środa, 9 kwietnia 2008

Amator...


- Piotr! Iczek!

Wołania zza pleców nie dało się nie usłyszeć i choć minęło parę ładnych lat, głos i jego tembr tkwił gdzieś głęboko w podświadomości. Trochę jak natarczywa metka, która szczypie w kark. Zadziorna. Stale wyginające swe ostre rogi w stronę skóry.
Tak..., ten głos był jak metka. I to duża metka.
- Cześć, co za przypadek! Ile to lat? Miło Cię widzieć. Co słychać?!
Standardowy repertuar pytań wytrysnął ze mnie jak woda gazowana ze wstrząśniętej buteklki. Sam nie wiedziałem nawet, że tyle grzecznościowo-nic-nie-znaczących zwrotów miałem w głowie. Obłuda.
Kolesia nie cierpiałem. Pragmatyk. Zawsze wszystko musiało mmieć uzasadnienie i cel. Nic z porywu chwili, wszystko zaplanowane. Fatalna osobowość. Moje przeciwieństwo.
- Widzę, że zostałeś przy fotografii.
Dyndający u szyi kilogramowy klocek z obiektywem w kształcie grzyba nie pozostawiał faktycznie złudzeń, że fotografuje.
- A no tak, udaje się jakoś pasję podtrzymać.
Szybko chcąc zakończyć temat, próbowałem uciec kolejnymi zdaniami od fotografii. Nie udało się.
- No ale teraz to ty pewnie niezłą kasę już robisz, bo pamiętam jak te śluby robiłeś na studiach. Słyszałem, że teraz można grubo skosić tych nawiedzonych narzeczonych!
Cwaniacki uśmieszek też mu został, pomyślałem.
- No wiesz.... (pauza dosadna). Ja nadal robie dla siebie.
- ?
- No tak, takie tam wiesz, pitu-pitu o poranku.
Jego twarz zdawała się wydłużać, delikatna szydercza zmarszczka pojawiła się pod lewym okiem. Skóra dziwnie naprężyła się pod nosem.
- Aaaa... (nutka ulgi?). To Ty amator jesteś nadal. Radze ci zajmij się zarabianiem na fotografii. Mój znajomy...
Opowieść wszystkim znana trwałaby pewnie z parą minut, ale jakoś (co rzadko mi się zdarza) nie miałem ochoty na grzeczność. Jakby ktoś przełączył pstryczek z napisem "bezpiecznik". Dziś dzień chamstwa - ogłosiło moje wewnętrzne JA.
- Wiesz co, wybacz, że przerywam, ale muszę kupić sobie jogurt w tym sklepie, co ci nie po drodze. Poza tym, nigdy cię nie lubiłem.
Maksymalna nota za wyraz szoku - taką ocenę wystawiłby Gombrowicz za GĘBĘ, która pojawiła się na twarzy Pragmatyka.
Widok moich pleców nie pozostawiał przestrzeni do riposty. Skulony delikatnie w sobie, jakbym nie chciał usłyszeć żadnych goniących mnie słów, odchodziłem. Z każdym krokiem, głowa i ramiona unosiły się do góry. Z każdym krokiem wracała duma.
Śmieszna.
Męska.
Fotograficzna wręcz.

Z każdym krokiem cieszyłem się, że jestem amatorem.
Że nie sprzedaje zdjęć, że nikt mi nic nie każe.
Z każdym krokiem wracałem w spokój i ciszę obcowania z aparatem.

6 komentarzy:

...smoki... pisze...

Gratulujemy asertywności i sprawnej ewakuacji :-) To jedyne rozsądne wyjście. Co do Twojej puenty - cieszymy się że potrafimy pogodzić radość obcowania z aparatem z jego funkcją zarobkową. Nikt nam nic nie każe - robimy bo chcemy. Bo daje nam to fun. Bo nie zmuszamy się do wykonywania rzeczy które nas męczą.

iczek pisze...

...smoki... - tego Wam niewątpliwie zazdroszczę życząc powodzenia zarówno w fotografii, jak i biznesie! :)

michkich pisze...

Poważnie tak powiedziałeś w samo południe twarzą w twarz? :>

iczek pisze...

Ja jestem najpoważniejszym gościem jakiego znasz :) Zdarzyło się raz i się nie powtórzy. Dwa dni odchorowywałem. I już słyszę te bluzgi na mnie wśród znajomych Pragmatyka :) C'est la vie...

Anonimowy pisze...

co lepsze??
Być chamem czy obłudnikiem?
Uważam że jednym stwierdzeniem zapewniłeś sobie spokój przy ewentualnych spotkaniach.
pozdrawiam
Andres

iczek pisze...

Jak napisałem: C'est la vie... nie inaczej :)