czwartek, 14 lutego 2008

Żona cyfry warta....?


No właśnie. Zewsząd słyszę, że coraz to nowi koledzy, dotąd uważani za purystów fotograficznych, jednak przekonują sie do cyfry. Dziwnie ma to zazwyczaj związek z wakacjami, wypoczynkiem z małżonką, dzieciarnią i tymi wszystkimi przynależnymi "normalnemu" życiu atrybutom.

To jak to jest? Dla siebie robię fajnym analogiem, ale żonie mogę walnąć portret na tle Sfinksa gównianą cyfrą ?:) Ano tak to wygląda.... :)

Śmieszy mnie więc ta cała walka moich kolegów ze światem cyfry i ich zaciekła obrona każdego zdjęcia publikowanego w kwadracie w popularnych galeriach Internetowych. Jeśli pod spodem ukaże się jeszcze podpis z jakąś magiczną nazwą materiału diapozytywowego lub B&W Kodaka, to już w ogóle zdjęcie zyskuje na starcie...


Z drugiej strony, przykro się robi mając świadomość, że stajemy się pomału dinozaurami epoki koreksu. Ech... Koledzy Analogowcy - nie kupujcie sobie tych cyfrówek. Proszę!


3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ja ostatnio kupiłem koreks! (Pierwszy w życiu.)

Pozdrawiam

EB

iczek pisze...

Zawsze kiedyś jest ten pierwszy raz. Ja już się nakręciłem trochę tym plastikiem :)

wojtek lucki pisze...

Prowadzisz bardzo ciekawy blog i to zarówno w sferze tekstowej, jak i w sferze głębszych refleksji, do jakich te teksty prowokują. Zacząłem sobie czytać wyrywkowo niektóre wpisy, ale widzę, że ich lektura wciąga mnie na tyle, że postanowiłem metodycznie przeczytać całego bloga od deski do deski :) Pewnie czasami zaatakuję jakimś komentarzem, czy własną refleksją nt. poruszanych w danym poście spraw.

Ale... ad rem:

Ja przez wiele lat (fotografuję bardzo amatorsko dla własnej póki co przyjemności od blisko 20 lat) miałem dość ortodoksyjne nastawienie do obróbki fotograficznej. Klisza, koreks, rodinal, utrwalacz, później nawet samodzielne składanie wywoływacza (D23, D23HAD) dawały mi poczucie magii, pewnego wtajemniczenia, przynależności do sekty kręcących koreksem, maskujących dłońmi, suszących na lustrze, itp, itd.
Długo też - pewnie za sprawą finansów - nie podejmowałem nawet większego zainteresowania się technika cyfrową, gdyż lustrzanki na początku XXI w. były finansowo niedostępne dla przeciętnego amatora. A poza tym ciemnia w PS, to nie to samo, co ciemnia w łazience.

Mimo wszystko, gdzieś ok. 2003/2004 roku kupiłem sobie cyfrową małpkę (canon powershot A 75). Właśnie dla krytykowanego przez Ciebie celu. Fotografowania - dodatkowo - sytuacji, w których efekt jest mi niezbędny natychmiast lub traktując ją jako szkicownik zapisujący scenę, którą planowałem później powtórzyć analogiem.

Niestety lenistwo zniewala. Mimo, że cyfra w wydaniu kompaktowym nie może stanowić jakiegokolwiek ersatzu, to z czasem zwróciłem uwagę, że coraz więcej zdjęć "produkowanych" jest cyfrowo, a coraz mniej analogowo.

Jedno jest pewne - cyfra oducza pokory. Pokory w oszczędzaniu materiału. 10, 50, 100 kadrów w te czy wewte - bez różnicy. A dar selekcji materiału jest dany nielicznym. I tu leży pies pogrzebany.

Znany wszystkim amatorom fotografii Ansel Adams wykonywał kiedyś sesję portretową bardzo bogatemu bankierowi lub fabrykantowi.
Ów, przyzwyczajony do przepychu i nadmiaru w każdej dziedzinie życia z pewnym zdenerwowaniem podsumował wyniki sesji, zwracając się do Mistrza:
- Spodziewałem się profesjonalnego potraktowania, a pan zrobił mi tylko 5 ujęć (pamiętajmy, że Adams używał kamery formatu 13x18)...
Fotograf zripostował ten zarzut ze stoickim spokojem:
- Ale przecież zamówił pan tylko jedną poprawną odbitkę, sir.

pzdr.
Wojtek

P.S.
Sorry za dłużyznę. Jeżeli tyle znaków jest nie do przyjęcia daj znać, będę się ograniczał :)