niedziela, 30 marca 2008

Czas to wszystko...


Wiało dziwnie jakoś tak. Niby niewiele, a za każdy razem gdy postało się dłuższą chwilę w cieniu, ziąb wdzierał sie pod kurtkę i łapał za ręce w mroźnym uścisku. Słońce jakby zaskoczone tym, że po miesiącu nareszcie może spojrzeć na zmęczoną słotą ziemię, śmiało się do każdego przechodnia. Ci odwzajemniali sie mu unosząc twarze do pierwszych, prawdziwie wiosennych promieni. Wszyscy śmiali się do siebie. Ot, pierwszy dzień wiosenny. Czas zmienia oblicze.

Jak zwykle, połowa plenerowiczów się spóźniła. To znaczy Darek się spóźnił, bo szliśmy we dwóch. Tak czy siak, sprawdziło się moje statystyczne zboczenie, że jak się umawiam na plener, to zazwyczaj 50% uczestników nie przychodzi lub spóźnia się. Każdy ma czas na plener, ale nie ma zegarka :(

No, ale Darek zadzwonił. Wybaczam.

Stary Wrzeszcz okolic Wajdeloty, Wybickiego czy Wallenroda, to tereny Guntera Grassa. "Blaszany bębenek" i te sprawy. Spacer tamtędy to trochę jak wehikuł czasu.... ale tylko trochę, bo ilość śmieci na trawnikach i psich odchodów przywraca szybko rozmarzoną głowę do pionu. To chyba trochę taka warszawska Praga, tylko miniaturka. Nadal jednak ma czar.
Nie mamy planu. Ot, światłomierz na szyi, dwa średniaki i dwóch fanatyków. Łazimy. Mamy
czas i po rolce filmu.
Darek wybrał kadr. Fajny. Żółta brama wejściowa do starego zakładu szewskiego. Na tle szarego tynku i w promieniach słońca błyszczy jak wejście do pałacu królowej Saby. Jest sobota, mało ludzi. Aparat na statywie po drugiej stronie ulicy. Wężyk. Światło zmierzone. Samo zdjęcie ściany będzie trochę puste. Czekamy. Czas płynie... Stoimy w cieniu. Plecy się schładzają coraz bardziej wiaterkiem; zimno trochę, ale obaj wiemy, nawet sobie nie mówiąc, że musimy czekać. To jak niewidoczna linka między mózgami fotografów... po prostu to wiemy. On wie, że czekamy na Kogoś, ja wiem, że on wie, że ja się zgadzam.
Tylko, że najbardziej ruchliwi są lokalnie pijaczkowie. Ale my ich nie chcemy, Chcemy... chcemy...

.... o Jezu!
Tak właśnie chcemy tej Pani...

Starsza kobieta w kapeluszu na głowie pojawia się za rogiem, jakby ciągnięta przez nasze wyobrażenia o dopełnieniu klatki. I idzie. Spokojnie powoli wprost w nasze kadry. I nagle czuję jakbyśmy się przenieśli do Paryża. Ona tak starowinkowo-wytworna... W tym pełnym słońcu na kilka sekund znalazłem się poza światem. Wchodzę na ulicę i zanurzony w kadrze, czekając aż kobieta pojawi sie od lewej strony, nie słyszę nawet klaksonu samochodu. Czekam. Sekunda, pól... trzask. Weszła. Spełniło się.
Czy wyjdzie...?
Nie wiem... ale to był magiczny czas.

Darek będzie miał lepszy kadr.
Reszta spaceru to już tylko dopełnienie tej chwili.
Czas na kawę u Joasi i Darka.
Dzięki... udana sobota.
Trzymajcie się.

Czas to wszystko... czasem magicznym jest każdy moment kadrowania.
Chwytajcie czas w kadry swoich aparatów moi Kochani. Bo ulecą...

sobota, 29 marca 2008

157 kretyńskich stron.... Newton


O tej biografii pisali już wszyscy chyba moi znajomi z sieci i nie tylko. W końcu, dzisiaj Darek mi ją pożyczył. A że szybko czytam (to mam od czasów szkoły średniej), to około 17:00 było po temacie.

Nie będę dużo się rozwodził. Jeśli ktoś to kupił, to stracił kasę. Pierwsze 157 stron można spokojnie od razu wyrwać i do łazienki sobie zanieść jak ktoś lubi twardy papier. Ilość i częstość występowania takich słów jak onanizować się, pieprzyć, rżnąć, lizać, wzwód, masturbacja, posuwać jest tak duża na każdej stronie, że mam wrażenie, iż śp. Helmut bardzo chciał umrzeć jako największy playboy wśród fotografów. Cytując klasyków discopolo - "zaliczał wszystko co na drzewo nie ucieka" - jak sam sie chwali. Może i tak. Jednak dla mnie był po prostu prostakiem strasznym. Tak wynika ze 157 stron poświęconych jego życiu przed zaistnieniem jako fotograf. Mnie mało interesuje jego problem z częstym onanizowaniem się.

Reszta książki może zainteresować każdego adepta fotografii, bo są to klasyczne smaczki z tego jak pracuje sie w wielkich magazynach i jak robił konkretne zdjęcia gwiazd i znanych ludzi. Niemniej, nie jest to warte funta kłaków.
Niestety Darku, ale nie zgodzę się z Twoim zachwytem nad tą wypoconą i pachnącą wymyślonym seksem książką. Po prostu nędza. Aż niesmaczne.

Jak mawia mój ojciec: inteligencja to nie wiedza ani ilość ukończonych uczelni. Inteligencja to świadomość tego, że nie trzeba rozmawiać o rzeczach oczywistych.

Może robił dobre zdjęcia (ja akurat fanem nie jestem), ale był strasznym idiotą.

Kwartalnik... filozoficzny


Każdy z Was na studiach (czasami już w liceum) spotkał się ze zjawiskiem "grupowego filozofa". Wiecie... taki, co to nosi apaszkę lub melonik i wysławia się jakbyś go wyjął z XIX-wiecznej powieści. U mnie to był Krzysztof. Mi akurat imponował, bo miał własny świat, który nijak nie przystawał do realiów, ale był egzotyczny i potrafił kusić. Takim "Krzysztofem" wśród pism fotograficznych jest dla mnie kwartalnik "Fotografia".

Muszę się przyznać, że kwartalnik Fotografia był tą pozycją w Empiku, którą dotychczas brałem i przeglądałem na miejscu, bez większego wnikania w bryły tekstów atakujące mnie na większości stron. Myślałem w duchu, że to jakaś pomyłka, aby pismo poświęcone fotografii było w większości wypełnione zapisana gęsto czcionką.
Dzisiaj jednak przełamałem się i kupiłem ostatni numer kwartalnika.
Przeczytałem.

Nie należę do osób, które wnikają nazbyt głęboko w psychologiczny aspekt życia. Nie szukam też usilnego wyjaśniania głębi zdjęć, które przedstawiają drzewo, nagą babę lub but w oknie. Po prostu przyswajam ten widok i tyle.

Nie umiem więc zrozumieć jak można pisać dwie szpalty tekstu o pomyśle sfotografowania plastykowych torebek ze zdjęciami ludzi włożonymi w środek, którzy to ludzie na fotografiach niosą takież same torebki (Kontr-reklamówki Agnieszki Krupieńczyk). Nie neguje pomysłu, który jest dość wymyślny i ciekawy, ale żeby pisać o ideologii tych zdjęć (tego cyklu) językiem jakiejś pogmatwanej filozofii fotografii, to już dla mnie za wiele. Na siłę straszliwie. Czuję się jakby ktoś zmusił autora do wypełnienia brakującego miejsca tekstem.

Z kolei, po przebrnięciu materiału "Szachownicowa logika fotografii" zaczynam wierzyć, że można napisać tekst o wszystkim i odnieść to do czegokolwiek. W tym wymienionym, autor udowadnia mi językiem tylko sobie znanym, że szachownica to "ambiwalencja negatywowo-pozytywowa". Tylko o co chodzi?! Po co?! Wiem, wiem... nie kumam, za tępy jestem.

Przykład trzeci, str. 82, autorka tekstu "Pejzaże ze snów"- Elżbieta Łubowicz - oświeca mnie swoją interpretacja fotografii Reiko Imoto. I czytam przez dwie strony analizę rozmazanych fotek i dowiaduje się, że "oglądając je, czujemy się wciągnięci w ich ruchliwą przestrzeń(...)".
Ja czuję jedynie kolejną naciąganą teorię do kiepskich fotografii.


Nie chce dokonywać jakiejś głębokiej analizy wszystkich tekstów. Chce tylko powiedzieć, wyrazić swoją opinię, że to pismo jest ZA CIĘŻKIE !

Że promocja fotografii w Polsce nie może iść ta drogą.
Że nie można pisać tekstów o fotografii językiem naukowym, który obowiązuje już tylko chyba w nielicznych Polskich uczelniach.
Że tak straszy się ludzi, którzy mogliby zainteresować się głębiej fotografią, ale jak to przeczytają to odłożą kwartalnik i go nie wezmą drugi raz. Daj Boże żeby aparatu nie odłożyli...:)
Że żal mi zapału Twórców.

A na koniec chce podkreślić, że ja akurat to zaprenumeruje, ale raczej z powodów szczupłości innych pism, niż z przekonania.

Nie tędy droga Panowie.
Choć chwała za próby. Nie mówię, że ma powstać kolejne pismo jak robić fotkę cyfra, ale można trochę lżej, trochę ciekawiej. Trochę z dystansem.
A Wy walicie kamloty fotografii pod nogi wybrańców, którzy filozofują całe życie, a fotki nie zrobili.

piątek, 28 marca 2008

Książka a fotografia...


Często patrząc w wizjer odczuwam dziwne mrowienie na karku. Tak trochę jakbym odkrywał inny, nowy świat w tym małym kwadratowym okienku.
Wczoraj znowu to miałem.
Testując "Nowego Przyjaciela" poszedłem tropami starego Wrzeszcza i zanurzyłem sie w dziwnym świecie podupadłych kamienic tej części Gdańska. Powolny spacer raczej skłaniał ku refleksji niż do pogoni za jakimś wyśmienitym kadrem, ale za każdym prawie razem, gdy oglądałem wybrany fragment rzeczywistości przez wizjer aparatu, okazywało się, że nabiera on jakiegoś magicznego odniesienia. Kiedy podnosiłem głowę, czar pryskał. Znowu tylko ściana z drzwiami przedwojennymi. Opuszczam głowę i zamiast "tylko ściany" i "tylko drzwi" widzę plątaninę faktur na obdrapanym tynku, drewniane żłobienia w drzwiach i nadproże. Jakbym za każdym opuszczeniem głowy i przysunięciem oka do kominka zanurzał sie w jakiś "Zaczarowany Ogród".
Jakby sam aparat i kadr otwierał przede mną wejście do magicznego czasu, gdzie wszystko stoi w czasoprzestrzeni i trwa tylko dla mnie.

Oj... odjechałem trochę sentymentalnie...

Miało być o książce. No i właściwie było. Bo te samą dziwną aurę tajemniczości i wyjątkowości odczuwałem kiedyś podczas czytania książek. Wtedy, gdy nasza wyobraźnia "skazana" jest na samozatrudnienie. Bez pomocy obrazów TV, czy wirtualnych wspomagaczy. Książka pozwala nam odjechać w świat obrazu całkowicie stworzony tylko przez nas. Stymulantem jest tekst. Napisany przez kogoś, ale oddany nam do wizualizacji.

Czyż to nie to samo...?

Naprawdę pięknie jest czytać książki i robić zdjęcia. Pięknie.

środa, 26 marca 2008

Przedmiot pożądania...

Aluminiowe elementy dodają MU charakteru, a w połączeniu z alufelgami i czarnymi bokami ukazuje się cały jego charakter. Dziki, trochę nieokrzesany z delikatnym zapachem skóry. Męski. Czujesz witalność w JEGO towarzystwie.

Maska kryje najwspanialszy silnik wyprodukowany kiedykolwiek w historii inżynierii. Wszystkie biegi wchodzą delikatnie, ale z odczuwalnym zaskokiem, który sprawia, że każda zmiana pozycji jest potwierdzona delikatnym drgnięciem odczuwalnym na dłoni. Pośród tysięcy - tylko ON to ma.

JEGO przednia szyba to majstersztyk widoczności i klarowności. Niezrównana umiejętność dopasowania jej obłych kształtów do całości bryły, sprawia, że każdy oglądnie się na ulicy za TYM dziełem sztuki. Żądza. Pragnienie posiadania.

Wnętrze jest ascetyczne. Spokojne. Brak w nim zbędnych ozdobników, a wykonanie poszczególnych elementów, samo w sobie może stanowić osobny wystawienniczy przedmiot pożądania. Spasowanie całości idealne, co owocuje w NIM brakiem zbędnych trzeszczeń, czy pisków. Ideał inżynierii i wzornictwa.

Tylna część wydaje się być zespolona z resztą organizmu. Linia posrebrzanych zwieńczeń płynnie łączy się z całością, a jednocześnie ukazuje poszczególne elementy tego męskiego cuda. To tutaj wszak poruszają się najcenniejsze dla właściciela rzeczy. Wręcz o rodzinnym znaczeniu. Bezcenne. Dlatego są chronione idealnie. Systemem zabezpieczeń i blokad. Nie da się tego zepsuć, bo ON na to nie pozwala.

ON – mój nowy 501CM

Rada nierada... "Portret Uliczny"

Cykl: "Ulicznicy" (Streeters), Gdańsk, Angielska Grobla, zima 2007


Jak zrobić portret na ulicy?

Ale nie taki tam pstryk jakich miliardy oglądam na rożnych forach, gdzie autor tytułuj wątek - portret uliczny - i wrzuca tam zdjęcia robiona zza krzaka, tyłem i w tłumie 100 osób. I to jest jego zdaniem portret.
A ja pomogę. A czemu nie?!:)
Po prostu napiszę jak ja to robię i jaką mam średnią skuteczności.

Zacznijmy od tego komu chcemy zrobić zdjęcie. Ja akurat wymyśliłem sobie kiedyś taki cykl zdjęć, który roboczo nazwałem "Ulicznicy", a z angielska "Streeters". Nie zamykałem się ściśle w ramach konkretu i po prostu postanowiłem szukać na ulicy ludzi innych, czymś się charakteryzujących. Wybrałem dzielnice o niższym standardzie i rozpocząłem polowanie. Tutaj czas na...

...zasadę nr 1:
Chcesz zrobić zdjęcie - musisz mieć czas.
Chcesz zrobić zdjęcie człowiekowi - musisz mieć dwa razy więcej czasu.

Chodzenie, chodzenie... to podstawa. Łażę, zawracam, siadam, stoję i udaję, że oglądam świat wokół. A tak naprawdę kręcę się na 3 ulicach i wypatruje. Często moich przyszłych bohaterów widzę już z daleka. Po drugiej stronie ulicy i wówczas trzeba obrać taktykę. To kluczowy moment i tu obowiązuje...

...zasada nr 2:
To nie Ty masz zainteresować się bohaterem. To bohater ma być zainteresowany Tobą.

I właśnie dlatego to jest najtrudniejszy moment. Moment nawiązania kontaktu i zdobycia tej krztyny zaufania, która pozwoli skierować za parę chwil obiektyw prosto między oczy bohatera.

- Czy nie wie Pan co tutaj było? - zagadnąłem Pana z fotografii powyżej. Ruiny obok, których stałem wyglądały bardzo historycznie, a Pan był w wieku, który wskazywał, że doskonale się orientował w historii miejsca. Poza tym miał psa. Jak ktoś w tym wieku wyprowadza psa, to raczej nie łazi 5 km od domu, tylko kręci się wokół swojego bloku. I dlatego byłem pewien, że Pan jest miejscowy i zaraz mi wyjaśni dokładnie, co tutaj było.
- Jadalnia zakładów mięsnych. A czemu Pan pyta? - odparł, zatrzymując się Pan.
I tutaj już wiedziałem, że będę miał fotkę, bo zaczynała obowiązywać:

..zasada nr 3:
Nie rób zdjęcia zanim nie wysłuchasz, co ma do powiedzenia Twój bohater.

To bardzo ważne. Dajcie ludziom się wygadać. Nie spieszcie się i patrzcie na Zasadę nr 1. Poza samym faktem, ze poznacie kawałek ludzkich losów i miejsc, to po prostu nie wypada po chamsku od razu przechodzić do rzeczy, na której wam zależy. To jak seks bez gry wstępnej. Fajny, ale często tylko dla jednej strony :) Więc dajcie się wygadać. Uczestniczcie w rozmowie, nawet jeśli Was nudzi. Nic nie stracicie. Z każdym zdaniem bowiem budujecie zaufanie. Więź. Im bliższa, tym więcej odda Wam tego bohater na zdjęciu. Tym więcej zaufania będzie w jego oczach. No i w końcu przychodzi moment na to najważniejsze. Musicie zadać to jedno pytanie. To pytanie, o które cały czas nam chodzi:

"Czy mogę zrobić Panu zdjęcie?"

Zawsze, ale to zawsze usłyszcie wówczas: "Ale po co?" I tutaj jest najsłabszy punkt w moim polowaniu. No bo, po co myśliwy goni swoją ofiarę? No dla jakiegoś tam zysku. W naszym przypadku jest to zysk w postaci zdjęcia, które sobie zeskakujemy i oprawimy w ramkę lub schowamy w szafie, lub wystawimy na jakiejś galerii internetowej pod osąd różnej maści fotografów. Warto więc zastosować...

...zasadę nr 4:
Sztuka dla sztuki to najlepsza sztuka.

Czyli, w naszym wypadku powinno to wyglądać mniej więcej tak:

"Jestem fotografem i często realizuje swoje własne projekty. Fotografuje jedynie dla siebie, nie do ŻADNEJ gazety. Po prostu lubię robić zdjęcia ludziom. Mogę?" (w tym czasie już wyjmujecie aparat z torby).

Jeśli jesteście mili, grzeczni i budzicie zaufanie, Wasz bohater w tym czasie już zaczyna się ustawiać do zdjęcia. Robicie fotkę i na pożegnanie miło jest zostawić jakiś namiar na siebie. To ponowny gest budzący zaufanie. Wizytówka z adresem strony byłaby najlepszym wyjściem i dodatkowo może wam podnieść oglądalność. Zakładając, że starsi ludzie nie korzystają z Internetu, to kiepska promocja, ale jakież było moje zdziwienia gdy napisał do mnie młody człowiek, który okazał się wnuczkiem tego Pana i było mu bardzo miło zobaczyć dziadka w galerii Internetowej. :)

Kończąc, pamiętajcie o...

...zasadzie nr 5:
Fotograf ludzi musi być człowiekiem.

Więc starajcie się widzieć w Waszych bohaterach ludzi, a nie tylko obiekty i modele. Oni są elementem Waszego istnienia fotograficznego. Dbajmy o nich.

Dbajmy o ludzi!

wtorek, 25 marca 2008

Polska Fotografia za miliony dolarów... ?:)

fot.: Sławoj Dubiel

... może kiedyś, ale tymczasem - promujmy sztukę fotografii wspólnie!


Dlatego publikujmy wszędzie gdzie się da informacje o przedsięwzięciach, które mogą popchnąć polską fotografię choć trochę do przodu, np.: w kierunku uznania jej w świecie kolekcjonerskim za 'współważną' malarstwu.

Dlatego powtarzam już widzianą i odtrąbioną na innych blogach i stronach informację o III aukcji Polskiej Fotografii Kolekcjonerskiej.

Za opisem ze strony:
"Aukcja obejmuje swoim zakresem prace autorstwa wybitnych fotografów, prezentując historię tej dziedziny sztuki w Polsce w sposób przekrojowy: z naciskiem na dorobek najciekawszych twórców z okresu ostatnich 40 lat (...) Do jej kolejnej edycji zaprosiliśmy zarówno tych, których fotografie zyskały nabywców, jak i tych, którzy jeszcze nie zostali docenieni przez kolekcjonerów, a wartość artystyczna ich prac zdecydowanie ich do tego predestynuje."

To ostatnie zdanie trochę mi zgrzyta. Może to wrodzona "czepialskość", ale jak oglądałem katalog z zeszłego roku, to dobór fotografii na aukcję był dla mnie zagadką totalną. Chciałbym poznać klucz jakim kierują się organizatorzy. Bo czasami ciut żenada pachniał zeszły rok...
Trzymam jednak kciuki i chyba się wybiorę... 9 kwietnia licytacja!

Polecane z pełnym brzuszkiem...

fot.: Martin Parr

Najedzeni jesteście, stosy ciast walają sie po biurach i w domowych czeluściach kuchni, więc warto trochę przypomnieć sobie, po jaką cholerę zainteresowaliście się fotografią.
A nic tak nie doprowadza nas do stanu euforii, jak oglądanie po raz setny najlepszych zdjęć w historii tej młodej gałęzi sztuki.

Ponieważ strona ta umknęła mi gdzieś (sam nie wiem jak to możliwe) więc przypominam Wam.
Najlepsze zdjęcie Największych Mistrzów w pigułce... MadeinPhoto.

Kawka, makowiec lub sernik do łapki i delektujecie się. Och... Ach... odpływać jest rzeczą ludzką...
Żeglujmy więc...

Pieśń dla portrecistów...


To pewnie raczej powinien być hymn dla fotografów, chcących wejść przez portret w druga osobę i "oddać jej duszę" na zdjęciu.
Czyż to nie jest założenie portretu charakterystycznego...?
"...Życie pełne sekretów w szarym człowieku..."

A więc proszę głośno i na maksa :) Hymn...

! WWW.POLSKIE-MP3.TK ! maanam - the best of kora and maanam - vol. 2 - 07. szare miraze

poniedziałek, 24 marca 2008

Keczup a... fotografia


Jaki jest związek fotografii z keczupem? Oczywistą odpowiedzią jest, że żaden.

Ale zastanówmy się.
Oto mamy przed sobą krótką notatkę z historii fotografii, a w niej spis miejsc w świecie gdzie można oglądać dzieła przedstawionych mistrzów fotografii. Sumując te miejsca nagle odkrywam, że najwspanialsze dzieła fotograficzne, najwspanialsi fotografowie i największa ilość czynnych mistrzów obiektywu znajduje się w... kraju, którego mieszkańcy nawet do wykwintnego dania za 70USD dodają keczup. W kraju, gdzie zamiast soli i pieprzu używa się... keczupu. W kraju, gdzie w każdej przydrożnej knajpie są dwie darmowe rzeczy: kawa (lura) i keczup na stołach.

Ten kraj to Stany Zjednoczone Ameryki.

Więc jak to jest?
Tak często traktowani z góry i oskarżani o produkowanie wyłącznie pop'owej tandety i kiczu, Amerykanie okazują się wrażliwi na dzieła sztuki fotograficznej? Dlaczego gdy szukam w sieci fotografów stosujących stare techniki kolodionu czy dagerotypy to zawsze i praktycznie wyłącznie trafiam na nich w USA?
Skąd w tych niby tak "płytkich" komercyjnych Amerykanach tyle zdolności w kultywowaniu klasycznej sztuki i docenianie technik sprzed 100 lat...?

A może coś jest w tym keczupie?!
To może być odpowiedź...

PS
Fotografia w tym poście jest autorstwa mojego wujka.


niedziela, 23 marca 2008

Akcja łazienka...


Łazienka miała około 4,2 metra kwadratowego. Całe mieszkanie 54. Blok 11-klatkowy, najdłuższy na osiedlu. 9 piętro wymuszało dobrą kondycję w sytuacji "bezprądowej". Wygląd klatki i wnętrza dźwigu z fabryki "ZREMB" były standardem lat 70.
W takim bloku, na takim osiedlu i w takiej łazience rozkładałem swoją pierwsza ciemnie w życiu.
Nie wiem skąd ojciec miał powiększalnik i skąd wzięła się w domu na balkonie maskownica (te blaszki stale się wysuwały ze srebrnych prowadnic), ale były to podstawowe akcesoria.
Łyknięcie wiedzy książkowej, dyskusja z panią z zakładu foto, który kiedyś były na każdym osiedlu... i już mogłem kupić wywoływacz i utrwalacz. Papier kupowałem na Długiej, w jedynym wówczas sklepie z profi sprzętem. Żarówka w fajnym czerwonym pudełeczku.

Dochodziła 23:00. Rodzice spać. Ja zasłaniam ręcznikiem charakterystyczne okienko w drzwiach łazienkowych, przyciskam drzwiami i już nie ma odwrotu. W parę minut w łazience robi się jakieś 30 stopni. Świecąca lampa jeszcze podnosi temperaturę.

Kuwety lądują na podłodze w dokładnie spasowaną ścieżkę od powiększalnika do wanny. Nie wiem ki diabeł, ale architekt tych mieszkań chyba dokładnie przewidział zastosowanie łazienek, bo po podłodze w sam raz mieściły sie trzy kuwety. Ostateczne płukanie już pod bieżąca wodą w wannie więc kuweta niepotrzebna... i jazda na klamerki na sznurek nad wanną.

Mijają godziny. Sterta testerów 10x15 zawalają całą podłogę. Wybrane klatki i naświetlone papiery stoją oparte o ścianę i brzeg wanny. Sznurek się skończył.

Wreszcie koniec. Ręcznik spada z drzwi. Oddech rześkiego powietrza w korytarza. Niemożliwe... 4.00 rano?

W świetle odbitki tracą na magii. Nie są już tajemniczo ciemne jak pod czerwonym światłem. Większość ląduje od razu w koszu. Zostaje kilka.

Smród rozpapranego po podłodze wywoływacza zmusza do prac ręcznych konserwatorskich...
Za tydzień znowu... akcja łazienka.

Akcja fotografia.

sobota, 22 marca 2008

Decydujący czy Dokumentalny... moment...?


Kiedy kończy się fotografia "decydującego momentu" (przyjmijmy na potrzeby tego wpisu nazwę - street photo), a kiedy zaczyna się fotografia dokumentalna?

Słuchając w TOK FM wywiadu z kuratorką wystawy "Dokumentalistki", ciekawiło mnie jak ona wybrnie z tak postawionego przez redaktora pytania. Nie powtórzę dokładnie, ale wydźwięk był taki, że dla niej "street photo" to jakis ruch, jakieś wydarzenie w danej chwili jedynie się dziejące (często nieważne dla ogółu zdarzeń), a dokument jest bardziej statyczny. Do dokumentu trzeba coś ustawić zaara
nżowac i dlatego wymaga pewnej przestrzeni czasowej na zorganizowanie tego.

Tak jąłem się sam głowić, które z oglądanych na rożnych forach zdjęć to jeszcze street, a które to już po prostu dokument do archiwum, w którym mało jest życia, a więcej opisu.


No to może posłużmy się jakimś konkretem. Nic tak nie przemawia do wyobraźni jak przykłady.
Co tutaj jest decydującym momentem, a co dokumentem Waszym zdaniem....?


Zdjęcie nr 1 (fot.: Benjamin Krain)



Zdjęcie nr 2 (fot.: Damon Winter)


Zdjęcie nr 3 (fot.: Wojtek Wieteska)


Zdjęcie nr 4 (fot. Jarek Orłowski)



Zdjęcie nr 5 (fot.: Szymon Michna)


A może lepsze przykłady podacie?
A może macie po prostu inną definicję tych dwóch rodzajów fotografii?

Wielkim Sobotnim Postem polecane...

fot.: Jody Ake

Jeśli macie trochę czasu po Święconce, a głód postu powoduje, że szukacie jakiegoś pożywienia nawet duchowego, to ja zapraszam Was na ucztę...
Strawę, która zaspokoi Was na jakiś czas (tutaj mowa o koneserach, odbiorcach fotografii) lub rozpali w Was rządzę pracy nad sobą i zazdrości (tutaj mowa o kolegach pasjonatach).

Jody Ake... zapraszam TUTAJ i TUTAJ.

Znajdźcie Chwilę Dla Siebie w Te Zmartwychwstanie Moi Drodzy!

piątek, 21 marca 2008

Wielki Piątek...

fot.: Erwin Olaf

Nie uważacie, że takie dni jak Wielki Piątek, Wigilia czy 31 grudnia, to jawne oszukiwanie pracodawcy?
Siedzę w robocie, połowy biura nie ma, cisza, kolejne pół firmy już wyszło lub wychodzi zanim zegar wybije 12:00. Nikt nie pracuje. Raczej czeka się wyjścia kiero i hyc szybko do auta i do domciu.

Takie dni sprzyjają jednak bezcelowemu łażeniu po sieci. Łażeniu po galeriach, forach i wdawanie sie w bezsensowne dyskusje o tym, że lewa ręka na tym zdjęciu powinna być 2mm niżej, wówczas czubek czoła ładniej wpasuje sie w kadr.
Ja właśnie tak dzisiaj mam... kawa, marcepan w pazłotku i jazda. Przewalam galerie z zakładki Ulubione i sprawdzam RSS. Tu coś wyskoczy, tam jakiś wpis ciekawy.

A ja dzisiaj, po długiej niebytności na jego stronie, zauważyłem, że Erwin Olaf zmienił wygląd strony www.
I z uporem maniaka przewalam teraz zdjęcia... (fantastyczna opcja zoom!)
I myślę sobie, że On nie musi robić zdjęć pustego pola przez zalaną deszczem szybę w samochodzie i ogłaszać tego jako sztukę. Może Wy wiecie czemu...?

Czemu jego zdjęcia bez tej ideologii i usilnego błagania o uznanie są tak dobre...? Tak proste?
Tak po prostu dobre?

Cholera.. .czemu!?

czwartek, 20 marca 2008

Niemen... fotograf kolorów...


Hasło: Czesław Niemen.
Odpowiedź: piosenkarz, muzyk.

Ale niewielu z Was wie, że Niemen miał inną pasję. Fotografię właśnie. Ci nieliczni, którzy poznali Jego twórczość trochę lepiej wiedzą o tej skrywanej miłości.

Niemen dał upust swojej fascynacji fotografią po tym, jak głośny stał się jego dylemat w wyborze kolorowych materiałów światłoczułych.
Właśnie wtedy powstała ta najbardziej znana piosenka na temat wybory najlepszego fotograficznego materiału kolorowego i tajemnicy ukrytej w miłości do rolki filmu 120mm.
Oto ona:

NIEMEN CZESŁAW- Jaki Kolor Wybrać Chcesz

Dobrej nocy ! :)

No nie... czy ja jestem inny?!


Słuchajcie Moi Drodzy!

Czy ja jestem jakiś inny?
Czy ja naprawdę się czepiam i mam te wadę, że zawsze muszę być anty?

Może tak, ale pomóżcie mi i obiektywnie spójrzcie na zdjęcia z tego linka i napiszcie mi błagam, czy gdyby nie widniało pod nimi to nazwisko, które widnieje, to byście zwrócili na nie uwagę?

Cyt:
"Taki pejzaż" to kolejny projekt artystyczny pana XX oparty na wnikliwej obserwacji świata i zaskakująco prostym pomyśle. To, jak mówi sam artysta: "powrót do klasycznego, niezwykle plastycznego sposobu widzenia otaczającej nas przestrzeni". Jest to również kolejny dowód na to, że fotografia nie musi służyć jedynie obiektywnemu odzwierciedlaniu świata, że aparat możemy wykorzystać jako narzędzie do nakreślenia subiektywnego obrazu, do przedstawienia swojej własnej, artystycznej wizji. - tekst Agnieszka Stępień.

Co za pierdoły!! I to do takich zdjęć taki opis?

Czy wszystko, co zrobi kiedyś tam uznany i może dobry fotograf musi od razu zamieniać się w
"złoto", nadające się na wystawę?

Koszmar.

Nie rozumiem jak można w tak ordynarny i bezczelny sposób odcinać kupony od własnego nazwiska...
Chyba zrobię sobie przerwę w myśleniu o fotografii...

Warto się poddawać...?


... ocenie specjalistów od wyboru zdjęć?

Idąc śladem dzisiejszej wiadomości w serwisie ŚwiatObrazu.pl o przeglądzie portfolio - imprezie towarzyszącej wystawie "Dokumentalistki", zacząłem się zastanawiać jaki sens ma taka impreza i czy sam zdecydowałbym sie wysłać tam swoje zdjęcia.

Wiele zapewne zależy od tego, kto jest oceniającym. Nazwisko Anna Brzezińska jest mi trochę znane, głównie z Rzeczpospolitej. Organizatorka konkursu "Polska Fotografia Prasowa". Osoba uznana w środowisku. Myślę, że ma wiele do powiedzenia o kondycji polskiej fotografii reporterskiej, ale tez sama trochę popracowała choć jej zdjęć nie za bardzo kojarzę.
Nawet przemknęła mi przez głowę szalona myśl wysłania folio, ale tylko przez chwilę... jakoś tak po tchórzowsko wolę jednak zostać po drugiej stronie barykady i udawać znawcę samemu oceniając.
A co mi tam. Nie wolno ?:)

A Wy?
Braliście udział w takim gremialnym ocenianiu?
To bardzo popularna forma "sprawdzenia siebie" na Zachodzie.

Nieudane...


No i kolejne moje "dzieło" śmietnikowe :)

Tym razem, pomost udający trwałą przeszkodę dla fal, okazał się wodnym balonikiem na uwięzi z łańcucha :) A czas 4 minuty nie służył zatrzymaniu ruchy :)

35mm... chcę to mieć znowu...


Zazdrość i pożądanie owładnęło mną kilka tygodni temu podczas lokalnego spotkania maniaków fotograficznych w liczbie 3 :) w jednej z gdańskich kawiarni.
Zazdrość dotyczyła aparatu, a pożądanie dotyczyło... też aparatu :)
A był nim.... Contax G1 :) Oczywiście Jarek musiał go przynieść żebym od razu ślinił się na jego widok. No musiał!

I pomyślałem w skrytości ducha, że znowu czuję, jak budzi się we mnie "sprzętowy furiat" i że muszę coś podobnego mieć.

Taka jakaś sentymentalna podróż w kierunku tego długiego wąskiego paska filmu suszącego się nad wanną, którego 36 okienek sprawia, że przypomina mi on taśmę 8-milimetrowego filmu do kamery. A na takiej taśmie jest już życie. Trwające w większości kamer 4 minuty, ale zawsze :)

Więc najbliższe plany zakupowe kieruje w stronę 35 milimetrowego aparatu na film.
I jeśli kompletnie mi odbije to poszukam jakiejś starej rozwalonej Leica M6 classic .58 będę ponownie walczył z ulicą. Ewentualnie może Bessę nabędę. Ktoś nawet ostatnio kupił przeze mnie w USA taka "małą czarną" R3A i wyglądało to naprawdę fajnie. Mocowanie Leica M umożliwiające prace z Aparture Priority (jako jeden z trzech poza Leica). Jako że Bessą R kiedyś pracowałem, nawet swe wrażenia opisałem TUTAJ, to może faktycznie będzie to dobre wyjście.

A może macie inne sugestie?

środa, 19 marca 2008

Moralność Pani Przysłony...


Przysłona przysłania mi widok na każdy kadr w celowniku. Kiedy pochylam głowę nad aparatem lub przykładam zimny metal obudowy do czoła, najczęściej mam w głowie jedną liczbę. Liczbę przysłon, którą powinienem ustawić na pierścieniu obiektywu. Czy w życiu normalnego człowieka, nieopętanego rządzą zdobycia kolejnej fajnej klatki są również tak ważne i symboliczne wprost liczby?
Zastanówmy się...

Liczba od której rozpoczyna się wiek... ważna.
Liczba zer w debecie... cholernie ważna.
Liczba poznanych kobiet... eeee mało ważna.
Liczba koni w silniku... ważna :)
Liczba wypitych kaw... ważniejsza wraz z wiekiem.
itd, itp....

Niemniej, prowadząc w miarę ustabilizowane życie w zakresie debetu, poznanych kobiet, prędkości jazdy samochodem i kontrolując coraz bardziej ilość połykanej kofeiny, odnoszę jednak wrażenie, ze nie są to liczby tak ważne jak przysłona.

Od zarania moich spotkań z aparatem pracowałem przysłoną. Starsi wiekiem i doświadczeniem koledzy wpajali we mnie, że czas nie ma znaczenia. Liczy sie przysłona. I tak mi zostało.
Więc zliczam w głowie te głębie ostrości, kalkuluje co oddać w szpony rozmycia i jak wydobędę z dalszego planu, to co na pierwszym i drugim.

Przysłona... Panna trzymająca w dłoni moją Moralność Fotograficzną.

PS
Co najbardziej przykuwa uwagę na tej fotce...?

wtorek, 18 marca 2008

Nieudane...


Postanowiłem podzielić się z Wami moimi zdjęciami.
Nie byłoby w tym nic szczególnego, zważywszy że jestem dość ekscentrycznej osobowości i chwalić sie lubię, gdyby nie fakt, że będą to zdjęcia nieudane.
Knoty.
Odpady.
Resety... jak kto woli.

W każdym razie są to zdjęcia zeskanowane, a odrzucone dopiero w procesie oceny w PS.
Zapraszam Was.
To cykl. Żeby Was zmęczyć :)
Nie liczę, że będziecie komentować, bo nie będzie zapewne czego.
Ale zabawa może być.

Fotograficzny zgon Gazety...


Nie wiem czy znajoma "po blogu" (robiąca skądinąd świetną robotę propagując fotografię) zdawała sobie sprawę z efektów swojego ostatniego zamysłu blogowego, ale wydaje mi się że nie do końca.
Oto, autorka Blindspot przedstawia nam cykl zdjęć, które będą opublikowane w corocznym albumie fotografii Gazety Wyborczej.
To już XII tom tego wydawnictwa i mam wrażenie, że powinien być ostatni. No chyba, że jest jeszcze nadzieja na uratowania tego papieru, co to ma zostać zadrukowany tymi słabymi i koszmarnie słabymi fotografiami pokazywanymi na blogu Blinspot.

Ręce i włosy na czoło mi opadają jak widzę te wybrane, jak się domyślam najlepsze w GW zdjęcia z tego albumu. Nie wiem co się dzieje z edytorami i samymi fotografami w GW, ale chyba sięgnęli już dna i teraz tylko czekać, aż się to dno oberwie lub jakaś magiczna siła pozwoli wyrwać się temu środowisku z łap totalnej bylejakości i braku poszanowania dla czytelnika.
Ja wiem, że taki moloch jak Gazeta może sobie już od wielu lat pozwolić na obniżenie lotów, bo i tak kupują ich miliony. Wiem, że Wyborcza to już tylko (sic!) cześć jakiejś potwornej aglomeracji i konglomeratu firm, czasopism i przedsięwzięć medialnych Agory.

Ale do jasnej ciasnej szparki sekretarki (za Marylą Rodowicz) czy to naprawdę nie razi w oczy Was - fotografowie z GW!?
Czy tylko czytelnik dostrzega tandetę prezentowanych fotografii i ich krótkie życie i to wyłącznie z tekstem?

Te zdjęcia umierają wraz z wyjęciem ich z kontekstu sytuacji i artykułu. One nie są same w sobie zdjęciami, one wszystkie są prostymi ilustracjami do tekstu, a ich walor artystyczny jest ŻADEN.
Przykro mi to pisać, bo nic tak nie podcina skrzydeł rozwojowi fotografii jak promowanie tandetności i złego gustu.
Tutaj to ja nawet nie widzę prostego prasowego rzemiosła. Nawet tego już tutaj nie ma.
Zostały tylko nazwiska, które już dawno wyblakły. Jakby tyle lat w Gazecie ich obrało z artystycznych umiejętności. Rozpacz.
Odradzam już teraz kupowanie tego albumu. Totalna porażka!
Ale Agorę stać na to.
Wydadzą, odtrąbią wielkie wydawnictwo, kolejny fotoreporter kupi 5 sztuk dla rodziny i wpisze sobie do CV publikacje w tym zbiorczym dziele o niczym. A już na pewno nie jest to album o fotografii!

Pomiar...


Podniosłem głowę mechanicznie. Nie obudziło mnie nic konkretnego. Lepsza Połowa spała, Młody wbijał się nogami w mój brzuch, ale nic konkretnego nie wyrwało mnie ze snu.
Znacie to uczucie... Po prostu otwierasz oczy i jesteś rześki, wyspany.
I tylko ta męcząca świadomość, że świecące na elektronicznym budziku cyferki są jakoś tak nie w tej kolejności co powinny, bo zamiast 7 lub 8 z przodu, teraz świeci... 4?!

4:46 - po co ja się obudziłem?

Ale skoro już się obudziłem, to wystawię łeb z sypialni. Co tam panie słychać w kuchni?
Aaa gary. No tak...

Ale, ale....
Cóż jeszcze jest inaczej niż co dzień ostatnio. Jakieś dziwne uczucie czegoś nowego. Nieodparcie więc posuwam się na bosaka w kierunku okna. Zauważyliście, że człowiek często nie wiedząc co go zastanawia idzie do okna?! Jakby tam była zawsze odpowiedź...

Tym razem była, bo spacer po mieszkaniu po 4 rano zawdzięczam pomiarowi światła.

W mojej głowie jest pomiar światła. Znaczy ja to sobie tak tłumacze, że oczy są wizjerem światłomierza w moim mózgu i jak zmieniają się drastycznie warunki oświetlenia, to mój mózg daje mi jakieś sygnały, że trzeba zmienić parametry naświetlenia.

Tym razem okazało się, że natura zmieniła drastycznie warunki zastanego światła. Jest jaśniej niż zazwyczaj o tej godzinie. Jest dużo jaśniej, bo... bo śnieg jest biały i odbija więcej światła niż czarna ulica osiedlowa.

A więc spadł śnieg. Zmienił się pomiar.

Czy każdy fotograf ma tak we łbie pomieszane jak ja...? Czy zmiany natężenia światła "niefotografom" też dają się we znaki?

poniedziałek, 17 marca 2008

Poniedziałkowe polecenie 2 ....

fot.: Shannon Richardson

A żebyście się nie nudzili w poniedziałkowy wieczór i odprężyli się po kilkuminutowym spotkaniu z "Waszym"prezydentem Kaczyńskim, mówiącym coś o jakiejś Brukseli, to odsyłam Was koniecznie !! do tego autora. Liczę, że część z Was go zna. Piękne zdjęcia i wyczucie światła. Portrety powalają.

A więc jeszcze raz cytując Złomka: Panie i Panewki! - oto Shannon Richardson

Poniedziałkowe polecenie...

fot.: Thomas Schupping

Dawno nic Wam nie podsuwałem pod opinię. A więc nadrabiam i dziś pójdziemy wspólnie za rękę w kierunku, który od zawsze kusił mnie jak zakup Subaru z silnikiem 300KM. W wypadku samochodu, za tym, że go nie kupiłem zawsze przemawiały w końcu aspekty ekonomiczne i resztka rozsądku, a jeśli idzie o ten typ fotografii, który reprezentuje poniższy autor, to wytłumaczenie jest o wiele banalniejsze.... Nie umiem robić takich fot fashion. A bardzo bym chciał.

A wiec... fashion w wydaniu, które cenie i hołubię.
Panie i Panewki (mawiał Złomek z Autek Disney'a), oto Thomas Schupping.

Press - Tim Hetherington - WPP2008

Fot: Tim Hetherington, Press nr 3, 2008

W najnowszym wydaniu miesięcznika Press znajdziecie wywiad ze zdobywcą Grand Prix tegorocznego WPP. Polecam. Naprawdę warto przeczytać. Całość TUTAJ

niedziela, 16 marca 2008

Kiedy brakuje pomysłu...


Piasek koło pasa wydm jest bardzo miękki. Zdecydowanie łatwiej idzie się koło samej wody, gdzie zwilżona ziemia nie poddaje się tak łatwo ciężarowi człowieka z torbą fotograficzną na plecach.
Moja koleżanka wybiera w mieście trasy samochodem, które dają jej możliwość skrętu wyłącznie w prawą stronę lub prawie wyłącznie. Cóż...
Szukamy więc w życiu uproszczeń. Na każdym kroku. Również w fotografii.

Ja przyłapuję sie coraz częściej, że kadrując nową klatkę, nową scenę w wizjerze, zaczynam niepokojąco często szukać skrótów. I to nie tych perspektywicznych, wynikających z zastosowanej ogniskowej i niskiego położenia aparatu, ale tych kompozycyjnych. Po prostu idę na łatwiznę.
Wiem, że mocne punkty załatwią za mnie kompozycyjny elementarz, że ostrość pierwszego planu lub jego nieostrość powiedzie odbiorcę tą ścieżką kadru, którą ja obrałem.
Wszystko zaczynam robić mechanicznie. Jakbym zapomniał, że można łamać zasady. Że centralnie nie znaczy źle. Że wszystko nieostre też może być piękne.

Brakuje mi pomysłów.

Zaczynam panikować przed każdym kolejnym kadrem, bo jak już zakręcę blokady statywu, pomierzę światło, sprawdzę kadr przed wkręceniem filtrów, to przed naciśnięciem spustu mam wrażenie, że.... to już było! I to nie raz, ale wiele razy.

O rany. Naprawdę zaczynam się bać braku pomysłów. Braku weny. Wizji.
Brrrr....

piątek, 14 marca 2008

Uzależnienie...


Czy zdarza się Wam dostrzegać czasami, iż Wasza pasja - fotografia - przybiera trochę zbyt drastyczną formę? Może inaczej... że zależność Waszego umysłu od fotografii jest niebezpiecznie duża?

Narkotyk.
Słowo, które jest wytrychem do całego świata stereotypów i formacji, które utworzone wcześniej przez innych, przyjmujemy z ochotą, bo zwalniają nas z samoanalizy całości zjawiska. Akurat w tym wypadku, to dobrze. Dobrze, bo definicje i skutki uzależnień są już opisane i doskonale możemy je wykorzystać do wpasowania swoich zachowań w tę sztampę.

A więc... jesteśmy narkomanami fotograficznymi.

Mówię to za Was, bo jeśli czytacie te moje, w miarę cykliczne wypociny, to już oznacza, że się uzależniacie. Nie śmiem nawet sądzić, że to odwiedziny dla mnie, bo to nieprawda. Mnie nie znacie. Ale znacie często to, o czym ja piszę. Znacie, bo jesteście ćpunami, jak ja.
Ćpunami, którzy wąchają, niuchają, wciągają kreski, robią zioło czy walą w żyłę za każdym razem gdy wezmą do ręki aparat. Gdy rozpakowujemy rolkę filmu. Gdy delikatnie posuwamy pierścienie przysłony i patrzymy w wizjer szukając kadru. Właśnie wtedy łykamy kolejną dawkę, działkę.

Czyż nie tak samo zachowuje się narkoman lekowy?
Łatwiej mi czasami zrozumieć dlaczego wraca do valium czy po inną formę diazepam'u. To jest to!
Podwzgórze dostaje dawkę uspokajacza. Ręce nie drżą. Wszystko łagodnieje. Lęk, że nie zrobię dzisiaj zdjęcia odchodzi, bo właśnie mam aparat. Mam film. Mam czas.

Ćpuny z posrebrzanymi materiałami światłoczułymi.... łączmy się!
"Ćpajmy", bo to jedyna bezpieczna forma narkomanii :)

Tym optymistycznym akcentem życzę Wam weekendowych naćpanych fot!

Za błędy na górze...

Cóż... mi też przyszło zapłacić za błędy na "górze", czyli w mojej mało informatycznej głowie. Przepraszam za zdublowanie wpisów. Ot jakiś taki mały konflikt pomiędzy neuronami mi sie w głowie wydarzył...
Od teraz będzie ok :)

czwartek, 13 marca 2008

Salgado,Yanomami i etyka...

fot: Sebastiao Salgado, "Genesis" project

Dzisiejszy "Przekrój" przynosi nam ciekawy felieton o słynnych już Indianach Yanomami, którzy w latach '60 zostali odkryci i uznani za jedno z nielicznych już na ziemi plemion, które nie miały dotąd styczności z cywilizacją. Felieton okraszony zdjęciami Sebastiao Salgado, który fotografował plemię w ramach swojego projektu "Genesis". Zdjęcia zrobione wówczas i opis tego projektu znajdziecie na stronie magazynu "Rolling Stone". Polecam.
Niestety nie mogę w sieci znaleźć treści artykułu, a jest bardzo ciekawy. Opisuje jedną z najsłynniejszych antropologicznych kłótni ostatnich dekad. Podważone zostały metody badawcze jednego z naukowców (Napoleon Chagnon), który spędził parę lat z Indianami w latach '60. Oskarżono go o konfabulację i niepoparte dowodami wnioski, w których Yanomami byli przedstawiani jako bardzo agresywni i brutalni ze skłonnościami do licznych morderstw. Nie dość tego oskarżono go o przeniesienie zarazków wirusa odry, w wyniku czego zmarło nawet do tysiąca Indian z okolicznych wiosek. Zarzut ludobójstwa postawił mu jego największy oponent, dziennikarz Patrick Tierney.


Najlepsza fotograficzna pomoc...


Kto Wam najbardziej pomaga w robieniu zdjęć?
Wena? Pogoda? Dobry film? Ogniskowa? A może wszechobecny duch Ojca Dyrektora :)?

Mnie najbardziej w robieniu zdjęć pomaga.... samochód!

Ansel Adams w jednym z wywiadów, zagadnięty przez dziennikarza, jak on daje sobie rade z tymi kilogramami sprzętu wnoszonego w góry w celu zrobienia jednego zdjęcia, odparł rozbrajająco: "Ależ ja większość swoich zdjęć zrobiłem 50 metrów od samochodu".
Ja wprawdzie ani nie mogę pochwalić się takimi zdjęciami jak Ansel, ani nie robie większości zdjęć tak blisko samochodu. Swoją drogą, może to jest metoda na dobre foty ?:)

Niemniej, samochód w moim fotograficznym życiu odgrywa najpoważniejszą rolę. Bez niego nie powstałyby najlepsze (moim zdaniem) moje ujęcia.

A więc zacznijmy od przodu:
- fotel pasażera: to doskonałe miejsca na położenie torby fotograficznej. Ja osobiście uwielbiam wchodzić do auta i przez drzwi kierowcy szmyrgnąć lub ciapnąć moją ciężką torbę wprost na siedzenie pasażera. Sam ten ruch, gest rzucania jest dla mnie jak otwarcie drzwi do nowych wyzwań. Przygoda się zaczyna...
- nogi pasażera: to miejsce pod nogami pasażera z początku było niewykorzystane. Aż do dnia, w którym wiozłem jak zwykle torbę na fotelu pasażera, a obok położyłem odpięty obiektyw Nikona 180/2,8 AF (najstarsza wersja, z gładkim tubusem i takim pipsztakiem do blokowania przysłony). Jadąc za fajną blondyną nie wziałem pod uwagę koloru włosów (bez urazy Panie) i pomimo zielonego światła Pani dała po klockach. Odruch depnięcia. Samochód staje dęba, ale obiektyw (zgodnie z resztą z prawami fizyki) "pojechał" dalej i zatrzymał się na schowku, opadając po tym z impetem na dywanik. Do dziś wysuwana osłona ma piękne wgniecenie i nie wsuwa się do końca. I to był moment, od którego torba najpierw ląduje na siedzeniu pasażera, a jak ja się usadowię w moim fotelu, elegancko zsuwam torbę na podłogę pod nogi pasażera...
- schowek koło zapalniczki: konstruktor mojego auta (Panie świeć nad nim!) wymyślił dodatkowy schowek koło zapalniczki. I tam właśnie znalazły swój mobilny domek moje filmy. Te, które wyciągam z kieszeni jak już usadowię się i zsunę torbę na podłogę. Zanim zapnę pas, wyłuskuje z kieszeni (zawsze lewej - jakaś paranoja chyba) parę rolek filmu i układam w schowku. Żeby nie latały. Tam elegancko sobie czekają. Mam tam też dyżurne filmy, takie, które zawsze ze mną jeżdżą nawet jak nie mam aparatu.
- bagażnik: oooo, tutaj można by się rozpisać niewymownie :) Najlepiej ilustruje to jednak mina moich bliskich, którzy otwierają tę czarną przepaść i ... no właśnie. I zamykają. Nie dziwię im się, bo na wprost ich twarzy wyłaniają się nogi od 3 statywów studyjnych, które służą jako pomocnicy w trzymaniu blend. Do nich doczepione są srebrne ramiona do mocowania blend. Te natomiast walają się po całej przestrzeni ładunkowej (zwrot zaczerpnięty z TOP GEAR) i toczą się wraz z przechyłami samochodu na zakrętach. Ramiona statywu do aparatu zawsze są wyciągnięte, bo akurat się suszą. Pamiętaj! - słona woda największy wróg statywu. Słodka woda - twój przyjaciel :)
To jednak nie koniec. Obok statywów leżą dziwne wypchane siatki. Wolałbym o nich nie pisać, ale jeśli ma być uczciwie to muszę...
W siatkach są ciuchy, pozostałości z sesji i kupione gdzieś po lumpach "rewelacyjne" szmaty, które miały się przydać na kolejne zdjęcia. Są tam kapelusze, opaski, kiecki, spodnie, a nawet biżuteria z drewna. Skąd ja ją mam...? Zdjęć fashion nie robie już od dobrych 2 lat, ale szmaty jeżdżą ze mną.
Całości obrazu bagażnika dopełnia monopod z czasów reporterskich. Ciężki, wielki, wygląda jak laga lub kij samobij :) Nie sprzedaje, bo może się czasem przydać o poranku gdy jadę na lokalne slamsy.

Ot... tak wygląda mój największy przyjaciel fotograficzny. Najlepsza pomoc w zdobyciu kolejnego ujęcia. Bez niego czuję się jak bez ręki. Z nim, jak dobrze wyposażony wspinacz wysokogórski.

Wracając do Adamsa.... muszę się dowiedzieć jaką marką jeździł. Może to jest klucz do lepszych ujęć... ?:)

środa, 12 marca 2008

Stosunek fotograficzny....


Nie ma to jak zatytułować wpis/artykuł w sposób na tyle intrygujący, aby sięgnęło do niego więcej osób. Jak mawiała moja pierwsza redaktorka prowadząca w życiu, a było to dawno, dawno temu w nieistniejącej już gazecie "Głos Wybrzeża" (tak, z tej piosenki) - najbardziej intrygującym tematem świata jest... seks :) I wszystko co wokół niego zawsze będzie chwytało.
Więc piszę dzisiaj o stosunku fotograficznym, bo jest to najważniejsza rzecz w fotografii w ogóle.

Trochę karkołomny ten wstęp, ale mam nadzieje, że warto było go przejść.
A wiec...

Chciałbym oficjalnie podziękować opatrzności boskiej
(dowolnie proszę wstawić bóstwo, w które wierzycie) za to, że dane mi było urodzić się w cudownych latach '70, epoce Gierka i wspaniałego: "Pomożecie?!".
Wprawdzie wydawać się może, że niewiele w tym zasługi samej opatrzności, ile moich rodziców raczej, niemniej coś ich tknęło, aby nie czekać i załatwić temat "stosunku" od reki :)
Za tą przyczyną bowiem, ja, obecnie osiągnąwszy wiek średni, wiem co to jest
"podstawowy stosunek w fotografii". Stosunek czasu i przysłony. Okazuje się bowiem, że coś, co dla mnie jest tak elementarną wiedzą, praktycznie zespoloną z moją jaźnią, dla wielu młodych ludzi jest nie do ogarnięcia umysłem.
Sam nie mogę uwierzyć, jaką wielką trudność sprawia mi wyjaśnienie nastolatkowi piszącemu do mnie na priv, czym jest zależność między ilością wpadającego do obiektywu światła a czasem na jaki ustawiamy migawkę.
To trochę tak jakby starać się dziecku wyjaśnić dlaczego słońce świeci. Przecież jak powiem o wybuchach jądrowych na powierzchni słońca, to kompromitacja. Tak samo tutaj... wchodzenie w aspekty techniczne dezorientuje odbiorcę.

Ale czemu się dziwić, skoro pierwszym aparatem mojego rozmówcy jest EOS 400D posiadający wszelkie możliwe programy (ogłupiacze) dla amatorów i adept fotografii nie wie, że istnieje coś takiego jak: przysłona, listki przysłony, lamelki migawki, czas, EV itp... Że istnieje w końcu podstawowy stosunek: czas-przysłona. Ci biedni (wiedzą) młodzi ludzie są jak niepełnosprawni ruchowo. Miotają się pomiędzy tym, co każe im robić aparat i instrukcją obsługi, a pragnieniem zrozumienia istoty.

Ja tę istotę połknąłem i przyswoiłem, jak krew wchłania alkohol, wraz z moim pierwszym w pełni manualnym aparatem i książką: "Fotografowanie nie jest trudne" Jerzego Płażewskiego. Zostało to już we mnie i tkwi podskórnie. I dziękuje opatrzności za czas w jakim dotknąłem pierwszy raz aparatu. Jak dobrze, że to nie jest teraz. Uff...

A wracając do stosunku. Jak w każdym stosunku, tak i tutaj trwa odwieczna walka między dwoma stronami. Czas trawi światło, a przysłona zmusza czas do odwrotu. Tańczą ze sobą od zarania fotografii i zmuszają człowieka do wyborów. Jednocześnie sami dyktują zasady, stawiają wymagania i pragną przechylić szalę w swoją stronę.

Jeśli chcesz wiedzieć czym jest fotografia, musisz wziąć udział w tej walce. W tym stosunku.
Nie szkodzi, że będziesz trzeci przy stoliku. Oswój sobie czas i przysłonę. Odbyj stosunek.
Może coś się urodzi...
Może... :)

poniedziałek, 10 marca 2008

Zdjęcia rodzinne....albumowe


Jakże pogardzana kategoria wśród tzw. ambitnych fotografów robiących na srebrze :) Czyli takich, co to na 90% wiedzę kim był Steichen i Erwitt...

Niemniej okazuje się, że są tacy, którzy potrafią zrobić zdjęcie w swoim bliskim: psom, kotom, rybkom, a nawet szczurom. Szczytem natomiast zdolności są dla mnie koledzy, którzy potrafią sfotografować własne dziecko, mamę, teściową, a wybrańcy potrafią uwiecznić własną żonę!

Zazdroszczę! Bez ironii i bez megalomanii. Po prostu zazdroszczę, aż mi kichy grają, bo ja ... NIE UMIEM!
Staram się. Wysilam. Planuje i układam całe wycieczki: nad morze, w las, do parku. Wszystko po to, by zrobić choć jedno zdjęcie rodzinne, które bez żenady pokaże sam sobie. I nie udaje mi się....
Naświetliłem w życiu więcej filmów niż jestem w stanie sobie przypomnieć. Wywołałem tyle filmów, że Krokus się przetarł, a i tak nie potrafię sprawić radości własnej żonie i dziecku.

Dlaczego taki Gąsiorowski lub Chudy potrafią!? Czy oni są z innej gliny niż ja? Czy maja jakiś magiczny sekret, dzięki któremu te same ładunki srebrowe inaczej rejestrują padające na nie światło? Ki czort powoduje, że ich zdjęcia aż proszą się by załadować je w ramki i w formacie 50x50 wywalić na każda ścianę w domu. Aż do zapełnienia wszystkich pokoi. A potem w łazience.
No ki czort!?

Wiem odpowiedzą "życzliwi": "Talent kolego, talent!"
A może to po prostu jakaś wewnętrzna blokada? Bo własna rodzina, bo żona, bo to nie modelka, bo dziecko własne...?
Nie wiem i wiem, że się nie dowiem... nie umiem i już :(

sobota, 8 marca 2008

Analogie foto...


Młody ma dokładnie 72 samochodziki...!

Gro z nich stanowią bohaterowie filmu CARS. Nie wiem czemu należy przypisać tę ilość samochodów w pokoju Młodego. Nadgorliwości rodziców czy sile perswazji Młodego, który umiejętnymi wybiegami psychologicznymi nie daje nam wyjść ze sklepu bez nowego pojazdu w kieszeni. Suma sumarum, pokój zawalony jest wielkimi ciężarówkami, bezsensu wyciągającymi swoje ramiona koparkami i całą masą tzw. planktonu, czyli autek z plastiku, na których wyraźnie widać rękę chińskiego pracownika.
Osobną grupę, zdecydowanie bardziej hołubioną przez Młodego, stanowią autka Disney'a. Cars'y są poukładane w pudełku specjalnie oklejonym w plakat z filmu. I wśród nich panuje hierarchia zgodna z ilością czasu pojawiania się w filmie. Marucha, McQuinn i Król zdecydowanie wiodą prym. Są poprzez to również najbardziej wyeksploatowane i poobijane. Ale każda "rana" na lakierze jest znana i kojarzona z konkretnym wypadkiem (noga od stołu, framuga, upadek ze parapetu).

No dobrze, spytacie, ale co to ma wspólnego z fotografią?
Ha! I tu Was mam.
Otóż, czym się różni świat fotografa od świata 3-latka?
Niczym! Zmieniają się tylko.... zabawki :)

Druga część tego wpisu mogłaby brzmieć w wykonaniu Młodego tak:

Stary ma dokładnie 83 rolki filmu w lodówce. Nie wiem po co mu tyle tych okrągłych, śmierdzących rolek papieru. Czy to po prostu przesadne zabezpieczanie sie na wszelki wypadek, czy może po prostu złudna świadomość, że lepiej mieć, bo nagle może się przydać te 80 rolek na jednej sesji!? Efektem tego jest zawalenie dwóch półek w lodówce, na których spokojnie mogłyby stać moje Danonki i Kubusie. A najlepsze w tym jest to, że Stary ma jakąś śmieszną hierarchię układania tych filmów. Kolorowe z napisem Reala wrzuca byle jak i byle gdzie, te z niebieskim z napisem Velvia leżą osobno i wyżej, a nad nimi górują ładnie poukładane żółte pudełka ze śmiesznym napisem Kodyk czy Kodak. Te są przez Starego traktowane z namaszczeniem. Jak mój Król.

I jak...?
Czyż nie ma analogii? :)

PS
Na koniec wielka myśl:
"Są tylko dwie rzeczy na świecie, których zapachów nie da się porównać i zastąpić niczym.
To zapach nowej rolki filmu 120 i zapach... dziecka."

Fotografia ogłupia... omamia....?


No właśnie. Sam nie mogę się zdecydować, co robi ze mną fotografia i opisywana przeze mnie wcześniej - fotonerwica. Niby mam już na krzyżu cyfrę zaczynającą się od 3 i to powinno być gwarantem jakiegoś umiejętnego łapania dystansu do pojawiających się w głowie pomysłów, a co najmniej zmuszać do głębszej analizy te nagłe przebłyski, ale tak nie jest.
Przykład? Proszę bardzo.

Jest sobota. W końcu nie zaczynam dnia od nerwowego szukania wzrokiem budzika, który to zazwyczaj pokazuje godzinę na minute przed ustawionym alarmem, nie idę człapiąc papciami do pokoju Młodego, by go ubrać i nie myję twarzy myśląc czy dzisiaj pojechać "górą" czy "dołem", bo pada i mogą być korki. Sobota, to ten dzień wspaniałej porannej bezmyślności.

No więc w taki dzień, nagle przebłyskiem fotograficznej jaźni wpada mi do głowy pomysł na sesję i co robię...? Bez zastanowienia i bez uszanowania swoich 3x lat wysyłam sms'y do wizażystki i kumpeli czy nie mają ochoty pobawić się w fotografię.
Zwrotne sygnały pojawiają się po kilku minutach i już wiem, że to będzie piękny dzień, bo one chcą i mogą. Żona patrzy na to wszystko pobłażliwie i ma jakiś taki dziwny uśmiech na ustach. Zwiastun czegoś... czegoś, co może być niemiłe.

No nic, zaczynam pakowanie, układanie, w tym czasie wysyłanie kolejnych 5 sms ze szczegółami. Szukam woderów z czasów wędkarskich, bo sesja w wodzie....
I nagle...!!! Jest.
To właśnie to. Do mojego mózgu dociera informacja z ośrodków skupienia i analiz. Ten "dziwny uśmiech" już rozgryziony. Musiało być coś na rzeczy. Ona już wie, że ja wreszcie załapałem. Ona już wie, ze dotarło do tej zakutej fotograficznej łepetyny, że nie da się!

Nie da się zrobić sesji ....
nie mając aparatu!!!! Za cholerę się nie da!

Aparat sprzedałem. Czekam na nowy. Ale o tym zapomniałem...
Nie wierzę. Nie wierzę, że można być takim "foto-panem-Chilarym".
A jednak.

Odkręcanie tego wszystkiego dołuje mnie na maksa. SMS od ekipy są krótkie. Nie za bardzo chce je przytaczać... W sumie to zazwyczaj dwa słowa :) Cierpkie.

Żona spokojnie kiwa głową. Co jest do jasnej ciasnej z tymi żonami!? :)

piątek, 7 marca 2008

Oskar dla edytora... !!!

Gazeta Wybocza, 7 marca 2008

Dzisiejsza okładka GW to majstersztyk fotograficzno-edytorski !!

Zdejmuje czapkę i wszystko co mam na sobie w pokłonie dla edytora, który znalazł i wybrał to zdjęcie! Mistrzostwo świata i Oskar dla wyczucia oraz dla poświęcenia całej "jedynki" temu zdjęciu. Autor foty, Maciej Zienkiewicz spisał się też na medal.

Oby Gazeta podniosła poziom, bo ostatnimi czasy bardzo utyskiwałem na dobór i prezentację fotografii tamże.


czwartek, 6 marca 2008

Jestem sprzętowcem...


Nie owijając w bawełnę. Tak jestem.

Zżymam się zawsze jak widzę na wielu forach prześmiewcze wpisy o "onanistach sprzętowych", którzy niby nie mają zdolności, ale mają sprzęt. W myśl przysłowia powielanego tamże: "kupa sprzętu, nic talentu".
Może i coś w tym jest, ale ja muszę i chcę przyznać się przed Wami, że jestem sprzętowym furiatem. Omijam celowo słowo "onanista", bo nie wiem czy nie zaglądają tutaj słuchacze "Jedynego Słusznego Radia Katolickiego".

Właśnie sprzedałem kolejny aparat, który wiernie służył mi przez ostatni rok. Rollei 6008i to naprawdę świetna maszyna, a szkło 80/2,8 PQS to chyba jedne z tych rarytasów, których się nie doceni dopóki się nie zrobi powiększeń rzędu metr na metr :) Dlaczego więc sprzedałem?
Bo musiałem. Bo furiat sprzętowy po prostu MUSI coś zmienić w swojej stajni fotograficznej, aby nie zwariować.
Przekonfigurowanie swojego arsenału jest wpisane we mnie, jak filmy srebrowe i jak zapach wywoływacza o poranku (parafrazując słynne powiedzenie płk Kilgore z "Czasu apokalipsy"). Tak już jest.
I tak było i tym razem.
Od tygodni szukałem czegoś nowego, innego. Czegoś niekoniecznie modnego i dopiero co wprowadzonego na rynek. O nie! Ta furia często dotyczy rzeczy starych, rzekłbym klasycznych. Takich, co to mężczyzna powinien mieć... jak te drzewo, dziecko i dom :)

I jak mnie złapie ta furia, to nie ma bata. Trzyma jak rzep kurtkę polarową. Jak klipsy suszący się film nad wanną. Oj trzyma. I wreszcie następuje spełnienie. I, nie moi drodzy, wcale nie chodzi o sam fakt zakupu, chodzi o ten dreszczyk poszukiwania i odnalezienia. W myśl zasady: nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by... :) Ano właśnie.

I ta furiacka pogoń kończy się wraz z otrzymaniem paczki. Dreszczykiem rozpakowania. Chwili niepewności czy sprzedający zza oceanu wkręcił mi kit i czy angielskie słowo MINT oznacza to samo co mogłoby oznaczać w Polsce... ?:)

Paczka dopiero jedzie. Czekam. Tupie nóżkami. Cały czas łapie zajączka....
Fajnie jest.

niedziela, 2 marca 2008

Plener "fotograficzny"...


Cudzysłów jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Ci, którym dane było zrzeszać się w jakiś para formalnych związkach fotograficznych i tworzyć lokalne grupy społeczności fotografujących, nie raz mieli okazje uczestniczyć w zjawisku społecznym nazwanym szumnie plenerem fotograficznym.

Nie chce skupiać sie na genezie togo typu meetingów, ja chcę opisać Wam plener fotograficzny współczesny. Taki, który najczęściej powstaje spontanicznie na jakimś tam, kolejnym forum dyskusyjnym, którego tematem przewodnim jest wyższość Nikona nad Canonem lub odbitki cyfrowej na atramencie Epsona Ultra Chrome nad odbitką na atramencie Prim Jet Color :)

Plan takiego pleneru fotograficznego zakłada zazwyczaj... robienie zdjęć. Wydawało by się, że jest to założenie racjonalne i logiczne. Nic bardziej błędnego! Absolutnie nie chodzi tutaj o robienie zdjęć, a już ty bardziej o naukę robienia zdjęć. Z moich wieloletnich doświadczeń wynika, że chodzi o wszystko inne niż wymienione powyżej :)

7:00
Wiatr słabnie, choć miał zabijać z siłą niespotykaną w Polsce. A, że wszystko co niespotykane wymaga indywidualnego nazwania, tak wiec nadano wiatrowi imię. Ładne nawet - Emma. Takie trochę filmowe (Jane Austen, "Emma"). No więc Emma słabnie na Wybrzeżu i wysokie ciśnienie wygania chmurki w stronę Wschodu. Pakuje filmy, dwa czarne, dwa kolory. Już, już zamykać chcę lodówkę, ale jak każdego wyjścia wewnętrzny diabeł fotograficzny mówi: Weź jeszcze po dwa! No weź. I ... biorę... Nie wiadomo po jaką cholerę.

Jak zwykle na umówione wcześniej miejsce nie przybywa cześć uczestników, nawet nie dając znaku życia. Cóż...

8:50
Wreszcie wyjeżdżamy poza miasto. Pogoda aż łechce. W aucie rozpoczynają się rutynowe gawędy o tym co gdzie na sieci ciekawego poczytano, co komu sie podoba i czy PlFoto to już zupełny gniot. Warto więc przed wyjazdem zasięgnąć najświeższych informacji z rynku, bo gadać o czym nie będzie, a w aucie przesiąść się nie da.

9:30
Pierwszy przystanek. Wieje jednak jak cholera. Emma odpuszcza jedynie w dolinkach, ale aura ani to jesienna, ani zimowa, ani wiosenna. Ciężko zawiesić oko na jakimś kadrze.
Niektórzy, z pierwszy raz widzianych kolegów (dotąd jedynie stanowili nicki na kolejnym forum), nie odsuwają aparatu od oka. Trzask migawki Emma niesie po całej dolince. Zawistne spojrzenia tych, co nic ciekawego nie mogą wykadrować, jakby szukały właśnie "zdjętych" kadrów przez konkurencję. Co on focił, ten krzak?! Eee bez sensu.
Kolejne przystanki. Znowu trzaski migawek i charakterystyczny ruch każdego "cyfrowca" - trzask, głowa na dół, podgląd. Trochę jak obsługa kciukiem pilota TV. Spust migawki, głowa w dół, przycisk podglądu, przycisk Delete. I tak na okrągło...
Aparat smacznie śpi jeszcze...

Mijają godziny. Kolumna aut to rusza, to skręca w kolejny wypatrzony super temat. Mijają nas kolejne domy, pola, łąki, Emma towarzyszy nam wiernie.

12:46
Rozmowy foto są tak ściśle związane z plenerami fotograficznymi, jak widelec z nożem podczas obiadu. Z jedna różnicą. Coraz rzadziej ludzie potrafią posługiwać się mową, tak jak sztućcami. Dyskusja przeistoczyła sie w wygłaszanie swoich prawd. Najczęściej są to prawdy internetu, zdobyte po zalogowaniu sie na ente forum. A więc słyszę, że matryca Sony to jest to, że Nikona szkła po prostu zmiażdżyły Canona, że fotografia analogowa to tylko dla bogaczy, których stać na filmy i skanery, że World Press Photo to gówno jest w ogóle (tutaj najczęściej wypowiadają się nastolatkowie). W międzyczasie, słoneczko podświetla krzaczki i 15 osób klęczy jak Mojżesz wokół, nieświadomej swej modelingowej roli, byliny. Trzaski, głowa na dół, preview button, delete button... again and again and.....
Aparat smacznie śpi jeszcze...

14:15
Pora załadować elektrolity i uzupełnić cukry. Nareszcie wyjeżdżają na siermiężny stół w gospodzie z góralskich bali zbudowanej, wszelakie portfolia i foty drukowane na wspomnianych atramentach Epsona i Prim Jet. Tutaj rozpoczyna się prawdziwy bal spojrzeń i gestów. Niestety, nie do opisania. To trzeba przeżyć.

16:00
Powrót. Pożegnania. Wymiana telefonów i obietnica wrzucenia czegoś na stronę forum. A! Już ktoś wrzucił?! Jak to kiedy? Z laptopa? Ale Emma przecież...! Brak zasięgu..! Czy to możliwe?!
Wszystko jest możliwe.
Możliwe, ze to był mój ostatni plener "fotograficzny".

Nie nadążam.
Kiedy zaczynałem wyglądało to inaczej.
Wolniej. Spokojniej.
Z większym szacunkiem do pasji.
Aparat smacznie śpi jeszcze...

17:00
Dom. Lodówka kłania się w pół i nierozpoczęte nawet rolki wracają na półkę. Diabełek się cieszy, że mnie znowu podpuścił i niepotrzebnie ładowałem tyle rolek. Ech. Aparat nie drgnął nawet.

Emma - wiernie wytargała mnie pod klatką za spocona czuprynę.
Oj te baby...