracać i praktycznie nie pogadało się o czymś ważnym [:)], a może lepiej organizować stacjonarne prelekcje z jakiejś dziedziny i np. wynająć studio z instruktorem (kolegą) i łyknąć trochę praktyki?
Właściwie odpowiedź niby jasna, bo zawsze lepiej połączyć przyjemne z pożytecznym, ale może są inne, sprawdzone formy wyciągnięcia od kolegów wiedzy. Tej czysto technicznej, jak i głęboko filozoficznej...:) O wyższości Adamsa nad Olafem.

Jedna forma:
Uwielbiam te kameralne spotkania w chłopakami. Wczorajszy wieczór na Długiej i kolejne knajpki, rodzące sie pomysły na "najwspanialsze" przedsięwzięcie fotograficzne, opowieści o tych niezdobytych klatkach i próba przypomnienia sobie po jaka cholerę mamy w torbach aparaty.... to jest taka mała fusowa esencja kawy nazwanej fotografią. Darek zapładniający nas kolejnymi pomysłami... Mega rdzeń pasji.

Druga forma:
Już kiedyś pisałem o klasycznych plenerach, na których wszyscy mają aparaty na szyi i robią zdjęcia. Znaczy naciskają migawkę, bo zazwyczaj z takich plenerowych pstrykań, to g... wychodzi. Ale nie o to przecież chodzi na plenerach. W każdym razie mnie już jakoś do tego nie ciągnie, choć decydującym czynnikiem jest tutaj chyba ilość uczestników.

Trzecia forma:
Moja niespełniona właśnie. Ta, w której obok sympatycznej gadki na temat jakości zdjęć Gudzowatego i miękkości Mug Shotów, pojawi się wątek praktyczny. Jakaś zaaranżowana sesja w plenerze, jakieś sztuczki streetowców, chociaż oni akurat to zawsze najmniej do powiedzenia mają... :)*, albo właśnie wynajęte studio z lampami i nauka mierzenia kontrastów itd...

To co? Kto robi coś takiego? :)

*
Streetowcy maja mało do powiedzenia, bo dla nich cała ta fotografia to feeling i timing raczej... :)

środa, 21 maja 2008

"Aparat do bani"...


Dzisiaj rano nie będzie o fotografii... Trochę o muzyce natomiast, choć jak pokazują moje doświadczenia, nie ma takiego utworu, którego nie dałoby sie podciągnąć pod fotografię :)

Nie będę sie silił na jakieś recenzje metafizyczne, bo moja znajomość muzyki ogranicza się do przeszłości: Ewa Bem, Krystyna Prońko, Grażyna Łobaszewska (wspaniały koncert w Sopocie jakieś 15 lat temu) i Anna Jantar...

Swą indolencję rekompensuję czytując mojego guru Wojtka Manna. I idąc jego ostatnim wpisem, zanabyłem wczoraj płytę "Czesław Śpiewa"... :)



Tutaj od razu uśmiech się pojawia, bo jest to muzyka oderwana od tego co słyszymy w radio... Trudno mi ją opisać.
Przede wszystkim, to jest dla mnie przedsięwzięcia multimedialne, bo teksty pochodzą z czatu Multipoezja na Onet.pl. Po drugie muzyka skręca w stronę kiedyś bardzo popularnych "bregoviczowskich" stylistyk, ale jednocześnie ucieka w stronę mocniejszego uderzenia. Bogaty aranż, chóry, instrumenty...
Generalnie sie mi podoba. Ale bez klękania na ziemie. Obok naprawdę świetnych piosenek są dość przeciętne.
Niemniej jedna nadaje się na ten blog idealnie :)


Maszynka do Świrkania

Czesław Śpiewa - Maszynka do Świrkania


A tu teledysk (dzieki sarniak)


Polecam płytę...

wtorek, 20 maja 2008

Jak to zaświecić...?


Zawsze mnie pociągała fotografia studyjna. A że czasu, weny i środków brakowało to małe doświadczenia mam. Czasami jednak wraca potworna chęć zrobienia czegoś ze światłem w studio, jednak wtedy, przez przypadek zazwyczaj, uruchamiam jakieś stare linki z Ulubionych i... ręce mi opadają.

Bo jak zaświecić coś takiego? Czyż nie piękne? Jak on to świeci w studio. Receptę poproszę... :)


fot.: Richard Warren, "Hitchcock Blondes"

TUTAJ całość tej sesji, a TUTAJ strona Richarda Warren.


Jesteś mi jak krew...

... w żyłach płynąca. O fotografio ty moja!

Zaparkowałem jak zwykle. Blisko kanału. Miejsce nieznane turystom i wyciszone szumem płynącej leniwie Motławy. Torba w nogach pasażera zdawała się szeptać, że dawno nie brałem jej pod ramię i że tęskni. Nie mogłem sprawić jej zawodu.
Film cierpliwie obijał się w schowku mojego francuskiego pojazdu. Nadeszła jego godzina.
Spokojnie rozkładałem statyw. Jedna noga od czasu wizyty na plaży opornie wysuwa się z swojej dziupli. Nie spieszę się. Nie walczę z uciekającym kadrem. Po prostu zaczynam celebrację.

Jeśli liczycie, że na końcu tego wpisu będzie fotka, to oczywiście się nie doczekacie, co od razu widać, bo miniaturki nie ma. Powód jest prosty.

Celebracja zastępuje mi coraz częściej efekty. Przyłapuje się na tym, że mierzę, tańczę wokół statywu, zmieniam pozycję i... zwijam manele. Nie naciskając migawki. Jakbym chciał odwlec te chwilę spełnienia w nieskończoność.

Uwielbiam te niezrobione klatki. Te nienaświetlone kwadraciki 6x6. Zawsze są bowiem idealne, gdzieś z tyłu głowy jedynie wywołane. Gdzieś odsunięte od urealnienia i snem pozostające.

Ot... rozmarzyłem się. Bez tej fotografii ciężko żyć.

Ech... chyba zacznę robić jakąś dynamiczną fotografię... Może wyścigi jakieś...?
Żółwi...


poniedziałek, 19 maja 2008

A dlaczego...


Jest taka scena w drugiej części przygód Piotrusia Pana ("Wielki Powrót"), w której Jane [:dżejn] chce opuścić Nibylandię, bo nie wierzy w Piotrusia, pomimo tego, że Piotruś właśnie z nią rozmawia (zachowanie charakterystyczne dla kobiet w sumie). Jane, gwoli wyjasnienia jest córką Wendy [:łendi], która w pierwszej części wraz ze swoimi braćmi walczyła z Kapitanem Hakiem.
Oj, widzę, że jak zwykle ostro odpadłem względem wiatru od tematu głównego więc teraz zróbmy zwrot przez rufę, wyostrzmy do wiatru i już kładziemy się na poprzedni kurs...

No i Jane zbudowała sobie tratwę i Piotruś lata nad jej głową i zadaje w kółko jedno i to samo pytanie:
- A dlaczego?!

Kobieta stara się mu odpowiedzieć, ale za każdym kolejnym wyjaśnieniem słyszy ponownie:
- A dlaczego?!
No wiecie... taki 3-latek... co nie odpowiedz to jest czemu i dlaczego. W sumie ja to uwielbiam i Młody ze mną sie godzinami tak bawi, a ja robie sobie ćwiczenie i staram się zupełnie poważnie i logicznie odpowiadać jak najdłużej... Niestety, on zawsze wygrywa, bo zapędza mnie w róg, z którego trudno mi znaleźć argumenty na poziomie jego percepcji... :(

Ale... do tematu. Czemu o tym pisze w blogu o fotografii? Bo w czasie weekendu zimnego uczestniczyłem w rodzinnym grillowaniu i oczywiście jakiś tam kuzyn, który w ogolę nie wyglądał jak mój kuzyn... zadał sakramentalne pytanie: Piotrek, dlaczego lepiej kupić Nikon 40D, niż Canona EOS 450?

Wiecie, że wtedy nawet już przeżuty kawałek karkówki staje się twardy i gotowy do
powrotu do świata. Ech... Miliony razu przygotowywałem sobie jakaś odpowiedź na takie pytanie. I tak sobie myślę, że przytoczeni przez Rudolfa jakiś czas temu "buce" z parku chyba jednak mieli rację. I tak samo jak oni, tak i ja muszę przygotować jakaś równie błyskotliwą odpowiedź na te techniczne zagadnienia. Bo nie wiedzieć czemu, skoro mam aparat, to MUSZĘ się znać na każdym sprzęcie do rejestracji obrazu. To trochę tak jakbym posiadając samochód był mechanikiem... Kurde balans, no!

Fotograficzne "A dlaczego", "A co" , "A jak" zaczyna mnie męczyć. Może to wiek... cierpliwości brak. Do tego dochodzi kolejny zlepek skojarzeń rodziny: skoro Piotr ma aparat to może robić zdjęcia na wszystkich imprezach rodzinnych. I w sumie to jest dla nich tak jasne jak słońce.
Więc teraz ja się pytam:
- A dlaczego!!!!!

niedziela, 18 maja 2008

Zacząć jeszcze raz... od Stodoły


Od czasu do czasu dopada mnie natrętna myśl, jak to by było z moją fotografią gdybym zaczynał interesować się nią dzisiaj. W 2008 roku. I aż mnie dreszcze po grzbiecie przechodzą... bo jak sobie tak poukładam obecną sytuację na rynku fotograficznym dla amatorów wchodzących dopiero w świat "zatrzymanych obrazów", to dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do mego szybkiego poczęcia.
Ilość codziennych informacji o nowych aparatach, technologiach i pojemnościach, które pozwalają nam poupychać kolejne 1000 zdjęć na już zapchanej pięcioma tysiącami zdjęć karcie sprawia, że sam start musi być już odpychający.

Ja miałem łatwiej. Dużo łatwiej. Była tylko Stodoła, która wyznaczała trendy i skupiała 90% "szarego rynku" fotograficznego. Jechałeś Expressem (nie było IC, nawet nikt o tym nie myślał) z Gdańska rano, potem tramwajem na Batorego i stawało się w mega kolejce przed wejściem. Tam toczyło się wspaniałe życie towarzyskie i tak naprawdę to w kolejce po śmieszny bilety po raz pierwszy zobaczyłem u kogoś FM2 czy nieosiągalny F4.
Potem wejście, a właściwie bieg na sale, szukanie, chodzenie, pot, robiłem tam po 20-30 nawrotów. Jeszcze i jeszcze, jakbym chciał wchłonąć to co widzę, słuchałem, patrzyłem, dotykałem. Cała wiedza fotograficzna na 2. piętrach w czarnych ścianach i na stołach na dole. I kibel, którego okolice upodobał sobie znany wszystkim sprzedawca filmów, tam zawsze najtaniej.

Teraz moją Stodołą jest Firefox, tylko pięter jakby niezliczona ilość... cała wiedza niby w zasięgu kliknięcia, ale jednak jakby nie za bardzo. Natłok informacji powoduje, że nawet ja, trochę znający własne potrzeby gubię się. A co dopiero adept? Biedni młodzi ludzie. Jakże im brakuje Stodoły, tej fotograficznej, tej z kolejkami, tej spotkaniowej... gdzie chłonęło się całym sobą fotografię na poziomie sprzętowym, ale chyba nie tylko....

Współczuję Wam adepci...:(!



sobota, 17 maja 2008

"Męska gra" ... #2



:)...













*dla tych co się logiki doszukują...:)


piątek, 16 maja 2008

Męska gra... ?


... i kto wymyślił ten slogan...? :)
Czy w ogóle istnieje jeszcze jakakolwiek "męska gra".


Rugbistki Arka Gdynia - projekt w realizacji :)
*projekt - oznacza, że to dobre musi być :)

A dziewczyny są niesamowite!:)
Aaa słuchajcie!
Nie znacie kogoś w "Wysokich Obcasach"..? Oni lubią takie "babskie" smaczki.
Chcę pomóc dziewczynom się wypromować i robie to z przyjemnością i za free :)


#1





#2





#3





#4





#5




~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dziękuje Darkowi za pomoc w realizacji zdjęć :)
A Rudolfowi za pożyczenie "puszczającego się tyłka" hasselowego ;)



czwartek, 15 maja 2008

Efekty mgły...


... i nie chodzi wcale o efekty PS czy tam innego urządzenia do "kłamania" obrazem :)
Efekty naturalne...


#1



#2




#3




#4



środa, 14 maja 2008

Grand (a) Press dla Gudzowatego...

Autor: Tomasz Gudzowaty, Yours Gallery
Dzieci z prywatnej szkoły akrobatycznej w Wuqiao w Chinach. Grudzień 2007


I jak myślicie, zasłużenie wygrał..?
Tutaj pełna galeria zwycięzców - Grand Press Photo 2008

Jakoś mam niesmak... takie to sztampowe, trochę zalatuje mi fotografiami z Ameryki Południowej, gdzie za dolara Indianka się uśmiechnie...
No wie wiem... dla mnie to nie jest na pierwsze miejsce. Może za reportaż jako całość, ale tez mnie nie powala.

Swoją drogą Rafał Milach ponownie dostał nagrodę za "cyrkowców". Tak się zastanawiam a propos promocji, w ile miejsc można wysłać te same zdjęcia? :) Chyba, że wysłał równolegle. Szkoda, że nie ma zapisu o zakazie wystawiania zdjęć nagrodzonych gdzie indziej...

Oglądnąłem reportaże. Musze przyznać, że Gudzowaty nie miał żadnej konkurencji. Inny poziom osiągnął. Wyższy.

W sumie uważam, że poziom nagrodzonych prac jest bardzo niski. Fatalnie mi z tym. Kondycja polskiej prasowo-reportażowej fotografii jest niska. Oj tak.



wtorek, 13 maja 2008

(Auto) Promocja...?


- Piotr, dlaczego ty nie startujesz w tych wszystkich konkursach pojawiających się ciągle w sieci? Przecież jak sie popatrzy na zdjęcia, które tam wygrywają, to Ty przestałeś takie robić gdzieś w liceum, może nawet w podstawówce? Przecież to byłaby świetna promocja nazwiska...


Takim delikatnym wyrzutem powitała mnie jakiś czas temu przyjaciółka z lat młodzieńczych. Nazwijmy ją ONA. Po długim niewidzeniu szybko zeszliśmy na tematy egzystencjalne związane z naszymi pasjami. Jej - pisanie, moją - fotografowanie.
Z perspektywy czasu mam wrażenie, że oboje stoimy w tym samym miejscu w rozwoju swoich życiowych pasji i pragnień. Oboje robimy najczęściej do szuflady. Oboje mamy niewielkie, bardzo niszowe sukcesy i dostrzeżono nas, ale raczej wśród znajomych znajomych i "królika krewnych". Jednak to wszystko zatrzymuje się gdzieś w warstwie przypadku, wyjątkowości zdarzenia i braku zainteresowania z naszej własnej strony w promocje siebie.
Zresztą właśnie w wyniku JEJ natarczywego pytania, postanowiłem udać się do opisywanych przeze mnie galerii ze swoim zdjęciem. To jeszcze bardziej uświadomiło mi, że nie dbam o swoją pasję i w ogóle zostawiam wszystko przypadkowi. To dzięki przypadkowi portal fotograficzny zaproponował mi sam ze swojej inicjatywy zaistnienie w metrze w Warszawie i to dzięki przychylności obcych ludzi mogłem opublikować kilka zdjęć dawno temu w jakiejś gazecie.

Zasadnicza teza moich rozważań brzmi: promowanie siebie w sytuacji amatorskiego fotografowania nie ma sensu!
A teraz trzeba by jakoś udowodnić tę tezę..?

Argument 1
Promocja samego siebie musi przyjąć jakiś metodologiczny kształt. Trzeba wiedzieć co chcemy promować (jaką fotografię, może jakiś konkretny rodzaj, a może same nazwisko/markę), jakich użyjemy środków, a to z kolei będzie determinowane tym, gdzie chcemy się promować. To wszystko generuje jednak masę pracy i masę czasu trzeba poświecić na takie systematyczne działania. Nie mówiąc o pieniądzach. Niestety, pomimo wielu życzliwych ludzi, nie wszystko jest za darmo. Skąd amator, pracujący na etat (przypominam, że obecnie pełen etat to średnio 10h pracy dziennie plus dojazd +/- 1 godzina) ma wziąć na to czas i środki?

Argument 2
Promocja musi być poparta wartością samych fotografii. Ktoś musi w sposób choć trochę obiektywny ocenić, czy nasze prace są coś warte. Choć akurat tutaj okazuje się, że wartość artystyczna prac często nie ma większego znaczenia przy dużym nakładzie na promocje, można z byle czego zrobić COŚ :) Zakładając jednak, że mamy doże krytycyzmy warto pokusić się i jakieś oceny uznanych fotografów, a po to trzeba trochę pojeździć po Polsce lub zainwestować w szkołę, gdzie zweryfikują nasze podejście do sztuki. Kto ma na to czas i pieniądze? Zaoczne studia w wieku podstarzałego ojca...?!:) A może konkursy właśnie? Ale jak się już zabierze amator za wyłuskanie listy konkursów z sieci, to okazuje się, że na konkurs trzeba wysłać odbitkę... kupa roboty. No to szukamy tych zdigitalizowanych zgłoszeń. Są. Ale trzeba zrzec się praw... oj.... No i znowu zatrzymanie. Może później....

Argument 3
Aby promocja miała ręce i nogi, musimy znaleźć jakiegoś mecenasa, który wesprze nas zarówno finansowo, jak i mentalnie. Tacy mecenasi są, ale nie działają za darmo. Właściwie słowo mecenas trochę się zdewaluowało, bo obecnie chyba są to jednak sponsorzy. Niemniej, każdy sponsor szuka zwrotu inwestycji. A jakiż zwrot może na przestrzeni kilku lat zagwarantować amator, w sytuacji gdy rynek fotografii w Polsce praktycznie nie istnieje. Nikomu więc się nie opłaca inwestować w amatora. Nikomu. Młodzież ma jeszcze rodziców. Trzymam kciuki...

Argument 4
I chyba najważniejszy. Amator zakochany w fotografii najczęściej sam nie wie czego chce od tego medium, od tej sztuki jaką ma w swoich rękach. Trudno więc oczekiwać, że amator będzie zdawał sobie sprawę, co może pomóc mu w zaistnieniu i tym samym rozwoju. Uświadomienie sobie tego faktu, najczęściej kończy się delikatną "podłamką", a ta z kolei zapętla się z niewiara w siebie i kółko się zamyka.
Amator znowu idzie grzecznie do pracy... bierze aparat w torbę i pstryknie coś tam. Popatrzy na bilbordy ogłaszające Miesiąc fotografii w jakimś tam kolejnym mieście i spokojnie sprawdzi, czy w sieci są już zdjęcia z tych wernisaży. Potem sprawdzi czy już wymyślono lepszy obiektyw od tego, który wczoraj kupił (dwa dni po premierze światowej) i stwierdziwszy, że następca jego lensa pojawi się dopiero za 3 tygodnie spokojnie cyknie kolejny landszaft do wystawienia na sieci.

Anonimowo do bólu. Jak 99% z nas :)

Może chcecie obalić tezę? Ciekawe...


poniedziałek, 12 maja 2008

Moje miasto nocą...







"Moje miasto latem ma sucho w gardle
Ale przecież żyć jakoś trzeba
Księżyc twarz ukazuje miejską
Innego wyjścia już nie ma..."

SDM-Miejska strona księżyca

sobota, 10 maja 2008

Czy ja się promuje... ? :)


... oj chyba śmiechu kupa.
Stacja Ratusz... Warszawa:

piątek, 9 maja 2008

Przemyślenia uliczne...


Ostatnio dużo czasu poświęcam "fotografii ulicznej". Znaczy oglądam ją, bo samemu robić to jakoś juz tak mnie mniej ciągnie. Ale wędrując po naszych rodzimych linkach (jak można użyć słowa rodzimy w Internecie?!) wydaje mi się, że zaczynam powolutku rozumieć dlaczego niektórzy robią dobre zdjęcia street, a niektórzy złe.
Spędziłem dwa popołudnia na spacerach miastem. Nie swoim, ale to nie ma znaczenia. Nie spieszyłem się, nie załatwiałem żadnych bardzo pilnych spraw i nie gnałem na "ważne" spotkania. Włóczyłem się (piękne słowo). Po prostu... noga za nogą.
I myślałem. Tak, zdarza mi się :)

Otóż mam wrażenie, że naprawdę dobre zdjęcia, w szerokiej dość kategorii street photo, mogą zrobić jedynie ludzie, którzy ze swojej natury kochają innych ludzi. Wiem, wiem... wielkie słowo. Ale pod nim kryje się bardzo banalna prawda. Jeśli nie jesteś w głębi duszy humanistą (w tym kontekście kimś skierowanym na człowieka), to niezwykle trudno Ci patrząc dodatkowo przez obiektyw, pokazać ludzi wokół Ciebie.

Nie mając aparatu (zaraz znowu ktoś mi wypomni ten fakt), zachowywałem się jak na pasjonata przystało, czyli patrzyłem kadrami. Zmieniałem pozycje, zachodziłem upatrzone obiekty od innych stron. Planowałem akcje. Ot, po prostu szukałem kadrów. I za każdym razem, czułem wielką sympatię do tych ludzi. Obserwując ich zachowania, ich ubiór, mimikę... po prostu byli mi bliscy. Bliskością ulicy. Razem staliśmy na tym samym skrawku chodnika i razem tę sama kałużę pokonywaliśmy. Taka dziwna łączność miejsca.

Więc jak chcesz robić zdjęcia ludziom i robić to dobrze, to postaraj się polubić ludzi wokół siebie. To ułatwia... To podstawa. Nie traktuj ich jak znaki drogowe.

Wsyscy sie ciesimy... gratulasie...

czwartek, 8 maja 2008

Pieskie życie...

środa, 7 maja 2008

118km/h...

Tyle wskazuje czerwony wyświetlacz w wagonie IC do Warszawy. I z taką szybkością mknę znowu do tego nieciekawego miasta Warszawa, którego nie wiem czemu nie lubię?
Znowu dworzec o 20:00, znowu trasa do wynajętego i zimnego mieszkania. Ech... wolę robić zdjęcia.
I tak mi się podczas tej podróży przypomniało, że wiele osób realizowało "projekty drogi". Takie wiecie zdjęcia z podróży pociągiem, tramwajem, autobusem, koleją. Ale skupiali się na samym środku lokomocji. Na jego klimacie, zapachu, kolorach...

Wyciągnąłem więc telefon, bo to jedyne rejestrujący obraz urządzenie jakie w tej chwili mam w przedziale i ... no właśnie i ...? Żeby chociaż ten skurcz palca, o którym pisze Rudolf... ale nie... nic.
Więc tylko cyk... za okno.


Gdzieś za Malborkiem. Żółto. 118km/h


Za możliwość wykonania zdjęcia i przesłania go do komputera i wystawienia na bloga dziękuje w kolejności dowolnej firmom:
- Nokia
- Toshiba
- Orange
- Adobe
... oraz technologiom:
- Bluetooth
- GPRS

:)


wtorek, 6 maja 2008

Autobusy rzemieślników...


Toczę mailowo bardzo ciekawe dyskursy fotograficzne z Sarniakiem. Wymieniamy poglądy i zastanawiamy się wspólnie nad sensem całej tej fotografii. W trakcie tych szybko pisanych maili, bo robotę w końcu zrobić w biurze trzeba, wpadamy często na bardzo ciekawe porównania i metafory :)

Jednym z dzisiaj wymyślonych jest takie oto stwierdzenie, skąd inąd bardzo mi się podoba. Opisowo troche po wyjęciu z kontekstu wygląda to tak:

Zawsze są wyjątki od zasady, że na "wielką" fotografię trzeba mnóstwa kasy i to właśnie te wyjątki zazwyczaj pchają te maszynę artyzmu i rozwoju sztuki fotograficznej do przodu,
bo na zapleczu prawdziwej sztuki zawsze stoją autobusy pełne rzemieślników, którzy utrwalają to, co stworzyli tacy jak Rui Palha ... :)


Samotność fotografa... :)


Jesteśmy sami na tym świecie. My fotografowie. Sami ze swoimi problemami twórczymi. Sam na sam ze swoimi lękami... A My fotografowie nasze lęki nosimy jak odzież wierzchnią... (jak mawiał Osioł do Shreka). Jesteśmy więc w sumie takimi "osłami fotograficznymi" z lękami przyczepionymi do czoła...

Oto dzień z życia osła fotograficznego.


Scena 1 - samotność fotografa
(zwróćcie uwagę na części odzieży, gumowe zabezpieczenia)





Scena 2 - przestrzeń nas wzywa




Scena 3 - sam na sam z lękami
(w tym wypadku lęk ma na imię Magda)





Scena 4 - utrata świadomości
(głowa zagubiła sie w poszukiwaniu weny)




*
Backstage photo by Beata Fryz... :)


poniedziałek, 5 maja 2008

Człowiek... polecane.


Po dość długiej fascynacji przestrzenią i czasem, a co za tym idzie filtrami redukującymi światło o 12-15 przysłon, wróciła do mnie tęsknota za człowiekiem. Prostym, sfotografowanym w swoich warunkach, w przestrzeni codziennej, nieupiększonej światłem dodanym. Ot, aparat, model i ja. To, co chce zaproponować na wszelki wypadek jest akurat odwrotnością tego rodzaju fotografii. Masa światła i modelowania. Ale tak samo urzekające...

Sięgając do mistrzów i wzorów przerzucam katalog Ulubione i ze zdziwieniem stwierdzam, że ilość linków sięga już paruset. Jak to ogarnąć....? Nie uda się. Ale to bogactwo dobra więc niech spoczywa.
Na dzisiejszy wieczór proponuje coś z klasą... Dan Winters



fot.: Dan Winters (Helen Mirren, Los Angeles CA, New York Times Magazine)

PS
Zwróćcie proszę uwagę, jak on tnie kadr. Gdyby puścił takie fotki na jakimś "naszym" lokalnym portalu, to zaraz by go zjechali za brak złotego podziału i pusta przestrzeń nad głowami, zbyt duża...:)

Smok reseller...


Ano jak wiecie planowałem i kupiłem sobie przenośnie oświetlenie. Fajnie. Wybrałem firmę "niechińską". Kupa kasy. Za to samo mogłem mieć dwa albo trzy takie zestawy zza Żółtej Rzeki. Ale co tam. Wybrałem dostawcę i pojawiałem się u resellera - to takie określenie kogoś, kto jest na tyle cwany, że sprzedaje wszystko co sie uda i ma resztę w nosie. Super interes,bo:

- reseller nie musi i nie zna sie na tym co sprzedaje i to kompletnie!
- reseller nie odpowiada za serwis sprzętu, bo i dlaczego skoro sie nie zna!
- reseller uwielbia działać anonimowo (w Internecie), bo klient to nasz największy wróg!

Trzy podstawowe zasady. W moim wypadku sprawdziły się w 100%.

Raz - pojawiam się osobiście u resellera... błąd! Nie wolno tego robić. Personel jest wnerwiony już w momencie otwarcia drzwi, bo jako klient ja im PRZESZKADZAM! Dają mi to odczuć pomimo przylepionych uśmiechów.
- Bowens, Bowens... a jak to się pisze? - i już wszystko wiadomo.
Nie wiem, nie znam sie, sprawdzę, zadzwonię. Zero informacji. Zero wiedzy. Zdobywanie wiedzy odbywa się na zapleczu. Szepty, szmery, ściszone rozmowy za drzwiami... jak w czeskim filmie. W sumie świetny scenariusz. Pomimo kamer internetowych zamontowanych w sklepie (zbyt to szumne, bo to jednorodzinny dom z pokojem podzielonym na 500 pomieszczeń :)), sprzedawca podaje przez drzwi kartki do skserowania aby nie zostawiać klienta na pokuszenie wystawionych toreb foto :)

Dwa - okazało się, że chińszczyzna może jednak konkurować z Made in England. Otrzymany sprzęt jest wadliwy*. Zwrot u resellera to NAJWIĘKSZY błąd! Nie popełnijcie go. Towar przyjmuje oczywiście kto inny niż sprzedawał.
-
Bowens, Bowens... a jak to się pisze? - I ręce opadają.
Sugestia, że się spieszy mi i czy można już dzisiaj to wysłać do dystrybutora spotyka się z chłodną informacją podaną językiem zamęczanego przez klientów sprzedawcy (żującego gumę oczywiście):
- Proszę Pana, mamy 14 dni na realizację serwisu! - Błogi uśmiech na twarzy ma mi pokazać szczęście jakim jest możliwość podania klientowi tej sprawdzonej, pewnej i wyuczonej na pamięć informacji. To nic, że nie o to pytałem. To nic.

Trzy - już chyba wspomniałem. Za każdym razem kiedy zmuszony byłem odwiedzić tego resellera odczuwam, że wchodzę na teren starego zamczyska, w którym zamknięta jest w najwyższej wierzy księżniczka (synonim mojego sprzętu), a dostępu strzeże smok. Muszę go pokonać, bo smok jest nieoswojony i każdy rycerz (klient) jest potencjalnym wrogiem i niepotrzebnie zakłóca błogi spokój drzemiących nad klawiaturami smoków-sprzedawców.

Czy pokonałem smoka...?
Nie.
Czuję się przegrany.
Zresztą to akurat przykład z mojego podwórka, ale tak jest wszędzie. Brak kompetencji. Brak wiedzy. Brak logicznego myślenia i brak życzliwości. Za to jest kasa od miliona anonimowych adresów mailowych, które każdego dnia kupują właśnie przetestowany przez jakiegoś "szpeca od kartkowych testów"obiektyw, którego nazwa składa się z co najmniej 24 znaków i wcale nie jest to ogniskowa i światło. Te podane są w nawiasie na ostatniej stronie instrukcji :)

*
Wygrałem gdzie indziej. Po wyjściu, ucieczce z zamczyska i otrzepaniu się z bitewnego pyłu, zadzwoniłem do dystrybutora. Pełne zaskoczenie (już po raz drugi). Życzliwość, profesjonalizm i (nawet jeśli sztuczne) zapewnienie o załatwieniu sprawy przez kurierów w ciągu 3 dni, łącznie z wysłaniem dzisiaj kuriera do resellera w celu odebrania zostawionego towaru. Do tego słyszalna troska w głosie o zaistniałą sytuację. No serce rośnie i może "księżniczkę" uratuje.... :)

Cała sprawa naprawdę ma miejsce i toczy się nadal... cdn.

Prawda li to...?


... czy już wszystko jest ułudą? Oto taka ciekawostka.

Ładne zdjęcie prawda? I lokalizacja :)



fot.: Bill Simone

A oto wyjaśnienie...
Taka mała wrzutka odnośnie tego czym jest fotografia w XXI wieku.
No, ale Wy oczywiście to wiecie...

piątek, 2 maja 2008

A4 - "poprawia" Candace Meyer...


No właśnie, okazuje sie, że niektórzy chcą lub przez przypadek "poprawiają" zdjęcia Mistrzów. O Mistrzach dużo pisze Rudolf ostatnio (może to jakiś fetysz? :)), a ja znalazłem oto taki kwiatek w skąd inąd całkiem odważnym fotograficznie piśmie A4.

Niewątpliwie Mistrzem dla mnie jest Candace Meyer. Jej fotografia kobiet, a co za tym i
mody jest tak subtelnie delikatna i tak wyjątkowo niemodowa, że jej sesje dość rzadko goszczą na lamach pism dla kobiet. Oto miło zaskoczył mnie kwietniowy A4, który na okładkę wrzucił jedna z fotografii Candace, a w środku zamieścił całość sesji.

Niestety!
Pismo postanowiło poprawić Mistrza. A może grafik był pijany albo maszyna w drukarni sie rozregulowała. Efekt jest taki, że na okładce widzimy spaprane zdjęcie Candace z podbitymi kontrastami i wyjaranymi plackami oraz kolorami. Wewnątrz numeru mamy to samo zdjęcie w pełnym kadrze, już o niebo lepiej oddane drukiem.

No cóż... dla mnie mega wpadka, bo nie podejrzewam, aby Candace tak wyobrażała sobie swoje zdjęcie, bo takiej stylistyki raczej ona nie uprawia...

Wielki minus dla A4!

Fota z okładki

Powiększenie foty z okładki


Fota ze środka

czwartek, 1 maja 2008

Long exposure...


A takie tam ciepłe kluchy...


TMAx 100, t:5min, f:16