środa, 30 kwietnia 2008

Sezon rusza...

... żeglarski ma się rozumieć, bo znad morza jam ci... :)


TMax 100, t:1/125, f:4


TMax 100, t:1/60, f:4


Pejzaż realistyczny...


Rośnie nam pejzaż za pejzażem
ziemia co chwilę zmienia twarze...


Postanowiłem jakiś czas temu przekroczyć próg kilku gdańskich galerii sztuki. Centrum Gdańska i Główne Miasto obfituje w galerie ze sztuką tak nowoczesną, jak i tradycyjna (powiedzmy). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie drobny szczegół. Oto, ja, amator fotografii niosłem pod pacha małe zawiniątko. Znaczy, nie było one tak zupełnie małe, bo miało 50x50cm i było wydrukiem atramentowym mojego zdjęcia. Nie na zwykłym papierze, jak chcieliby co po niektórzy zaglądający tutaj :), poszedłem dalej (dlaczego to wyjaśnię później) i naniosłem moje zdjęcie na płótno. Wszystko rozparte na blejtramie. Wyglądało nawet nawet. Naprawdę nie liczyłem, że ktoś rzuci mi się na szyję i zaproponuje milion dolarów. Naprawdę. Znam swoją wartość. Ot, taka próba sił... próba rzeczywistości.

...pejzaż zawiły jak poemat
a temat taki zwykły temat...


Pierwsza galeria, i tutaj świadomie nie będę używał nazw. Pusto. Niedziela. Zaciekawiony pan wychyla się z zaplecza. Zaczynam od niskiego E:
- Czy sprzedaje pan fotografię?
- Nie. W życiu nie sprzedałem fotografii - szybka odpowiedź natychmiast sprowadza mnie na ziemie. Zresztą tak się spodziewałem, ale nic... brnę...
- Wie Pan, a może zaciekawi Pana taki troch romantyczny portret? - zaczynam rozwijać śliczny papier pakowy.
- Nooo może pan pokazać, ale na pewno nie wezmę, fotografia się nie sprzedaje!
- A, to nie będę odwijał. Dowidzenia.

Pejzaż horyzontalny
horyzont różny niebanalny

człowiek jak stwórca nieobliczalny...


Galeria na Długim Targu. Wchodzę. Para ludzi w wieku moich rodziców unosi głowy znad gazet. Przeciągłe: - Taaaak....? Ogłusza wprost w tej ciszy. Pusto. Nikogo. Zaczynam tak samo:
- Mam fotografię....
...i dalszy ciąg dialogu proszę skopiować z galerii nr 1 :)
Prawie, prawie się odwracam, gdy nagle pana skusiła paczuszka. Widać ciekawski błysk, jak u każdego zbieracza.... Odwijam. Cisza. Gazeta pani delikatnie opada na biurko. Cisza.
- Wie Pan co.... fotografia się nie sprzedaje, ale..!
Już w moim mózgu włączyły sie receptory odpowiedzialne za triumf... już już, ale nie... spokojnie. Pan ma pomysł.
- Proponuje panu...

Rosną budowle na ugorach
jest tylko jutro nie ma wczoraj...


Galeria nr 3 mnie zaskoczyła.
- Tak mamy fotografię. Zaraz, gdzieś tutaj... o... tam w rogu pod tymi obrazami. Nie,nie tam, niżej... niżej... tak, musi Pan podnieść te kilka obrazów. Tam leżą. Kiedyś jakaś studentka ASP zostawiła.
Data wygrawerowana w prawym rogu nie pozostawia złudzeń. 2003, Ewa... "Forma".
- Ale wie Pan co... najlepiej to gdyby pan znał kogoś dobrego z malarstwa. Najlepiej sie u nas sprzedają pejzaże realistyczne. Wie pan... drzewka, pola, zachody słońca, ratusz głównego miasta, Żuraw...

Czemu wydrukowałem na płótnie fotograficznym? A, bo chciałem ułatwić tym, co uważają, że jedynie obraz ma wartość. Ale to nieważne.
Smutno mi. Bardzo smutno...

...wiatr targa wiechy coraz to nowe
i coraz większa trwa budowa...


Pejzaż horyzontalny

horyzont różny niebanalny

człowiek jak stwórca nieobliczalny



wtorek, 29 kwietnia 2008

Z serii nieudane...

TMax 100, t:4min, f:22

Dawno nic nie dawałem... oto kolejne nieudane. Tym razem "kopło mi sie" w statyw jak szukałem stopera w torbie :)


sobota, 26 kwietnia 2008

Światło w plenerze... mały przegląd propozycji.


Od techniki w fotografii nie uciekniemy. Już to chyba kiedyś napisałem?!
To oczywista oczywistość. Tak czy siak, musimy umieć i mieć podstawy panowania nad światłem. Jak dalece nie bylibyśmy orędownikami światła zastanego, są i mogą zdarzyć sie sytuacje gdy musimy wspomóc naszą wizję światłem sztucznym. O ile w studio nie jest to duży problem, bo mamy pełną kontrole nad warunkami, o tyle na dworze to już pojawiają się dwa problemy.
Jak dostarczyć sobie prądu do lamp i jak zapanować, zbalansować dwa źródła światła?!

Rynek lamp studyjnych
Zrobiłem małe poszukiwania, bo i ja postanowiłem w końcu zainwestować we flash studyjny. Przeszukałem dostępne (kwiecień 2008) źródła oświetlenia i poszperałem w cennikach producentów. W grę wchodził jedynie zakup w Polsce, sprzętu nowego i z gwarancją. Zapewne nie ma tu wszystkich rozwiązań, bo raczej skupiłem się na tym co popularne jest wśród użytkowników.
Ostatnie lata to urodzaj wszelkiej maści produktów dotkniętych ręką naszego azjatyckiego przyjaciela. Firma Funsports jest chyba znana każdemu, kto szukał tanich zamienników takich potentatów jak: Bowens, Elinchrom, Hensle czy kultowe Profoto. O ile można to nazwać zamiennikami...:)
Dodatkowa chińszczyzna pojawiająca się co raz pod naszym niebem to: Quantuum, Powerlux, Fighter i kilka innych już rzadziej spotykanych. Ostatnio głośno zwłaszcza o jednym nowym graczu, czyli czeskiej Fomei, która jest także chińskim substytutem, ale ponoć (?!) lepszy jakościowo. Cóż... mnie tam Czesi zawsze się dobrze będą kojarzyć z ojca Skodą i... piwem :)

Krajowy rynek natomiast owładnęła od dawna firma Elfo ze swoimi robionymi ponoć w Polsce lampami (cenowo też odstającymi od średniej chińskiej) i całym osprzętem. Są tez mi znane dwie, rzekłbym manufaktury z polskim rodowodem, ale na podzespołach zapewne też zza Żółtej Rzeki, czyli Markoflash i Sun-Box. Opinie o tych firmach są tak samo skrajne, jak o chińskich CY czy Quantuum. Nie miałem żadnej więc się nie wypowiadam. Ale czytać potrafię... :)

Prąd przenośny
Skupmy sie na tym prądzie... oto na naszym runku dostępne są albo profesjonalne generatory takich tuzów jak wspomniany Elinchrom, Hensel czy Bowens, w cenach od 6000 do 15.000zł albo tanie niby-generatory proponowane przez czeski Fomei czy ostatnio też przez Elfo, a i Funsports proponuje przenośne błyskanie za pomocą swoich "generatorów". Od razu mówię... nie jestem fanem chińskich produktów i podchodzę do nich ostrożnie, choć zdaje sobie sprawę, że coś z marka Bowens też zapewne jest skręcane w fabryce o niższym suficie niż europejski standard :) Może skusiłbym się na chiński statyw, softbox czy wrota, ale zasilanie... cóż.

Wyboru dokonałem pomiędzy: Fomei Power Star-1 a Bowens Travel Pack. Największa zaletą Fomei w stosunku do Bowens jest fakt, że ich generator posiada dwa wyjścia na zwykłe gniazdka 220V, a co za tym idzie podłączycie tam każdą studyjna lampę. Bowens posiada specjalne złącze, pod które podłączycie jedynie lampy Bowens, które posiadają w swoim korpusie właśnie to dodatkowe gniazdo do Travel Pack.

Porozmawiałem z użytkownikami Fomei i oczywiście skupiłem się na negatywach: głośno pracujący wiatrak chodzący (jak zostawisz włączony generator to wiatrak go wyładuje!), słaba współpraca z 2 lampami pomimo zapewnień producenta i pomimo tego, że sprzedawane jest to jako set z dwoma lampami 600W, doświadczone spalenie generatora po 2 godzinach używania. Oczywiście jak to zwykle bywa skupiamy sie na negatywach... zapewne rzecz ta nie jest zła i dobrze służy wielu, ale ja akurat poznałem dość sceptyczne oceny tego ustrojstwa.
Na polu pozostał więc anglosaski Travel Pack. Cena wstępnie ta sama co Fomei, bo około 1700zl, ale tu rozczarowanie. Okazuje się, że cennik Bowens przedstawiany przez dystrybutora na Polskę, firmę Foto7 jest, delikatnie mówiąc, niedokładny. Oto bowiem za 1730zł kupię sobie Travel Pack, który nie działa, bo ... nie ma ładowarki :) Za ładowarkę trzeba zapłacić dodatkowo i wówczas już cena TP wynosi 2465 zł :) Mała różnica.
Rozmawiałem z właścicielką Foto7 i w miłej rozmowie wyjaśniłem, że jako klient jestem dezorientowany taką formą cennika i po prostu jest to niezgodne z prawem. To taka sama praktyka, jak z tymi biletami lotniczymi... Na argument, że jak kupuje samochód to raczej mają one akumulatory wbudowane i nie muszę tego zaznaczać w salonie, pani zareagowała zdumiewająco pozytywnie!
Oto stwierdziła, że dziękuje za te uwagę i że wprowadzą adnotację o tym fakcie do cennika. Zresztą to samo tyczy się ich lamp, których cena cennikowa nie obejmuje (uwaga!!!) ani kabla zasilającego (60zł), ani żarówki pilotującej (kolejne 49zł). To też ma być poprawione w cenniku. W sumie jako klient jestem pozytywnie zaskoczony reakcją Foto7 i maja we mnie klienta na następne lata , a i polecę ich każdemu.

Zdecydowałem się więc na przenośny system oświetlenia oparty na lampie Bowens Esprit Gemini 500W i Travel Pack. Aby to zadziałało musiałem domówić: żarówkę pilotująca do lampy, kabel zasilający do lampy, ładowarkę do Travel Packa i garnek do lampy, bo też go nie ma w zestawie, choć to akurat jeszcze mogę zrozumieć. Każdy ma inny pomysł na zastosowanie więc i garnek można dobrać osobno. Łączny koszt to niecałe 5000zł. Nadal szukam softboxa z gridem.
Wspomniany, niedarmowy kabel i żarówkę otrzymałem gratis od firmy za pomysły usprawniające Custom Relation Managements :).

Na koniec kilka info podstawowych o Travel Pack:
- możliwość podłączenia dwóch lamp (Bowens), łączna moc 1500Ws
- ok 200 błyśnięć z pełną mocą przy lampie 500W (pewnie okaże sie, że 150..:) )
- czas ładowania 3-5 godzin
- waga 4,1 kg

Jak zrobię testy, to wrzucę opinie użytkownika tym razem... :)


PS
Na koniec wypada wspomnieć o takich wynalazkach, często opisywanych na forach jak: generator spalinowy czy UPS komputerowy. Dla mnie to jednak już taki hardcore jak robienie z malucha Ferrari. Sorry, ale tego nawet nie brałem pod uwagę.

Talent or just money...?


Ciut prowokacyjnie zaczałem, ale mam powody. Oto, na Fashion.TV leci przez cały bierzący weekend seria "Photographers in focus". Są to filmiki z sesji robionych przez różne agencje i fotografów. Wczoraj w nocy była cała długa seria produkcji kolejnych kalendarzy Pirelli.
Same filmiki backstage są robione raz lepiej, raz gorzej, ale mniejsza o to...

Otóż gdy juz zasnąłem po kalendarzu na rok 1999... i obudziłem sie nad ranem to w głowie pozostała mi tylko jedna myśl...
... gdyby ktoś zlecił mi i zapłacił za sesję na samym środku pustyni Nevada, gdyby ktoś na tę sesję przywiózł mi jumbo-jetem dziesiątki, setki ton sprzętu i rekwizytów do scenografii, którą wymyśliłem w najśmielszym śnie, gdyby ktoś zapłacił za dwa dni pracy top 12 najlepszym modelkom świata i dostarczył mi je na te sesję i wszystko to działoby się bez mojego udziału finansowego, a wręcz jeszcze dostałbym parędziesiąt tysia zielonych - to zaryzykuje stwierdzenie, że zrobiłbym takie zdjęcia bez większego wysiłku.

No to teraz się zacznie..:)
Czekam na prześmiewcze ataki ze strony tych, znających się na fotografii i uważających, że NIC NIE ZASTĄPI TALENTU!

A ja Wam mówię, że przy okazji tego typu sesji fotograficznych, to akurat talent to może 15% sukcesu :) Tutaj liczy się rozmach! Czyli... KASIORA :)
Kiedy sobie pomyślę, że ja liczę każde 100zł wydane na filmy, modlę sie o pogodę (w Nevadzie kurde nigdy nie pada!) i szukam naiwnej wizażystki, co mi pomaluje też za darmo pozującą modelkę - to mnie generalnie szlag trafia :)
Tutaj pojawia się tak ulubione przez wszystkich słówko - pasja .... ech.
No pasja, pasja. Co nie zmienia faktu, że z budżetem 30-60tys. dolarów łatwiej te pasję zrealizować :):)



piątek, 25 kwietnia 2008

Exposure, Mary Ellen Mark...

Photographs by Mary Ellen Mark. Introduction by Weston Naef.
Phaidon, London, 2005. 288 pp., 17 color and 118 duotone illustrations, 10¼x12½".

Dziś dotarła do mnie ta wspaniała książka. Amazon się sprawdził :)

Gorąco polecam twórczość Mary Ellen Mark wszystkim tym, którzy chcą znaleźć się gdzieś na granicy między fotografią prasową, reporterską, a portretem.

Wspaniale wpisała się właśnie gdzieś pomiędzy te nurty. Wypełniła swoimi zdjęciami jakąś niewyobrażalnie cienką przestrzeń. Trudno nawet dokładnie sklasyfikować te prace. Dla mnie to esencja portretu społecznego. Ludzkiego spojrzenia, bez zadęcia. Tak jak jest naprawdę.

Poruszające prace... polecam! Więcej o albumie tutaj.
Więcej o autorce: tutaj.

Rada nierada... "Pierwsze fashion"...



Nie jestem fotografem mody! To ważne!
Nawet nie wiem czy jestem fotografem w ogóle...:) Dlatego proszę traktować poniższy wpis i sugestie jako niezobowiązującą pisaninę amatora.

Fashion...
Nooo... temat rzeka, ale pozwolę sobie parę słów dla rządnych wiedzy napisać. Proszę absolutnie nie traktować tego jako jakiegoś wyznacznika czy wzoru, ja po prostu opiszę jak się do tego
zabierałem, bo mam świeżo całkiem w pamięci jak sam szukałem informacji o tym, jak do cholery rozpocząć swoją przygodę z fotografią mody, portretem fashion, czy po prostu stylizacją modową.

Tak jak przy okazji mojego wpisu na temat "Portretu Miejskiego", tak i tutaj posłużę się konkretnym przykładem, bo nic tak do nas nie przemawia w dobie komunikacji obrazkowej, jak obrazki właśnie.



Wstęp: szukanie modelki
Od razu na dzień dobry najtrudniejsza chyba cześć dla kogoś kto zaczyna.

.... kropki stawiam, bo nie wiem jak się zabrać do tematu i jak napisać, to co jest właściwie nie do napisania :) No bo jak poradzić Wam, jak dać przepis na znalezienie modelki, skoro nie macie swojego folio ze zdjęciami...? No jak? Jasne, najłatwiej wśród znajomych koleżanek, ale te zazwyczaj nie wiedzą jak się zachować i nasze zdjęcia wyjdą jeszcze gorzej, bo nie dość, że sami nic nie umiemy, to i "modelka" nic nie umie. Poza tym, znajomi na planie, to ciężka sprawa. Proponuje więc jednak posiłkować się kolegami fotografami, którzy dadzą nam jakąś rekomendację lub po przyjacielsku po prostu poproszą znajome modelki żeby za parę złoty poświęciły nam swój czas. Mam tu na myśli modelki amatorki, czyli dziewczyny, które raczej dorabiają w ten sposób w studenckich czasach i bawią się świetnie modelingiem, a nie profesjonalistki, bo na takie Was nie stać i szkoda ich czasu :) Dobra, zakładam, że macie modelkę, która mniej lub bardziej odpowiada Waszemu wyobrażeniu i pasuje mniej lub bardziej do Waszej koncepcji (która i tak jest tak ogólna, że mało ważny jest charakter i uroda modelki).


Owa wspomniana koncepcja

Jeśli już zaczęliście szukać modelki, to znaczy, że podjęliście ryzyko zrobienia zdjęć i wzięcia odp
owiedzialności za ludzi, z którymi będziecie współpracować. Odpowiedzialność - to ważne słowo. Teraz to wy organizujecie sesję i róbcie to z głową i z szacunkiem do modelek, asystentów i wizażystek! Nie dzwońcie do ludzi jeśli nie wiecie co chcecie zrobić. Głupio jest bowiem przyjść, zwołać na spotkanie modelkę i wizażystkę i z głupią miną pytać je co one sądzą na jakiś tam ogólny temat sesji. Ja bym gościa od razu poczęstował: - Nie mam czasu!
To Wy musicie przedstawić wizję i to, czego oczekujecie od ludzi. Najgorszy fotograf, to fotograf pytający wszystkich wokół co ma robić.
Więc masz koncepcję. Spotykacie się organizacyjnie. Robisz prezentację pomysłu (jak na interview) :) i dalej wspólnie ciągniecie wózek. Wizażystka (to najczęściej znowu polecona amatorka lub płacisz od 100 do 200zł za makijaż) proponuje swoje rozwiązanie kwestii makijażu i ew. dogadujecie szczegóły stylizacji.



Stylisz - sedno sprawy

Wcale nie miejsce sesji, wcale nie wizaż, wcale nie Twój pomysł na fotki, ale właśnie stylizacja stanowi o zdjęciach fashion. Zresztą jak mogłoby być inaczej. W końcu fotografujesz modę :) Przemyśl to. Na wstępie najlepsze są wprawki w oparciu i mistrzowskie wzorce. Ot, po prostu postaraj się oddać klimat i zbliżony stylisz do fotek swojego guru. To naprawdę dobra i sprawdzona metoda. Nikt nie broni oczywiście robienia własnych pomysłów, ale czasami trudno znaleźć źródła ciuchów i elementów sesji...



Szmaty - skąd brać

Odkrywczy nie będę. Lumpeksy, pożyczki ze sklepów. Część sieciówek (HM, Reserved, Orsay) udostępnia rzeczy, zwłaszcza jak zapoznasz kierownika, ale najprościej wyłożyć kasę i oddać nienaruszony ciuch w zdjęciach. Masz miesiąc. Nie oderwiesz metki, masz miesiąc. Na dodatek możecie wybrać sie na przymiarkę do sklepu i załatwić temat rozmiarów od ręki. Ja tak robiłem. Działa. Amerykanka straszna, ale czego nie robi się dla pasji... Modelki zajmujące się tym procederem :) tez mają nieprzebrane szafy. Działajcie wspólnie. Naprawdę można.


Miejsce sesji

Już na etapie pomysłu kombinuj gdzie chcesz zrobić zdjęcia. Ja akurat fotografuje w 90% w plenerze więc pogoda, światło, godzina, miejsce i pora roku ma zasadnicze znaczenie dla moich zdjęć. Musisz to mieć dopracowane. Głupio zamówić i zorganizować wszystko w starym biurowcu i zostać zwróconym spod bramy w dniu sesji, bo nie masz pozwolenia i cieć nic nie wie, a ten z którym się umawiałeś wczoraj ma dziś chorobowe :) Przykład z życia wzięty :)
Odpuśc sobie ruiny. Wiem, że to cudowne miejsca dla każdego kto zaczyna, ale to naprawdę
już -50% efektu jak pokażesz komuś miliardową fotkę z kobieta w gruzach zamku, piekarni czy w starym kibelku w stoczni. Też to mam. Niestety :) Szukaj czegoś niekoniecznie brzydkiego, ale może wręcz odwrotnie. Poza tym miej w głowie kadry, jeśli robisz ciasno, to po co ci w tle pusta hala? Skup się na miejscach zwyczajnych, bo wstawienie w ten zwyczajny swiat wystylizowanej modelki przekształca to miejsce w coś wyjątkowego. Warto robić zdjęcia pod domem, na trzepaku... samo wstawienie tam kobiety zmieni to miejsce. Nie wymyślaj na siłę.

Pstrykanie - zwieńczenie

Nie sil sie na udawany profesjonalizm, zwłaszcza jeśli to Twoja pierwsza sesja :) Ale nie bądź tez dupą wołową. Nie oczekuj, że modelka będzie przed Toba odgrywała poszczególne fragmenty Króla Lira czy Dziadów. Skoro masz zamysł to wiesz mniej więcej, co powinna zrobić, pokazać. Broń Cie panie boże przed pozami rodem z CKM czy innego soft-porno pisma. Lepiej zrób naturalne kadry lub weź przed sesja przeglądnij ostatnie 2-3 numery Vogue i skopiuj pozy modelek na ile się uda. Nie każ wkładać modelce palców do buzi. To jest szczyt kiczu i tylko niewielu udaje się to jeszcze zamienić w dobre zdjęcie.



Przez cały czas myśl, że jesteś na początku drogi i nie daj się zwieźć wrażeniu, że zrobiłeś super zdjęcie. To nieprawda. Nie zrobisz żadnego dobrego zdjęcia. Ale o tym przekonasz się dopiero po paru latach od tej pierwszej sesji :) Taka karma.


środa, 23 kwietnia 2008

Fotografia jest kobietą...


Podtytuł:
Jak można taką podłą być i mieć tak ładny biust?

Ta fotografia - ta kobieta. Na razie się zgadza.
Nęci nas swą urodą. Swą tajemniczością i nieodkrytym światem, który odsłaniamy naciskając migawkę. Jednocześnie karci nas za każdym razem gdy chcemy pójść za daleko, w rejony, które ona nadal skrywa przed nami. Wówczas albo otwieramy kasetę z naświetlonym filmem, albo zwijamy dwa razy ten sam film, albo zostawiamy statyw na polu 100km od domu. Ona tylko na to czeka.

Wymaga od nas specjalizacji i potencjału technicznego. Bez tego nie uzna nas za wartych oddania się. Wyposażamy się więc w coraz to lepsze "argumenty" techniczne, łykamy wiedzę jak magiczne niebieskie pigułki i mamy nadzieję, że teraz w końcu się sprawdzimy w kolejnym akcie. Nic z tego... pomimo rosnącej potencji technicznej, nadal zwodzi nas brakiem 8kl/s, life view, czy innego wbudowanego w już 3-kilogramowy korpus (bo gdzieś to trzeba upakować) dodatku w postaci GPS i HCDP oraz DGTOPY.... (czymkolwiek to nie jest).

Kiedy już wydaje się nam, że spełniliśmy wszystkie jej oczekiwania... już mamy rogi!
Już ktoś inny jest w kręgu jej zainteresowań. Już następny stara się zaspokoić jej oczekiwania.
A my? A my trwamy, samotnie trochę. Pozostawieni na pastwę własnych myśli samobójczych - rzucić to w cholerę i kupić motor, czy nie? I... kupujemy kolejny obiektyw, lampe Bowensa i 100 rolek trixa.

Fotografia podła jest.
Ale ma ładny biust.

Stary, a głupi....


Ojciec zawsze powtarzał mi tę prawdę. Nie myślałem, że ona jest aż tak prawdziwa. No cóż... jak to prawda. Najczęściej jest prawdziwa :)

Tak było i tym razem... 15 lat zajmuje się świadomie (bardziej lub mniej) fotografią. Wiem co robić aby zrobić i co robić aby nie spaprać. Okazuje się jednak, że popełniam błędy tak podstawowe, że zaczynam wątpić czy czasami nieświadomie nie wącham jakiegoś świństwa lub w moim samochodzie ktoś zainstalował dozownik z ogłupiaczem...

O co chodzi?
Sesja. Ludzie wkoło. Blendy, statywy, pomiary, torby, cały ten majdan. Wreszcie ostatnia osoba. Ważna. Jak zwykle ostatnia osoba. Rozluźnienie. Zasada brzmi - wyłącz telefon na czas sesji! Koniecznie!
Więc ostatnia osoba schodzi z planu. Telefon... wibruje.
Odbieram. Baba. Gadam. Machinalnie odpinam aparat ze statywu. Gadam. Maligna jakaś czy co...? Odpinam tylną ściankę. Gadam. Trza wyjąć film i zakleić. Gadam. Szyberek na miejsce, zdejmuje, otwieram kasetę.....!!!!!
No i już wiecie...
Po 15 latach nie nauczyłem się, że zaświetlenie niezwiniętego filmu jest dość idiotyczne.
Zimny pot. Nie gadam. Ręce do kolan. Wzrok Darka - bezcenny...
Widok błony wystawionej na światło jest w sumie piękny. Błona jakby się do mnie śmiała.
Ech... ostatnie klatki poszły się przywitać z Jasną Stroną Mocy :)

Wnioski (zależnie od punktu widzenia):
- nie gadaj z babami
- baby zawsze dzwonią o złej porze (wychodzi, że nie ma dobrej pory dla baby)
- baby psują sesję (chyba że są rozebrane) :)
- światłoczułość filmów jest idiotycznie czuła
- brak zabezpieczenia w tylnych ściankach przez otwarciem (powinny być zamykane na amen)
- fotograf to dupa (ten wniosek odrzucam, ale może niektórym się spodoba)

Tak to bywa... czy Wy też macie takie idiotyczne zdarzenia...?


wtorek, 22 kwietnia 2008

To se ne wrati...


Było ciepłe lato. Sklep fotograficzny. Południe. Upał. Delikatny szmer wentylatora i, jak w reklamówkach, krople potu zatrzymujące się na brwiach. Dłonie napuchnięte i wilgotne zawieszone na pasku od torby.
Drzwi otwarte. Zapach filmów to od zawsze pierwsze wrażenie po wejściu do sklepu z chemią i filmami.

Gabloty leniwie skrywały poukładane z wprost chirurgiczną precyzją filtry, których nikt od kilku lat nawet nie przetarł z kurzu. Półki aż uginały się od nadmiaru towaru, a upał potęgował wrażenie, że uginają się i rozciągają w myśl fizycznej zasady temperaturowej rozciągliwości ciał stałych.

Minuta w ciszy tego sklepu wydawała się godziną. Personel nawet nie zarejestrował wejścia fotografa. Nic. Cisza. Posuwisty szelest przesuwanych nóg między ladą a kącikiem do fotografii legitymacyjnej. Odłożony długopis, którym zapisano ostatnie zlecenie na długim i wąskim pasku wyrywanym z zeszytu A4 jeszcze bujał się w te i wewte sugerując, że to jednak nie miasto duchów, ale ktoś jednak jest w czeluściach sklepu, za szmatą, kurtyną zasłaniającą zascenium.

- Słucham?!
Jakby grzmot uderzył w tej ciszy zupełnie nie pasujący do całości sytuacji.
- Szukam trixa 400 120...
- Ile?
- Dziesięć rolek poproszę.
- Coś jeszcze?
Szybkość pytania zaskoczyła fotografa, bo była to kolejna rzecz, która wyłamywała się z tego sennego aktu, w którym się znalazł po przekroczeniu progu sklepu.
- No... może ma pan APX25...? Skończył mi się wczoraj.
- Jest, ile?
- Też dziesięć. Najwyżej dokupię.
- Nie ma problemu, mam spory zapas... i sporą lodówkę. - grymas niby-uśmiechu pojawił się na twarzy sprzedawcy. I znów to uczucie, że coś tu nie gra. Że coś zgrzyta w tej skomponowanej przez temperaturę i słońce operze.
- Dobra. Acha... jeszcze wezmę trochę barytu 30x40, tego po lewej i... może... ma pan wyciągarki do filmów? Moja się ułamała.
- Są, są...

Rachunek zdawał się zamykać tę część przedstawienia. Stukot kasy wybijał sekundy, które pozostały do zejścia ze sceny. Długopis już dawno przestał się bujać. Banknot 1000 złotowy z Kopernikiem i reszta w bilonie.
Drzwi nawet nie zwróciły uwagi na wychodzącego... Twarz fotografa po spotkaniu z rozżarzonym powietrzem wygięła się jak rolka suszonego nad wanną filmu...


* To działo się naprawdę. Wiele lat temu, gdy w sklepach były filmy trix i sprzedawca znał się na tym, co sprzedaje. Były to piękne czasy. Szkoda, że nie powrócą. Opisywany sprzedawca istniał naprawdę. Fotograf kupujący trix'y żyje do dzisiaj. Robi na filmach. Nie potrafi jednak w żadnym znanym sobie sklepie fotograficznym odnaleźć już zapachu z tamtych lat...


poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Jak nie pisać o fotografii...


Narażę się wielu. Wyklęty zostanę przez wielu. Zablokowane zostanie moje konto gdzieś tam, ale cóż... w imię dobra wspólnego...

Oto mamy tekst napisany przez uznanego, bądź co bądź, specjalistę w temacie. Dotyczy on oświetlenia studyjnego, a dokładnie "zakres przenoszenia kontrastu zdjęciowego".
Temat bardzo w studio przydatny i zrozumienie go naprawdę jest ważnym elementem świadomego okiełznania światła, którym dysponujemy. Jednak nic nie potrafi tak zniechęcić do czytania i dalej do wprowadzania w życie zawartych tez, niż źle użyty język jakim się posługuje autor.

Doceniam wiedzę i profesjonalizm Leonarda Karpiłowskiego - to autor, ale powinien on korzystać z redaktora, który mu ten jego język przełoży na polski, a co najmniej na język zrozumiały dla amatora, no bo jak mniemam te teksty skierowane są nie do profesjonalistów, którzy znają to na pamięć, ale właśnie do adeptów fotografowania. To jednak zmusić powinno autora do używania prostszego i normalnego języka...

Przykłady:

1. Pierwsze zdanie: "pracując na aparatach z nośnikiem cyfrowym" Przepraszam, ale co to za stwór..? Czy użycie słowa cyfrówka lub aparat cyfrowy to jakaś ujma? Czy tak jest bardziej profi? Panie Leonardzie!

2. Następna perełka: "uzyskanie wymaganego światłoczułością nośnika poziomu oświetlenia". To już nawet ja mam problem, a myślałem, że znam trochę nomenklaturę fotograficzną. Czyli styka nam światła tak...?

3. To też mi się podoba: "Od strony źródła światła mamy powierzchnie o większej luminancji niż po stronie przeciwnej". Luminacja za Wikipedią to: (światłość powierzchniowa) to liczba fotonów o energii E i przedziale energetycznym 0,1% \frac{\Delta E}{E}, emitowanych w ciągu jednej sekundy w jednostkowy kąt bryłowy, ze źródła o jednostkowej powierzchni. A po polsku, mamy silniejsze źródło światła z jednej mańki :)

4. Jak opisać low-key: "Otrzymany obraz ma ciemną gamę walorową z zachowaniem czytelności najważniejszych treściowo elementów kadru". W słowniku polskim nie istnieje słowo "walorowy", sprawdziłem. A o co chodziło autorowi łatwo się domyśleć, tylko po co ten język...?

To tylko wybrane, ale wystarczy. Reasumując:
Artykuł jest naprawdę potrzebny i wart przeczytania! Niestety forma i język są przerażającą mieszanką formalno-technicznych sformułowań oraz kompletnie nieudanych porównań słownych. Coś, co mogłoby być wspaniałym opisem tego, jak zbudować prawidłowe oświetlenie obiektów, przeistoczyło się w kompletnie nieczytelny (dla 90% osób zainteresowanych fotografią) slang. Rozumiany chyba już tylko przez autora.
Wielka szkoda! Mam prośbę do autora o więcej tekstów, bo Pana wiedza jest wielka, ale nie TAK!
Proszę to opowiedzieć komuś i niech ktoś to za Pana napisze...
Błagam, bo naprawdę wiele mogę się nauczyć.
Ja i inni.


Chleba naszego powszedniego...


...daj nam dzisiaj...

Nie chcąc zostać posądzonym o bluźnierstwo i przez słuchaczy Jedynego Słusznego Radia wyklęty w imię .... i ... i ....., chcę od razu wyjaśnić, że tytuł wpisu jest grubymi nićmi szytą analogią do tego, czym w moim życiu jest fotografia.
No wiec już wprost... fotografia to Moja Religia.
To ona daje mi chleb mój powszedni uosobiony w postaci robienia zdjęć, organizowania sesji i pożyczania tylnych ścianek, bo sam mam jedną :) Nierozerwalnie Moja Religia wiąże się ze spotykaniem ludzi. Mijaniem ich na spotkaniach, nagabywaniem o zdjęcie (portret uliczny), a czasami współpracowaniem z nimi w ramach sesji. To ostatnie jest mi coraz bliższe i po krótkich nawróceniach się ku plenerom i rozciapcianej wodzie (jak widać to w lewym górnym rogu tej strony), zawsze niezmiennie powracam do ludzi. Do portretu. Do fashion. Do ulicznych zaczepień: "Czy mogę zrobić Panu zdjęcie?".

...i odpuść nam nasze winy...

Więc wracam. Robię sesję. Zaangażowanie sięgnie ze 30 osób. Dwa lub trzy dni zdjęć i masa problemów logistycznych. Począwszy od światła, jego temperatury barwowej (nie pracuje cyfra więc trza wiedzieć ile Kelvinów ma jupiter), a skończywszy na zgraniu wszystkich ludzi i utrzymaniu tego towarzystwa przez parę godzin w jako takim stanie skupienia. Ciężko...
Ale właśnie ten ciężar sprawia, że nakręcam się. Że mózg wkręca się w obroty, dzięki którym całość udaj się ogarnąć. Po amatorsku, samemu... bo ja nie mam sztabu ludzi. Ja mam kolegę, który mi blendę potrzyma i mam telefon.

... i nie wódź nas na pokuszenie...

Nie wódź nas na pokuszenie bezmyślności. Bo w tym chyba tkwi siła pasji i wprost religijnego oddania fotografii, że powinniśmy mieć świadomość tego, co robimy. Że każdy kadr i klapnięcie migawki powinny być wynikiem zachodzącej w nas rewolucji umysłowej. Naprawdę warto myśleć robiąc zdjęcia. Bo jak każda religia, tak i ta wymaga odrobiny zastanowienia się nad jej sensem. Po co robisz te zdjęcia? Dlaczego marnujesz czas i pieniądze na fotografię i dlaczego do jasnej cholery czasami przedkładasz ją nad żonę, dziecko i wszytko inne. Nie warto klepać tysiąca fotek dziennie, bo tyle wejdzie na kartę CF. Nie warto.

...ale nas zabaw ode złego.

Czyli po prostu zbaw nas od nierobienia zdjęć i uznania, że umiemy robić zdjęcia. Bo jak już sobie raz tak pomyślisz. Że jaki to ja jestem lepszy od innych, i że jaki to ja jestem już Fotograf, toś przegrał. To już możesz darować sobie dalsze fotografowanie. To już się do czyśćca nadajesz... A czyściec w fotografii to olaboga!! Najbardziej znanym jest czytanie i oglądanie zdjęć na forach dyskusyjnych... kara boska... i trzeba zawsze napisać, że ładne zdjęcie, chociaż nie wiem jak byłoby bezsensowne właśnie i pozbawione religii w autorze. Mam wrażenie, jak siedzę w czyśćcu, że tam sami fotograficzni ateiści. Bez pasji... Można zrobić złe zdjęcie. Jestem tego najlepszym przykładem, ale żeby w tym chociaż jakiś zamysł był...
Modlę się więc fotograficznie za Was...


PS
Potwornie dziś monumentalnie i patetycznie. Cóż... potrzeba taka była :)


sobota, 19 kwietnia 2008

Warszawa... brrr


Byłem dziś w Warszawie.
W tytule pada "brrr", bo ja niezmiernie i niezmiennie nie cierpię miasta Warszawa. Chodzi mi o jego klimat, a może raczej o jego brak. Jasne.. wpadam tam na parę godzin i w dodatku widzę zazwyczaj dworzec, taryfę, biuro i znowu dworzec, jednak za każdym razem wyjazd do Warszawy jest dla mnie ciężka sprawą. Jakoś nie mogę się przekonać do stolicy.

Tym razem generalnie spotkały mnie same miłe rzeczy, a na koniec korzystając z chwili czasu przed powrotnym IC, poszedłem oglądnąć odtrąbione wszędzie dwie wystawy: "Dokumentalistki" w Zachęcie i "Mug Shots" w Yours Gallery.

Dwie wystawy, dwie różne oceny.
Moge z ręką na obolałych kolanach powiedzieć, że wyszedłem z Yours na kolanach właśnie. Dawno nie doznałem takiego uderzenia obuchem w mój zmysł estetyczny i wizualny. Te zdjęcie mnie przygniotły. Przygniotły mnie plastyką obrazu (!!!!!!!!), sposobem pokazania esencji portretu i niesamowitym wprost kontaktem z odbiorcą. Jestem nadal na kolanach. Całą droge klęczałem w korytarzu śmierdzącego IC, za który to smród zapłaciłem 103zł!:)
Mug Shots to genialna w swej prostocie i technicznie cudownie plastyczna wizja człowieka. Powala bezpośredniością i głębia przekazu. Składa się na to zarówno techniczna strona (wielki format i cała idąca z nim plastyczność obrazowania), jak i niestylizowane, życiowe ujęcia. Odpadłem. To była rozkosz.

Dokumentalistki to... przerost ilości nad jakością i sensem pokazywania fotografii w ten sposób. Uważam, że ta dobra inicjatywa przegrała z brakiem finalnego pomysłu na pokazanie tego. Ilość zdjęć przytłacza. Misz masz i zmienna tematyka utrudnia zapamiętanie czegokolwiek. To się nie udało. Są oczywiście zdjęcia wspaniałe, ale giną w masie pozostałych. Dla mnie zdecydowanie można by to podzielić jakoś. No i ta techniczna strona prezentacji zdjęć w Zachęcie... światło za głową widzą powoduje, że podchodząc do zdjęcia sam rzucam na niego cień. Fatalne!

Tak więc w sumie wyjazd ciekawy. Nowi ludzie poznani, magazynek pożyczony (uśmiechy do R.) i świetne portrety dotknięte zmysłami. A teraz spać... :)

czwartek, 17 kwietnia 2008

Cykl, projekt, retrospektywa, inicjatywa...


Nie wiem czy zauważyliście to zjawisko?!

Oto scena nr 1:
- Zobacz jakie ładne fotografie.
- No normalne, jedne ładne, drugie gorsze. Nic szczególnego. Ot fotki.
- Ale naprawdę poukładane ładnie, tak pasują do siebie.

W sumie scena jak scena. Mogłaby dotyczyć majtek w sklepie na dole lub tapety.

Ale oto scena nr 2:
- Słuchaj! Jutro w muzeum ma być wystawiony (!) wspaniały cykl fotografii!
- Faktycznie. Gdyby ludzie częściej robili takie projekty fotograficzne... byłoby naprawdę fajnie.
- Czytam tutaj, że to jest nowa Inicjatywa Fotograficzna "Grupa Sześciuset"...? Znasz ich?
- Mówisz o tych fotografach, którzy zaprojektowali fotograficzną retrospektywę prac sześciuset najgorszych fotografów na świecie? Taaaak.. słyszałem. "Przekrój" pisał o tym.

I co...? Łapiecie o co mi biega? Wystarczy zamienić słowa. Dać takie słowa-klucze, wytrychy, a już z normalnej fotografii robi się ... Sztuka.
Ach... naprawdę dobre.

Dzisiejszy "Przekrój" (Stopklatka) przynosi właśnie taki uzasadniony słowem CYKL - projekt fotograficzny :)
Mariusz Forecki (znany pewnie wieku) robi zdjęcia na filmie tungsten (czyli do światła żarowego) i wychodzi mu wszystko niebieskie. W sumie nic odkrywczego, bo to czysta fizyka. Ale on się tym nie zraził. Poszedł dalej. On się tym tak bardzo zachwycił, że nazwał całe to pstrykanie projektem "Bluebox" ( z angielskiego "niebieskie pudło" - wyjaśnienie dla tych, którzy może nie znają angielskiego, tak jak nie wiedzą, że zdjęcia na tungsten wyjdą niebieskie).
Ale to nie koniec... :)
Nie myślcie, że to tak łatwo zrobić projekt opisany potem w Przekroju... Oto bowiem dziwnym trafem flaga unijna ma kolor... no.... niebieski !! Co za traf! No i już tylko krótka droga do uzasadnienia pstrykania na tungstenie w dzień na chwil parę przed wejściem Polski do Unii (działo się to bowiem w 2003 roku).

Nie, nie chce napisać, że to zły pomysł. Nawet ta cała ideologia mi sie podoba. Ale... mam wrażenie, że coraz częściej spotykam bardzo naciągane Cykle, Projekty i Retrospektywy... :)
Byle coś nazwać szumnie i ma to załatwić temat.

Czepiam się co...? :)


środa, 16 kwietnia 2008

Pojemność formatu...

Nie wiem jakim formatem musiałbym robić te zdjęcia aby pomieścić opowieść życia jaką "poczęstował" mnie ten człowiek.

Chłopiec grający na "Blaszanym Bębenku" najlepiej oddaje losy "wyzwalanego" przez Rosjan w Gdańsku znajomego Guntera Grassa, kolegi z podwórka. Krzyk, strach, terror, wywózki. 45 minut opowieści wypływało jak wodospad. Słuchałem, naciskałem, kadrowałem, wstawałem, siadałem, przytakiwałem, pytałem.


Czy 8x10 cala lepiej pomieściłoby to, co tkwi w tym panu?


Wrzeszcz, ul. Wybickiego, kwiecień 2008


Ja Wam się podoba polska okładka...?


Codzienna porcja gazet wylądowała na biurku. Jak zwykle "ograbiono" mnie z wszelkich dodatków i płyt, bo p. Hania ma małe dziecko i ono zbiera płyty oraz segregatory... :)
W sumie to i dobrze, że sekretariat to zabiera... ja to potem rozrzucam po całym pokoju.

Ale do rzeczy...

Wczoraj miało miejsce dość istotne dla Polski i chyba w sumie całego świata wydarzenie historyczne, obchody kolejnej rocznicy wybuchu powstania w Getcie Warszawskim. Nawet bardzo nie dbając o historię i żyjąc dniem dzisiejszym, to jednak są takie punkty zwrotne w historii, które uszanować trzeba, i o których pamiętać powinny nie tylko nasze dzieci, ale dzieci ich dzieci.


Wypadałoby więc aby gazety również zaznaczyły obecność tego momentu.
Tak też uczyniły wszystkie poważne polskie dzienniki... poza pomorskim Polska The Times :)
W moim
regionalnym wydaniu (Dziennik Bałtycki) o wydarzeniu nie jest napisane ani na 1 stronie, ani na 2...3...4...5...6...7...8, ani nigdzie. Cóż... widać gdańszczan, zdaniem redaktora prowadzącego, to nie interesuje. Jak mawiał sekretarz jednej redakcji do mnie kiedyś: - Chłop z dyszlem, to nasz czytelnik!

A teraz quiz.
Która Waszym zdaniem okładka ma najlepsze zdjęcie czołówkowe?

Zamieszczam skany Rzepy, Wyborczej i Dziennika i ogólnopolskiej Polski (gdzie info sie ukazało). W przypadku Rzepy mam problem, bo na stronach Internetowych umieszczona jest okładka z innym zdjęciem niż ukazał sie w druku. Ciekawe...


Rzeczpospolita, wydanie drukowane


Rzeczpospolita, wydanie Internetowe


Dziennik


Gazeta Wyborcza


Polska The Times


PS
Przeprasza za jakość skanów.
Uciąłem Dziennik, bo w sumie chodzi mi o zdjęcie bardziej, a nie o sposób łamania okładki.


wtorek, 15 kwietnia 2008

Fotografia boli...


.. nawet nie wiem co napisać...
Przeglądałem stałe miejsca w sieci i... znalazłem to zdjęcie:


fot.: Russell Lee Klika

Ileż to razy już tego typu zdjęcie ukazywało sie w mediach na całym świecie!? Rzec by można, że miliardy razy.
Ale to zdjęcie mnie powaliło i przygniotło. Jest słabe technicznie, jest strzelone jakoś tak byle jak, ale jaką ma moc... ta twarz dzieciaka!
Ten grymas.. oż kurde... wzięło mnie ostro!
Ten dzieciak,.... aż łzy się cisną na oczy. Zatrzymany spazm.
Do tego ta koszulka, ta flaga... mundur. Uch...

Autor ma stronę i naprawdę parę niezłych zdjęć... Russel Lee Klika.


Wygląd ma znaczenie, bo szata...


... zdobi jednak człowieka. A fotografa zwłaszcza.

Zrobiłem test na ludziach. Wykształcenie
me (o mamo!), skłania mnie często do prób generalizacji i znalezienia jakiejś statystycznej konsekwencji w ludzkich zachowaniach. I po raz kolejny postanowiłem sprawdzić jak to jest z tym portretem ulicznym.
Czemu niektórzy ludzie się zgadzają aby obcy zrobił im zdjęcie, a inni uciekają jak najdalej?

Test, badanie było proste i prawie całkowicie pozbawione metodologii :). Jego wyniki więc nie mogą zostać wykorzystane przez "Science" ani żadne inne pismo naukowe. Chyba, że otrzymam stosowana gratyfikację...

Cel badania:
Określenie zależności pomiędzy wyglądem ogólnym fotografa a przychylnością obiektów badanych do wykonania zadania zaproponowanego przez fotografa.

Miejsce i czas:
Badanie przeprowadzone zostało w zmiennych warunkach oświetleniowych na terenie parku miejskiego w Sopocie w dwóch kolejnych występujących po sobie dniach. Poniedziałek, wtorek.

Grupa badawcza:
Grupę badawcza stanowili przechodnie i przypadkowo napotkane osoby. Jednym z założeń wstępnych do wytypowania członków grupy badanej była obserwacja polegająca na wstępnym wybraniu osób, które nie są jedynie chwilowymi przechodniami akurat znajdującymi drogę przez park, ale ich zachowanie sugeruje iż są tam dłużej, w konkretnym celu: spacer, wyjście z psem, relaks. Niestety ilość osób biorących udział w badaniu była ograniczona moim czasem, w końcu do roboty trza iść :)

Badanie nr 1:
Fotograf ubrany w stój codzienny z torbą foto na ramieniu bez dodatkowych atrybutów fotograficznych. Torba jest zamknięta. Widoczna bardzo dobrze. Do badania przystąpiło (zatrzymało się na kilka sekund) 6 osób. Na pytanie badawcze: "Czy mogę Panu/Pani zrobić zdjęcie dla siebie do projektu fotograficznego", pozytywnie odpowiedziała tylko jedna osoba. Warto nadmienić, że już samo zaczepienie osoby było utrudnione, bo część z nich nie chciała nawet wysłuchać pytania. Te osoby pominąłem w wynikach badań.

Badanie nr 2:

Fotograf ubrany w strój codzienny z torba foto na ramieniu, aparatem w ręce, gotowym do pracy. W dłoni trzymany rozłożony statyw. Na szyi dodatkowo zawieszony światłomierz. Kurtka rozpięta. Na to samo pytanie postawione, tym razem 4 innym osobom, twierdząco odpowiedziały... 4 osoby, czyli 100% badanych!

Wnioski:
Nie pozostawia żadnych wątpliwości fakt, że ubiór i wszystkie dodatkowe gadżety związane z pracą fotografa powodują wzrost zaufania do badacza. Chęć i skłonność do współpracy przejawia się częściej i osiągana jest łatwiej niż w przypadku Badania nr 1. Myślę, że zachodzi tutaj znane z nauk społecznych zjawisko "autorytet w fartuchu". Słynne badania amerykańskie z uniwersytetów, gdzie traktowani prądem pacjenci zostali prawie zabici przez studentów medycyny, którzy idąc za poleceniem człowieka/wykładowcy w fartuchu podawali im dawki prądu wielokrotnie wyższe niż dopuszczalne, pomimo, że wiedzieli o niebezpieczeństwie. Autorytet ma wielką moc.

Na koniec:
Rada porada... ludzie gotowi sa zgodzić się na wiele jeśli tylko dasz im złudzenie, że mają do czynienia z fachowcem i autorytetem w jakiejś dziedzinie. Na język fotografa ulicznego przekłada się to w prosty sposób, zobrazowany w Badaniu nr 2.

Życzę miłych testów własnych!
:):)


poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Jeszcze o POYi.... portret

fot.: Walter Iooss

Dziś jakoś dzień portretu się zrobił :)

Chciałbym na chwilkę wrócić do opisywanego swego czasu szeroko przez Blindspot i Cwiczeniazpatrzenia konkursu Pictures of The Year International.
Nie wiem jakim cudem, ale umknęła mi pierwsza nagroda dla mojego ulubionego portrecisty i właściwie, nie obawiam się użyć tego słowa, ideału portretowej fotografii sportowej - Waltera Iooss. Dostał pierwszą nagrodę w kategorii Portrait Series.

Jego strona zawsze jest u mnie na pierwszym miejscu w Ulubionych. Wracam do niej za każdym razem, aby sprawdzić jak jeszcze mam daleko do zrozumienia czym jest portret w ogóle, a sportowy zwłaszcza. I kurcze strasznie mam daleko, horyzontu nawet nie widzę.
Zresztą, sami sprawdźcie jak Wy macie daleko :) - Walter Iooss.


Przepis na udany portret...


... jest prosty:


fot.: Marco Grob (MICHAEL THOMPSON- lider zespołu, buena vista social club)

Znajdź znaną osobę (aktor, polityk... pies Saba lub Doda) i zrób jej portret z dziwnym grymasem twarzy.
Więcej nie będę się rozpisywał. Zapraszam na stronę Marco Grob'a.


niedziela, 13 kwietnia 2008

Tylko dla facetów...


Tak, ten tekst przeznaczony jest tylko dla facetów, bo kobiety nie są w stanie zrozumieć tego co w kilku zdaniach będę chciał napisać. Tak jak ja nie rozumiem wielu aspektów z życia kobiet :)

Panowie!
Czy Wy także tak doskonale pamiętacie te chwile będąc dzieckiem, synem swojego ojca, podczas których wpatrzeni w tatę chcieliście być tacy jak on, mieć to co on i móc dostać w swoje ręce to co on?

Dla każdego z nas były to rzeczy inne. Dla jednych pierwsza wędka i pierwsze wspólne wędkowanie, dla innych pozwolenie aby siąść mu na kolanach w czasie jazdy samochodem. Poczuć kierownice w dłoniach. Jeszcze inni marzyli o tym, aby pierwszy raz móc posiedzieć z ojcem wieczorem do nocy przed telewizorem albo móc naostrzyć jego nóż, którego używał w czasie zbierania grzybów we wrześniu. Takie atrybuty dorosłości w oczach kilkulatka.

Dzisiaj Lepsza Połowa zrobiła zdjęcie Młodemu. Pierwszy raz wziął w ręce statyw, który zawsze widzi u ojca. Przez ułamek sekundy patrząc mu w oczy miałem wrażenie, że do niego to jest właśnie jedna z takich chwil. I nie puścił, aż... upuścił.


Kosmos!
To pieprzony ważny dzień!
Dla mnie też.

*Fotka z komórki matki. Co za ironia! :)

Dith Pran zmarł...

fot.: Steve McCurry/Magnum
(zdjęcie wykonane po spotkaniu z rodziną po latach rozłąki w roku 1989)

Są filmy, które odegrały w moim życiu ważne role. Większość z nas ma takie filmy, czasami zdjęcia. Moim filmem, do którego wracam z nabożnym skupieniem i szacunkiem jest film oparty na faktach, którego głównym bohaterem był Dith Pran - “The Killing Fields" of Cambodia.

Informacja o jego życiu i historii znajdziecie na stronach The New Yourk Times.
Dith Pran był wspaniałym fotoreporterem.
Człowiekiem.


sobota, 12 kwietnia 2008

O, bracie wilcy! Brońcie się.... 3D camera


No wiec tak... chciałbym zamanifestować swoją rozpacz, a także delikatnie napomknąć (niech to nie będzie żadem memoriał) o końcu ery 2D w fotografii. Źródło mej rozpaczy jest na Uniwersytetcie Stanforda, gdzie oto zbudowano aparat 3D z 12.000 obiektywów... czy ja dobrze widzę. Ech... :):)

Przychodzi mi tylko do głowy tekst Kaczmarskiego i kieruje go do kolegów "błonowców" :) -
~~~~~~~~~~~~~~
"Lecz nie skończyła się obława i nie śpią gończe psy
I giną ciągle wilki młode na całym wielkim świecie
Nie dajcie z siebie zedrzeć skór! Brońcie się i wy!
O, bracia wilcy! Brońcie się nim wszyscy wyginiecie!"


Biuletyn Fotograficzny nr 4/2008...


Zakupiłem dzisiaj czwarty numer Biuletynu Fotograficznego Świata Obrazu (BFŚO).

Jest to jedno z nielicznych, a może jedyne pomału pismo traktujące o fotografii w sposób na tyle przystępny opisowo (mało tutaj zdjęć niestety), że da się to przyswoić komuś tak nasączonemu dyletanctwem fotograficznym jak ja.

Najświeższy numer przynosi nam temat - poczucie humoru w fotografii. Obok artykułów traktujących o metodach fotografii trochę na luzie - "wiadomo: łomo!" str.62 czy "historia wesoła acz ogromnie smutna" str. 6, są w tym numerze dość poważne materiały, które warto przeczytać: "rewolucja z ptasiej i żabiej perspektywy" o fotografii Rodczenki, str. 41 oraz "o bogdanie dziworskim" str. 33 (to obowiązkowe!).

Moją jednak uwagę przykuł i polecam artykuł autorstwa Krzysztofa Jureckiego "łodzi kaliskiej walka z demonami historii", str. 56. W tym materiale pada doskonałe podsumowanie, w pełni zgodne z moją obserwacją tego zjawiska jakim była (!!bo nie jest już) Łódź Kaliska. Pozwolę sobie zacytować p. Krzysztofa: "...rozwój artystyczny Łodzi Kaliskiej w XXI wieku coraz bardziej zmierza w kierunku strategii Salvadora Dalego - raczej błazenady niż autentycznego surrealizmu Luisa Bunuela, nad czym osobiście ubolewam i przed czym ostrzegałem w życzeniach świątecznych samych artystów..."

Niestety - Łódź Kaliska to totalna przeszłość i ja bym nazwał to kpiną. Z samych siebie i z odbiorcy.

Kevin Carter... fotografia to życie

fot.: Kevin Carter

Przyznam się szczerze, że nie znałem tej historii. Aż wstyd. Zdjęcie znałem. Nadrabiam więc.
Poniższy tekst pochodzi z Wikipedii. Proszę, znajdźcie parę minut, poszperajcie w sieci aby dowiedzieć sie więcej o tym fotografie i całej sytuacji. Coś wyjątkowo tragicznego.

~~~~~~

Kevin Carter urodził się w rodzinie brytyjskich emigrantów, akceptujących obowiązujący wówczas w RPA apartheid. Już od wczesnej młodości Kevin buntował się przeciwko dyskryminacji czarnych obywateli. Pracę fotografika rozpoczynał w 1983 w Johannesburdzkim "Sunday Express" od fotografowania imprez sportowych, ale wolał fotografię reporterską, np. fotografował zamieszki przeciw apartheidowi, jakie często przetaczały się w tym czasie przez Johannesburg. Z czasem przeszedł do lokalnej gazety "Star" i stał się jednym z dziennikarzy demaskujących brutalność apartheidu. Do Cartera dołączyła trójka przyjaciół reporterów - Ken Oosterbroek, Greg Marinovich, Joao Silva, o podobnym podejściu do spraw apartheidu. Jeden z magazynów nazwał ich Bang Bang Club. W 1990 roku Ken Oosterbroek został uhonorowany Nagrodą Pulitzera. Jako pierwszy z klubu zyskał uznanie i stał się mentorem grupy, w tym również wzorem dla Cartera. Ken był też przyjacielem Kevina, chociaż stanowił jego przeciwieństwo - sam prowadził ustabilizowane życie, miał żonę. Carter był lekkoduchem, od czasu do czasu zajmującym się nieślubną córką Megan. Nie stronił również od narkotyków.

W 1993 roku Kevin Carter wraz z Silvą pojechali do Sudanu, aby fotografować ofiary klęski głodu. Od razu po wylądowaniu zabrali się za robienie zdjęć. Kevin szukając ulgi od widoku setek umierających ludzi, wybrał się w głąb buszu, nagle zauważył chudziutką dziewczynkę starającą się dotrzeć do punktu, w którym rozdawano żywność. Gdy dziewczynka zatrzymała się aby odpocząć, Carter zaczął robić jej zdjęcia. W tym momencie tuż obok dziecka wylądował tłusty sęp.

Nie chcąc spłoszyć ptaka, fotograf w bezruchu fotografował scenę i czekał, aż sęp rozłoży skrzydła. Nie doczekał się.

Niedługo po tym zdjęcie trafiło na pierwszą stronę "New York Timesa". Reakcja czytelników była olbrzymia. W redakcji urywały się telefony od ludzi zainteresowanych dalszym losem dziewczynki. W końcu wydawca opublikował notkę na ten temat – udało jej się uciec od drapieżnika, ale nie wiadomo, czy dotarła do celu. Zdjęcie zyskało rangę symbolu konfliktu w Sudanie.

Carter wyznał w jednym z wywiadów, że po zrobieniu zdjęcia usiadł pod drzewem i długo płakał. Wiele razy pytano go, czy dziewczynka przeżyła i dlaczego jej nie pomógł. Niektórzy krytykowali reportera za bierność w tak dramatycznej sytuacji. Nawet jego przyjaciele zastanawiali się nad etyczną stroną takiego postępowania. Obrońcy zachowania Cartera tłumaczyli, że on tylko zrobił zdjęcie jednego z tysiąca umierających dzieci.

Zamieszczenie go na okładce dziennika wywołało masową reakcję społeczną i zbiórkę pieniędzy na pomoc żywnościową dla krajów takich jak Sudan.

Rok po tym do Cartera zadzwoniła Nancy Buirski, wydawca "New York Timesa" z informacją, że został laureatem Nagrody Pulitzera. Radość uhonorowanego gaśnie klika dni później, gdy dosięga go wiadomość o śmierci Kena, który wraz z resztą Bang Bang Clubu wyjechał śledzić konflikt w Takozie. Podczas zamieszek Oosterbroek i Marinovich znaleźli się na linii ognia i zostali postrzeleni. Oosterbroek zmarł wskutek ran, najprawdopodobniej zginął od zabłąkanej kuli wystrzelonej przez żołnierza sił pokojowych. Carter uważał, że to on powinien zginąć od kuli. Pogrążał się w rozpaczy, coraz częściej wspominał o samobójstwie. Ostatnią osobą, która rozmawiała z Carterem była wdowa po Oosterbroeku.

Znaleziono go 27 lipca 1994 roku w samochodzie zaparkowanym w miejscu, gdzie często bawił się jako dziecko. Zmarł wskutek zatrucia tlenkiem węgla. Miał 33 lata.

W liście pożegnalnym napisał - Jestem załamany. Bez telefonu, bez pieniędzy na czynsz i na pomoc dzieciom. Prześladują mnie żywe obrazy zabitych i cierpiących, widok ciał, egzekucji, rannych dzieci. Odszedłem i jeśli będę miał szczęście, dołączę do Kena.

Tragiczna śmierć Cartera wzbudziła sensację. Wiele ze zdjęć zrobionych przez Bang Bang Club trafiło na czołówki gazet całego świata. Spowodowały nacisk międzynarodowej opinii publicznej na rasistowski rząd RPA. Bang Bang Club działał w czasie apartheidu i dokumentował proces jego upadku, rozpoczęty wraz z pierwszymi demokratycznymi wyborami 27 kwietnia 1994 r. Zwycięstwo Mandeli było końcem działalności Bang Bang Clubu, mimo iż nadal dwójka fotoreporterów pozostała aktywna zawodowo.

Joao Silva pracował m.in. w Bagdadzie dla "New York Timesa", Greg Marinovich utrwalał na filmie konflikt w Sierra Leone. W 2000 roku wydali książkę dokumentującą historię klubu. Opisali w niej m.in. ostatnie dni życia Cartera i Oosterbroeka. Na podstawie książki nakręcono film dokumentalny "Śmierć Kevina Cartera" (ang. "The Life of Kevin Carter: Casualty of the Bang Bang Club"), nominowany do Oscara w 2006 roku.

piątek, 11 kwietnia 2008

Miksiu...


- Nie wiem czy ja nadaję się na zdjęcie...?
- Każdy się nadaje.
Niewinne kłamstewko, bo przecież wiem, że nie każdy.
- Tak pan mówi tylko, a ja po prostu z psem wyszłam po bułki.
- A gdzie pani kupiła, bo też szukam piekarni jakiejś w pobliżu.
- Za parkiem jest mały spożywczy. Wiele lat tam kupuje... chodź Miksiu, pan zrobi nam zdjęcie.
Pies nie był zachwycony, trudna współpraca.
- Czy tak dobrze? Może zabiorę torbę...?
- Nie już zrobione...
- Tak szybko?
- Może dlatego, że głodny jestem...
- Tylko niech pan nie bierze tych kwadratowych. Lepsze te kajzerki. Leżą po lewej stronie od wejścia.

*Za karę, że Miks nie chciał pozować, jest nieostry.

czwartek, 10 kwietnia 2008

Nie strzelaj w fotografów...


- Cześć, co robisz?
- Kulki zbieram, a pan?
- Zdjęcia robię tym, co kulki zbierają.
Delikatny uśmiech odwiedził twarz zbieracza kulek. Kładę aparat na ziemi.
- Duży aparat...
- Duży pistolet... lubisz strzelać...?
Wyjmuję światłomierz z etui i mierzę światło na sobie.
- A pan z policji? - nerwowy grymas na twarzy zbieracza. - To plastikowe kulki.
- Daleko lecą?
- Do tego auta to spokojnie. Ale do klatki też doleci.
- Ale chyba nie strzelałeś do samochodów?
Wyjmuje kurtynkę i opuszczam głowę w wizjer.
- Nieee, ja nie do samochodów. Do koszy najczęściej, bo hałasują.
- Mogę ci zrobić fotkę?
- Spoko...
Ostrość. Poprawka. Migawka klapnęła.
- A Pan tak wszystkim robi?
- Nie, tylko tym z pistoletami.
- Tia...
- Dzięki. Tylko nie strzelaj w fotografów.
- Jasne.

Nie Mistrz, a Piotruś Pan...!


Każdy powinien mieć swojego Piotrusia Pana!

Takiego, co to w każdej chwili będzie umiał przenieść nas do Nibylandii i pokazać na czym polega prawdziwa fotografia. Ta idąca od serca, a nie od rzemieślniczej ekonomii. Taki Piotruś Pan byłby naszym drogowskazem i w chwilach, w których pojawia się zwątpienie w sens trzymania aparatu w ręce, pojawiałby się wraz z Dzwoneczkiem i sypał na naszą głowę Złoty Pył. My, unosilibyśmy się nad ziemię i ponownie wracali do wspaniałej, beztroskiej krainy wolnych myśli i zabawy fotografią.

Mistrz jest fajny, ale Mistrz to jednak zawsze jakiś bagaż obciążeń i dodatkowo zagadka, do której często trudno nam dopasować właściwy klucz. Męczymy się potem i obdzieramy coraz bardziej naszego Mistrza z tej aury doskonałości. Bo mistrz ma tez skarpetki, ma też pomysły na głupie kadry i też potrafi się obrazić. Tacy Mistrzowie męczą po pewnym czasie. A efekty naszych prac wzorowanych na Mistrzach często są mizerne. Mizerniejsze niż te robione na własne kopyto.


Piotruś Pan to co innego!

Piotruś Pan nie będzie nam nic narzucał. On po prostu w odpowiedniej chwili roześmieje się nam w twarz i ockniemy się w naszego ponurego, poważnego świata "wielkiej artystycznej fotografii" (wszystko z małych liter). Dzwoneczek da znak i już w kilka minut zaczniemy myśleć jak dziecko. Beztrosko. Po swojemu. Mieszając słowa, litery i bawiąc się sznurkiem przez 45 minut. Po prostu. Tak my będziemy bawić się każdym kolejnym kadrem. Po prostu.

Piotruś Pan - po mistrzowsku włada małą szabelką i w pojedynku z Kapitanem Hakiem zawsze będzie góra.
Ten ciężki, zły i ponuru Kapitan Hak, drzemiący w każdym z nas i zmuszający nas do robienia sztywnych zdjęć przegra. Wpadnie w paszczę Krokodyla i zniknie jak nasze niebezpieczne zwątpienia pojawiające się przed każdym naciśnięciem migawki.



Piotruś Pan! Jedyna alternatywa dla Mistrza.

Piotruś Pan - ja tam wierzę, że istnieje.
Powaga.


środa, 9 kwietnia 2008

Plagiat.....?


Krótko:
- uważacie, że to plagiat...?


fot.: Piotr Porębski




*Wyjaśnienie: magazyn RollingStones jest starszy:
Issue Number: 816-817 (Double Issue)
Date: July 8-22 1999


Amator...


- Piotr! Iczek!

Wołania zza pleców nie dało się nie usłyszeć i choć minęło parę ładnych lat, głos i jego tembr tkwił gdzieś głęboko w podświadomości. Trochę jak natarczywa metka, która szczypie w kark. Zadziorna. Stale wyginające swe ostre rogi w stronę skóry.
Tak..., ten głos był jak metka. I to duża metka.
- Cześć, co za przypadek! Ile to lat? Miło Cię widzieć. Co słychać?!
Standardowy repertuar pytań wytrysnął ze mnie jak woda gazowana ze wstrząśniętej buteklki. Sam nie wiedziałem nawet, że tyle grzecznościowo-nic-nie-znaczących zwrotów miałem w głowie. Obłuda.
Kolesia nie cierpiałem. Pragmatyk. Zawsze wszystko musiało mmieć uzasadnienie i cel. Nic z porywu chwili, wszystko zaplanowane. Fatalna osobowość. Moje przeciwieństwo.
- Widzę, że zostałeś przy fotografii.
Dyndający u szyi kilogramowy klocek z obiektywem w kształcie grzyba nie pozostawiał faktycznie złudzeń, że fotografuje.
- A no tak, udaje się jakoś pasję podtrzymać.
Szybko chcąc zakończyć temat, próbowałem uciec kolejnymi zdaniami od fotografii. Nie udało się.
- No ale teraz to ty pewnie niezłą kasę już robisz, bo pamiętam jak te śluby robiłeś na studiach. Słyszałem, że teraz można grubo skosić tych nawiedzonych narzeczonych!
Cwaniacki uśmieszek też mu został, pomyślałem.
- No wiesz.... (pauza dosadna). Ja nadal robie dla siebie.
- ?
- No tak, takie tam wiesz, pitu-pitu o poranku.
Jego twarz zdawała się wydłużać, delikatna szydercza zmarszczka pojawiła się pod lewym okiem. Skóra dziwnie naprężyła się pod nosem.
- Aaaa... (nutka ulgi?). To Ty amator jesteś nadal. Radze ci zajmij się zarabianiem na fotografii. Mój znajomy...
Opowieść wszystkim znana trwałaby pewnie z parą minut, ale jakoś (co rzadko mi się zdarza) nie miałem ochoty na grzeczność. Jakby ktoś przełączył pstryczek z napisem "bezpiecznik". Dziś dzień chamstwa - ogłosiło moje wewnętrzne JA.
- Wiesz co, wybacz, że przerywam, ale muszę kupić sobie jogurt w tym sklepie, co ci nie po drodze. Poza tym, nigdy cię nie lubiłem.
Maksymalna nota za wyraz szoku - taką ocenę wystawiłby Gombrowicz za GĘBĘ, która pojawiła się na twarzy Pragmatyka.
Widok moich pleców nie pozostawiał przestrzeni do riposty. Skulony delikatnie w sobie, jakbym nie chciał usłyszeć żadnych goniących mnie słów, odchodziłem. Z każdym krokiem, głowa i ramiona unosiły się do góry. Z każdym krokiem wracała duma.
Śmieszna.
Męska.
Fotograficzna wręcz.

Z każdym krokiem cieszyłem się, że jestem amatorem.
Że nie sprzedaje zdjęć, że nikt mi nic nie każe.
Z każdym krokiem wracałem w spokój i ciszę obcowania z aparatem.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Prawdziwa fotografia...


Ukazały się właśnie dwa świeże wpisy na dwóch blogach, które czytuję.
Oba poświęcone zbliżonym zagadnieniom.
Oba dobre.
Oba kontrowersyjne i oba, z którymi warto polemizować ku chwale fotografii.
Te wpisy to:
- "wydruk autorski" na blogu "proces naturalny" Irka Zjeżdżałka
oraz wpis:
- "Ja, Fotograf versus On, Komputer" na blogu "Zawsze Kwadrat, głupcze!" Marcina Szymczaka.

Zapraszam do przeczytania ich. A jak już to uczynicie to pomóżcie mi po raz kolejny w moim życiu fotograficznym odpowiedzieć na pytanie:
Czym do jasnej cholery jest fotografia w roku 2008 !?

Czy będę do końca swoich dni zastanawiał się nad tym czy fotografia powinna być surowym efektem naświetlenia klatki, jak ma to miejsce w wypadku wspomnianej u Irka fotografii kontaktowej (stykowej)... czy może jest nią również zdjęcie poddane obróbce i wydrukowane zgodnie z "przepisem i zasadami" podanymi przez Marcina? A może obie wersje to fotografia. No ale jak ją wówczas oceniać, jak klasyfikować, jak wyceniać?!

Czy większą wartością samą w sobie jest doskonałość kadru wykonanego w wielkim formacie i stykowe "przelanie" tego na papier bez jakiejkolwiek ingerencji w obraz? Czy wówczas docenić należy mistrzostwo fotografii i jej dziewiczą wprost czystość? Czy taka fotografia będzie droższa, bo szlachetniejsza, lepsza?!

A może właśnie dostrzec mistrzostwo w umiejętnej obróbce i w umiejętnym post-procesie, któremu poddane zostało zdjęcie? Może sztuką w sztuce jest umiejętne dopracowywanie fotografii, umiejętne rozkładanie akcentów na obrazie złożonym ze skali szarości?

Miliony razy zastanawiam się gdzie jest granica ingerencji w fotografię na poziomie programów edycyjnych. Pytanie rzeka. Na każdym forum i w każdym regulaminie konkursowym określane i definiowane inaczej. I nadal nierozstrzygnięte.

Macie gotowy przepis? Zapłacicie więcej za wydruk obrobionego zdjęcia w formacie metr na metr wydrukowanego na tuszach, które przetrwają Was, Wasze dzieci i dzieci Waszych dzieci czy może wolicie obrazek stykowy z kliszy 4x5 cala?

Na ile ważna jest droga do uzyskania dzieła?
Wiem, masa pytań.... wiem.

Fotografia sportowa z... balkonu!


Wczoraj (6 kwietnia), Prokom Trefl Sopot zdobył Puchar Polski w koszykówce mężczyzn. W dobie kompletnego marazmu na sportowej scenie koszykarskiej w Polsce (brak sukcesów kadry, słaby poziom ligi, brak zainteresowania stacji TV transmisjami) nie jest to szczególnie ważna informacja. Ale...

Trochę z racji zawodu, jak i zainteresowania fotografią sportową obserwuje od lat jak zmienia się sposób i metody fotografowania koszykówki w Polsce. Kiedy sam siedziałem na parkiecie parę lat temu, to zdobycie miejsca w rogu kosza gospodarzy graniczyło z cudem. Przepychanki o dobra pozycje między kolegami fotografami było bardzo zabawne, ale świadczyło też o czuciu tematu i chęci zdobycia dobrej, dynamicznej i "mięsnej" fotki.
Jeszcze 5 lat temu widok kolegi ze szkłem 300mm F:2,8 Canona budził ogólny respekt i szacunek przepleciony z zazdrością. Tej zazdrości to chyba było najwięcej.
Dzisiaj z trwoga obserwuje, że parkiet w rogu boiska jest pusty... !
Myślę, może nie interesuje czytelników fotografia koszykówki, ale to nie to.

Otóż okazuje się, że Ci fotografowie przenieśli sie na ciepłe miejsca na samym szczycie hali, na balkonie. Tam we wspólnym gronie rozstawili swoje 400mm działa (każda z IS i F:2,8) i najspokojniej w świecie młócą seriami po 8kl/s akcję z góry.
Czy to jest jeszcze fotografia, która pokazuje grę z punktu widzenia zawodnika?
Zawsze miałem wrażenie, że w fotografii koszykarskiej chodzi o jak najbliższy kontakt z parkietem, z zawodnikiem... o ty, by ukazać dynamikę akcji w perspektywie boiska, kosza i kibiców. Tymczasem dostajemy ciasne kadry robione z lotu ptaka, gdzie poza piłką i połową twarzy nie widać nic. A już na pewno nie ma klimatu parkietu. Szok.

Oczywiście podziwiam, że obecnie praktycznie każdego fotografa stać na rurę za 15.000-20.000zł, bo są to szkła nieodzowne do fotografii sportu, ale rozleniwienie i brak chęci do zaangażowania swojej osoby w zdjęcia jest przerażająca.
Oni wszyscy (4 osoby) stali obok siebie i walili...
Czym różnic się będą owe zdjęcia?
Podpisem...

niedziela, 6 kwietnia 2008

Dbajmy o własne zdjęcia...


Kolega przysłał mi zdjęcia. Uznał, że ja będę umiał powiedzieć o nich więcej niż on sam lub jego żona. To znaczy ona nie jest jeszcze żoną, ale bardzo oboje tego chcą. Nie wiem co ich powstrzymuje... ale nie o tym...

Zdjęcia jak zdjęcia. Jedne albumowo-babciowe, inne albumowo-dziadkowe...;)
W sumie takie klasyczne pstryki. Ponieważ samo przesłanie do mnie zdjęć, jako niby do tego co się zna jest jakimś wyróżnieniem i szacunkiem dla mnie, więc nie wypadało odmówić. Napisałem jakieś mądre wynurzenia o kompozycji i kadrowaniu... ale nie o tym...

Kolega ten uznał może, że jestem kimś kto napisze mu prawdę i wykazał wspomniany szacunek, jednocześnie obraził mnie śmiertelnie.
Oto bowiem, postanowił być niechlujnym baranem. Tak ostre słowa. Po prostu przesłał mi zdjęcia krzywe, poprzepalane, krzywo obrócone z czarnymi paskami ramek i w dodatku zabrudzone jak podłoga w mojej kuchni po smażeniu placków z jabłkami dla Młodego.Gorzej! Te zdjęcia wyglądały jak rękawy Młodego po zjedzeniu wspomnianych placków z cukrem pudrem i obtarciu ust rękawami po każdym kęsie. Nie wiem po kim Młody ma ten nawyk :) ... ale nie o tym...

Jak można nie dbać o własna pracę!? To chyba najgorsza cecha twórcy, który nie potrafi zadbać o efekt finalny. Ot tak, na odwal. Byle było, byle się ukazało. Byle odwalić. Przecież połowa sukcesu, a może nawet i 80% to podanie dania. Jak w kuchni, tak i tutaj są określone zasady serwowania fotografii.
Podstawą jest techniczna poprawność, potem pojawia się obróbka i retusz zabrudzeń, potem prezentacja.

Czy to takie trudne?!
Ludzie, Koledzy, Fotografowie - do ciężkiej ....... szanujcie własną pracę i prezentujcie idealnie swoje zdjęcia, które pokazujecie ludziom. To świadczy o Was!
Proszę!
Zakładajcie garnitur swoim fotografiom.
Niech i one poczują się Kopciuszkiem na balu :)!

piątek, 4 kwietnia 2008

Stwórca a narzędzie stwarzania...

Pearblossom Hwy., 11–18th April 1986, #2, David Hockney, 1986
© 1986 David Hockney

Ciągnąc trochę wątek z dyskusji z poprzedniego posta, zapraszam do przeczytania całkiem ciekawego wpisu Anny Cymer ze "ŚwiataObrazu".

"Artysta kontra aparat fotograficzny" to pewna pigułkowa wersja historii wzajemnego oddziaływania twórcy i jego narzędzi. Jak, to czym fotografujemy i jak to stwarzamy wpływa na rozwój fotografii. Z racji charakteru strony, materiał jest bardzo ogólny. Szkoda, że p. Anna nie zagłębiła się w temacie.

czwartek, 3 kwietnia 2008

Święta prawda, tysz prawda i...


...gówno prawda!

Widzę, że staje sie coraz bardziej radykalny w moim odczuciu czym jest fotografia, a czym jest żenująca imitacja fotografii. Jak słyszę, że fotografię można uprawiać komórką, to mówię wszystkim - gówno prawda!

Parę miesięcy temu, jeden z największych na świecie magazynów promujących kiedyś dobrą fotografię (nazwy ze złości nie wymienię, ale dodam, że publikował tam pośmiertnie Arkady Fiedler) ogłosił konkurs fotograficzny. Jakież było moje osłupienie, gdy na mega billboardzie koło mojego domu zobaczyłem reklamę tego konkursu i słowa... "zrób zdjęcia komórką". Aż sprawdzić musiałem w sieci czy to prawda. No i to była święta prawda.

W dobie tych cholernych telefonów z aparatami, ludzie zdają się zapominać czym w ogóle jest specjalizacja w jakiejś dziedzinie. Ludziom, poprzez kretyński marketing, wmawia się, że da im się narzędzia do tego aby byli: filmowcami, fotografami, baristami, DJ'ami, aktorami. A tak naprawdę ludzie są coraz głupsi. Wiem, okropne...
Ale niestety ogłupianie marketingowe, tak jak każda propaganda działa bardzo podstępnie i niezauważalnie.

Konkurs na fotografię wykonaną aparatem komórkowym w piśmie, które od wieków kojarzone jest z ostoją najlepszych reporterów i wspaniałych długookresowych projektów fotograficznych nie ma prawa sprzedać swojego dorobku dla zwiększenia czytelnictwa o promil czy dwa. To skandal.

Fotografii nie da się uprawiać telefonem, to absurd. Po prostu to nie jest fotografia. Żadne niby-zdjęcie wykonane telefonem nie jest fotografią. Nie jest! To jakaś wmówiona użytkownikowi kolejna funkcjonalność, która kosztuje go dodatkowe 150zl plus VAT. A najgorsze jest, że Ci ludzi w to wierzą. Oni uważają, że jak wezmą udział w tym konkursie to są już fotografami. I to się rozciąga na inne sfery życia. Praktycznie na wszystkie. Straszne. Wiara w siebie, wsparta dostarczanymi przez rzesze specjalistów, gadżetami robi z nas mimowolnie i 'mimoświadomie' speców od wszystkiego. Z drugiej strony, lubimy to. Tysz prawda. Niestety lubimy jak się nas łechcze wizją doskonałości. Jak każdy.

Mam nadzieję, że uda się wyodrębnić w tym wyścigu do unifikacji tę pewną warstwę sztuki, pasji, stwarzania, która będzie zawsze ściśle związana z DAREM. Tą minimalną iskierką daną przez opatrzność, boga, ufoludków.... nieważne przez kogo. Ale ważne, że rzadką, wprost elitarną. Zachowana dla wybranych. Zdolnych. Dla... artystów obiektywu. Artystów kadrowania. Artystów emocji. Mistrzów fotografii.


PS
Tytuł zaczerpnięty z myśli ks. Tischnera:
"Są w życiu tylko trzy prawdy: święta prawda, tysz prawda i gówno prawda."


Dzieci Guntera Grassa...


O!, pan z aparatem...


Gdańsk, stary Wrzeszcz, kwiecień 2008

Oceanarium Morskie Gdynia...


Ot, tak bekowo :)



Gdynia, Skwer Kościuszki, marzec 2008

Siła przyzwyczajeń... psuje fotki


Fotografując nie uciekniemy od techniki. Takie małe spostrzeżenie z dzisiejszego deszczowego ranka mi w głowie zostało.
Przez ostatni rok fotografowałem aparatem z wewnętrznym pomiarem światła skądinąd świetnym. Najczęściej na A, a właściwie to wyłącznie na A lub czasami M. W związku z tym nauczyłem się dokładnie jak mój pomiar mierzy światło i jakie korekcje w programie A muszę wprowadzać robiąc pod światło i w cienie. Obecnie robię aparatem bez pomiaru, mam światłomierz. I zaczęło się...

Pani z mopsem (wreszcie, pierwszy raz w życiu dowiaduję się co to pies-mops) w delikatnym deszczu wygląda fajnie. Stonowane trawniki, jeszcze nierozwinięte bluszcze, wszystko miło maślane.
- Mogę zrobić zdjęcie? - tak wprost, bez opowiastek.
- Tak. Proszę. - Zaskoczyła mnie tak bardzo, że zgłupiałem... Tak bez ale i po co?

Światłomierz na padające. Piesek wędruje na ręce. Mierzymy. Cofamy się. Kadrujemy. Czas, przysłona. I nagle świadomość, że za panią jest masa jasnego deszczowego nieba... więc z automatu zaczynam kręcić przysłoną otwierając oko obiektywu. Trzask. Poszło. Błysk w głowie. Zaraza, zaraz... ale ja zmierzyłem światło padające, po co więc wprowadziłem korekcję...? Czy Provia 400 wyciągnie 1 działkę... Uch.... Siła przyzwyczajeń.