poniedziałek, 24 marca 2008

Keczup a... fotografia


Jaki jest związek fotografii z keczupem? Oczywistą odpowiedzią jest, że żaden.

Ale zastanówmy się.
Oto mamy przed sobą krótką notatkę z historii fotografii, a w niej spis miejsc w świecie gdzie można oglądać dzieła przedstawionych mistrzów fotografii. Sumując te miejsca nagle odkrywam, że najwspanialsze dzieła fotograficzne, najwspanialsi fotografowie i największa ilość czynnych mistrzów obiektywu znajduje się w... kraju, którego mieszkańcy nawet do wykwintnego dania za 70USD dodają keczup. W kraju, gdzie zamiast soli i pieprzu używa się... keczupu. W kraju, gdzie w każdej przydrożnej knajpie są dwie darmowe rzeczy: kawa (lura) i keczup na stołach.

Ten kraj to Stany Zjednoczone Ameryki.

Więc jak to jest?
Tak często traktowani z góry i oskarżani o produkowanie wyłącznie pop'owej tandety i kiczu, Amerykanie okazują się wrażliwi na dzieła sztuki fotograficznej? Dlaczego gdy szukam w sieci fotografów stosujących stare techniki kolodionu czy dagerotypy to zawsze i praktycznie wyłącznie trafiam na nich w USA?
Skąd w tych niby tak "płytkich" komercyjnych Amerykanach tyle zdolności w kultywowaniu klasycznej sztuki i docenianie technik sprzed 100 lat...?

A może coś jest w tym keczupie?!
To może być odpowiedź...

PS
Fotografia w tym poście jest autorstwa mojego wujka.


4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Po prostu generalizujesz (albo opierasz sie o uogólnione opinie). Amerykanie (Brazylijczycy, Cypryjczycy, Duńczycy, Estończycy,...) produkują mnóstwo kiczu, który promowany jest przez wszelkiej maści media, ale są wśród nich też tacy, którzy są wrażliwi, inteligentni i potrafią stworzyć dzieło sztuki. Miejsce zamieszkania (a tym bardziej upodobania kulinarne hehe) nie mają żadnego znaczenia. Polacy (Rumuni, Szwedzi, Tunezyjczycy, ...) są tak samo "płytcy i komercyjni", ale i wśród nich trafiają się geniusze i artyści. Edukacja i tradycja mogą tu grać jakąś rolę. Jeśli więc istnieje dostęp do źródeł, to i większe szanse na to, że trafi się ktoś, kto te idee wykorzysta twórczo.

Jedna ekstra uwaga: mój przyjaciel Meksykanin zauważył (jestem pewien, że nie on jeden), że mieszkańcy USA mówią o sobie Amerykanie. Podobnie mówią o nich i Europejczycy. Natomiast Amerykaninem sensu stricto jest także obywatel Belize, Chilijczyk, czy obywatel Hondurasu. Amerykanin z USA nie jest w niczym bardziej amerykański od nich, a nawet rzekłbym, że mniej, gdyż zapewne pochodzi od imigrantów z Europy, co w przypadku pozostałych wymienionych osób nie jest już tak oczywiste. Z europejskiej perspektywy takie rozważania mogą się wydawać czcze, ale inaczej jest, kiedy mieszka się np. właśnie w Meksyku i ciągle słyszy o tzw. Amerykanach.

Ale to tak na marginesie.

Pozdrawiam

Elwood

Rudolf pisze...

Widzisz, z tymi Amerykanami, to wydaje mi się, że słowem-kluczem jest PROMOCJA. Oni się po prostu uwielbiają promować (autopromować i promować wzajemnie). Dlatego też, jak szukasz - to znajdujesz.
Nie oznacza to, że w innych krajach jest tego mniej - po prostu mniej jest promocji (a nie ludzi robiących fotografię, czy kultywujących "klasyczną sztukę").

iczek pisze...

@Rudolf - ale Ci ludzie nie mam wrażenia, że jakoś bardzo zabiegają o poklask... to na tyle niszowe, że sam wiesz jak trudno przebic się z czyms takim. Ale ok, przyjmuje to jakos jakies uzasadnienie. Chociaz, nadal twierdze, ze aby promocja odniosla skutek musi byc na nią popyt. Wiec kto s w tych Stanach oglada te ich prace i ... KUPUJE.

@Elwodd - daleki jestem od generalizowania, nawet to zaznaczylem. Po prostu stwierdzam fakt. Jak chcesz zobaczyc dobra klasyczna, a zarazem tez i nowoczesna sztuke fotografii (i nie tylko!) to musisz jechac do NY na jakąs wystawe. Jasne, ze Europa tez ma swoje centra i ośrodki, Londyn opisywany czesto przez Blindspot to mekka dla fotokoneserów, niemniej ilosc i jakosc zabija w USA.

Jerzy Pawlowski pisze...

Ja tu widzę inną rzecz: bardzo duży szacunek dla pracy i swojej pasji którego (oczywiście generalizując) nie widać w innych krajach. Północno amerykański fotograf idzie na całość, je ketchup w taniej restauracji, jeździ samochodem jakiego przeciętny Europejczyk by się wstydził ale ma za to zawsze potrzebny sprzęt, czas na zdjęcia, i wie że promocja też pochłania czas i finanse.
O tej głębokiej pasji świadczy też uczestnictwow różnego rodzaju imprezach. Na spotkaniach różnego typu jest znakomita większość Amerykanów i Kanadyjczyków, później mimo odległości trochę Australijczyków i Anglików, i kilku Skandynawów, z innych krajów jednostki, z Polski nikogo. I nie chodzi chyba tylko o pieniądze, bo będąc w najdroższym ośrodku narciarskim w Colorado zawsze spotka się rodaka z kraju, tudzież na Karaibach, nie mówiąc o osrodkach wczasowych w Europie. Za dwa tygodnie będę na AIPAD w NY, zobaczę czy to się powtórzy.