czwartek, 16 lipiec 2009

Wakacyjne samograje...


Babuleńka siedziała oparta o ścianę z desek, która pamiętała chyba czasy I Wojny Światowej. U nóg jej krzątał się gąski, zbierające rzucane co chwilę przez babuleńkę resztki chleba.
Kogut miarowo wyrywał głowę ku górze, jakby chciał sprawdzić czy kury opodal skubiące ziarno nadal reagują na każdy jego ruch.
Lipcowe słońce niemiłosiernie smagało ten zakątek gospodarstwa swoimi promieniami. Nad wszystkim unosił się stęchły zapach obornika parującego w stodole.

Wystarczyło rozłożyć aparat. Pogadać chwilę. Nacisnąć spust migawki i byłaby koncertowa fotka rodzajowa. Taka, co to na konkursie zawsze gdzieś w czubie jest, bo to i sentymentalne i piękne i świadczy, że fotograf wrażliwy.

Ale coś odwodzi mnie od tego pomysłu. Przychodzi mi do głowy pokaz slajdów kolegi,który wrócił z Ameryki Południowej i pokazywał portrety tych wszystkich kolorowych babulinek. Tamte były jeszcze lepsze, bo mega kolorowe, nasycone ziarnami Velvii 50.
Samograje.

To jedno słowo dźwięczało mi w głowie. Nie dało się wykurzyć,a w upale jeszcze bardziej świdrowało mi mózg. Przysiadłem się. Pogadaliśmy. Znaczy ja gadałem, bo babulinka raczej małomówna była. Zdawkowe no, tak i aaaa tam miały zadowolić obcego przybysza, który nachalnie przerywa czynność powtarzaną zapewne przez 50 czy 60 lat.

Nie zrobiłem tego zdjęcia. Nie dlatego, że to już było. Ale dlatego, że to było łatwe.
Zbyt łatwe. Jakbym potrzebował większego wyzwania. Jakby obiekt nie zasłużył na moją kamerę. Jakby zdjęcie gotowego kadr było za małym wyzwaniem dla mnie.

Zadufanie?
Wywyższanie się?

Może. Oceniajcie sobie sami. Ja po prostu nie chciałem mieć gotowego dania na talerzu. Nie wyjąłem aparatu, bo poczułem się jak w Mc'Donalds. Gotowe, podane, nażryj się.

Wakacje sprzyjają takim kadrom. Takim gotowcom.
Te morza, te fale, te góry, te konie, te łąki, te miasteczka w Hiszpanii, te uliczki w Wenecji itd, itp.

Co więc robić w wakacje poza oklepanymi kadrami?
A może właśnie wakacje służą oklepanym klimatom.

Może...



sobota, 11 lipiec 2009

Fotograf NN... Pierre Hebert


Naprawdę lubię portrety BW Piotra....
Na jego stronie z ciężką nawigacją trudno coś znaleźć, ale Flickr pomaga.
Pierre ma dar klimatu.
Bardzo mnie bierze taka fotografia. Tutaj więcej.




fot.: Pierre Hebert (x4)



piątek, 10 lipiec 2009

Być jak....


Rzecz cała miała miejsce ładnych parę miesięcy temu, ale jakoś tak wyleciała mi z głowy.

Mail był banalny, krótki i treściwy.
-
Widziałam w sieci kilka Pana zdjęć. Szczególnie podobają mi się te, które załączam. Chciałabym z Panem popracować.... - itd.
Kilka zdań o sobie. Proste. Przeglądnąłem załączone zdjęcia i były naprawdę fajne. Proste takie. Schludne. Zadbane i dopracowane oświetlenie. Aż żal, że... nie moje.
Ale przypomniawszy sobie swoje młodzieńcze wpadki tego typu, chociażby tę, kiedy umówiony jako młody wilczek dziennikarz udałem się na spotkanie z jednym z doktorów habilitowanych, by przeprowadzić wywiad dla miesięcznika "Vivat academia" rozpocząłem od przypomnienia rozmówcy jego drogi zawodowo-naukowej. Doktor wysłuchał mnie, pokiwał głowa, że jestem tak świetnie przygotowany, po czym sięgnął po moje notatki i cmoknął:
- Ładny życiorys. Szkoda, że nie mój.

Tak więc przełknąłem ambicyjny zastrzyk, a że dziewczę miało coś w oczach fotograficznego więc why not!
Tło szare, stołek. Aparat na statywie. Dziewczę trochę wystraszone, ale coś zwiastuje zmianę atmosfery. Coś niepokojącego w jej głosie.
- A dlaczego Pani nie używa lamp?
- A czy to jest ważne dla Ciebie?
- No większość fotografów używa wielu lamp.
- No fakt...
Brak konkretnej odpowiedzi, która jakoś przekładałaby się na zrozumienie chyba jeszcze bardziej zaniepokoił dziewczę.
- A czemu wizażystka wyszła?
- Bo jej nie płacę i spieszyła się do klienta. Zrobiła swoje, nie potrzebujemy nic więcej.
- ...co mam robić?
- Nic. Siedź po prostu, muszę skadrować to jakoś i ustawić ostrość.
- Tak długo...?
- ...?
- Zazwyczaj w tym czasie inni fotografowie już oglądają fotki na laptopie.
- Nie mam dziś laptopa...
- No widzę...
- Możesz przez chwilę popatrzeć w obiektyw?
- Co mam zrobić z nogami?
- Nie będzie na tym zdjęciu Twoich nóg.
- Nie będzie...? To po co brałam te fajne szpilki?
- ...?
Czułem, że jest coraz gorzej. Na matówce wyglądało jakby dziewczę zaczynało się trząść.

- Już!
- No nareszcie zaczniemy...
- Już zrobione...
- ?? Co zrobione? Zdjęcie? Ależ ja nie zapozowałam wcale.
- To dobrze. Będzie naturalniej.
- Nie rozumiem...
- Nie szkodzi. Masz ładną twarz. Naturalnie się zachowywałaś. Jestem zadowolony.
To był przygnębiający widok. Brak zrozumienia, rozczarowanie i kompletna bezradność tego dziewczęcia aż bolała.

Dwa tygodnie później dostałem maila.
-
Dziękuję Panu. Inaczej sobie to wyobrażałam. Myślałam, że zrobi Pan takie zdjęcia, jak te Pańskie ostatnie, które znalazłem wczoraj (załączam). Ale te są też fajne. Tylko ta ramka mi się nie podoba i kolega mi usunął w takim programie Infranview...

Uśmiechnąłem się do siebie. Otwarte załączniki przeskakiwały po ekranie w pokazie slajdów. Zawsze lubiłem zdjęcia Grega Kadela....

Epoka post-fotoszopowa...


Wiecie dzięki komu i czemu fotografia przetrwa jedynie?
Dzięki streetowcom.

A czemu?
Bo oni najmniej są podatni na chęć "pozaustrojowego poprawiania fotografii".
Tak!

Dlaczego w nas istnieje chęć do poprawiania tego, co już zostało zarejestrowane? W jednym wypadku jest to tylko kolor oczu, w innym chmurki, ale w części poprawiamy zastana rzeczywistość dodając od siebie elementy świata.
Po cholerę?
Dlaczego?

Otóż niewątpliwie winni są tutaj twórcy programów graficznych. Oni ponoszą obecnie 100% odpowiedzialność za dostarczenie nam narzędzi do tych manipulacji. I nie piszcie mi tutaj tych farmazonów, że pod powiększalnikiem da się to zrobić!
Pod powiększalnikiem robił to jedn0milionowy ułamek społeczeństwa, które posiadało powiększalniki i łyknęło SPORĄ (!!!) dawkę wiedzy, by to umieć zrobić. A dzisiaj byle palant z aparatem ma PS i gmera w nim, jak nie przymierzając nastolatek w... kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy :)

A wiec mamy już winnych. Twórcy PS powinni do końca życia płacić za każde przerobione zdjęcie kary finansowe.
Ale nie zapłacą.
Zostawmy więc ten durny pomysł. Idźmy dalej.

Czemu tkwi w nas chęć poprawiania zastanej rzeczywistości?
Bo każdy chce być artysta, stwórca, bogiem jakimś lokalnym?
Bo ma w sobie estetykę, która podpowiada mu: "tak Adam, to drzewo powinno rosnąć gdzie indziej... trochę z lewej.. kliknij je, kliknij...".

Może i tak właśnie jest. Zamiast umiejętnie złapać chwilę zastaną i do perfekcji doprowadzić to, co natura, sytuacja, chwila daje, my już od razu na etapie kadrowania mamy za uszami sakramentalne: "to się wytnie"!
Nosz kurde balans! Tego nauczyli nas twórcy tych programów. Bezmyślności!

Jeśli stwierdzenie, że "fotografia to iluzja" nabierze zbyt silnego wydźwięku, to stracimy ją. Znaczy tę fotografię na zawsze!
A ja tego nie chcę.

Ja bym chciał fotografować iluzję, ale nie chcę by fotografia stała się iluzją!
To ważna różnica!
W pierwszym przypadku jestem iluzjonistą, w drugim iluzorycznym fotografem.
W pierwszym zmieniam rzeczywistość i pokazuje ja ludziom na zdjęciach, w drugim zmieniam zdjęcia!

Na ratunek więc spieszy nam jedynie street. Mam wrażenie, że wypracowana przez pokolenia następców Bressona, Winograda, Kertesza, Evansa czy Franka estetyka kadru i podanie go jest idealne w rozumieniu fotografii czystej formy.
Jak niezabrudzony alkohol i czyste heroina...
Nie ma tam miejsca na plastikowe unoszenie się obrazem. Nie ma miejsca na zbytnie epatowanie jakością.
Haniebne jest zmienianie kompozycji w PS.
To jedna z tych dziedzin, która kieruje się swoistym kodem uczciwości.
Oczywiście zawsze znajdą się barany, ale generalnie fotografowie street to wysoki poziom estetyczny, intelektualny i kompozycyjny fotografii.
Czyli to wszystko, czego nie ma w całym tym pieprzonym post-fotoszopowym świecie.

Tak, rozwój fotografii miał dwa etapy jedynie.
Do wynalezienia Photoshop i po nim.
Teraz żyjemy w czasach post-fotoszopowych. Zbliża się jednak apokalipsa. Jeźdźcy już nadciągają.


środa, 8 lipiec 2009

12 groszy...


Kolega ma średni format. Jedynie 12 klatek!
Znacie ten motyw...

- Pokaż te zdjęcia, co robiłeś w zeszłym miesiącu...?

- Eee nie, nie mam ich. Nie skończyłem jeszcze rolki. Zostało mi 11 klatek.

Trochę mi to przypomina..
- Kochanie, chodź no tutaj...
- Eee nie, głowa mnie dziś boli.

No to ja mam wielką przewagę na tymi średnioformatowcami, bo ja robię jedną klatkę i ona jest gotowa do oglądnięcia zaraz po wywołaniu:)
Ale nie zmienia to faktu, że jest coś w fotografach, co każe im się strasznie krygować. Wymyślać coraz to nowe powody, aby tylko nie pokazać swoich zdjęć lub po prostu by być proszonymi o ich pokazanie pół wieczoru...
Jąłem się tedy zastanawiać czy to cecha pozytywna czy tylko jakiś pseudo-artystyczny wybieg mający zaciekawić odbiorcę jeszcze bardziej, by z wywieszonym ozorem czekał, aż Pan Fotograf łaskawie otworzy teczkę lub włączy laptopa.
Takie trochę dziecinne ukrywanie się na GG - status Niedostępny, ale opis być musi :)

Lubimy pokazywać zdjęcia, czego dowodzą statystyki wszystkich tych galerii internetowych. Ba! My lubimy je robić coraz bardziej. Ale pewna grupa z nas naprawdę tego nie lubi bądź udaje.

Kolega zlikwidował swój profil na plfoto. Dobre zdjęcia. Zniknął.

- Miałem dość... - otrzymałem odpowiedź na mailowe pytanie dlaczego.

Dość czego?
Pozytywnych komentarzy, które wylewały się pod każdym jego nowym postem?!
Dość banalnego: super, czad, kosmos, szacuneczek, mistrzu...?!

W sumie komu ta grupa chce pokazywać te zdjęcia? Rodzinie!? Nie - to banalne.
Trzymać w szufladzie? Nie - do tej pory tego nie robili?
Chcą być proszeni? Kto wie...

A może...
A może...

Zaczęli szanować swoja pracę?

Co robi programista, który napiszę świetny program? Ukrywa go i patentuje ewentualnie. Strzeże go. By nie odsłonić się za szybko. Szyfruje dane.

Może jest więc jakaś metoda w tym "ukrywaniu się" ze swoimi zdjęciami?
W cedzeniu tego, co robimy.
W nieepatowaniu każdym płodem, który powstaje najpierw w głowie, potem na srebrze (no dobra na matrycy)?
Może kolega z nienaświetlonymi 11 klatkami szanuje je po prostu i szanuje to jedno zrobione zdjęcie...

Fotografie!
"Nie pleć, co Ci ślina na srebro przyniesie"

Takie moje małe 12 groszy...


skimboarder - Jelitkowo, lato 2009


wtorek, 7 lipiec 2009

Coco Chanel...prawdziwy kanał


Czekałem. Wyczekiwałem. Z dwóch powodów.
Pierwszym naturalnie Audrey Tautou, drugim Karl Lagerfeld i stroje do filmu.

Kombinowałem tak: skoro twórcy filmu mają z jednej strony niebanalną historię, życiorys naprawdę ciekawy, z drugiej zaś zaplecze kilkudziesięciu krawcowych pilnowanych przez Wielkiego Karla, to mają samograja. Takiego na kształt pozującego za 5 dolarów Indianina z ameryki Południowej.
Tylko opakować to i sukces murowany.

Wysiedziałem ledwo.
Z więcej niż dwóch powodów.

Zasadniczymi powodami były kwestie produkcyjne. Ten film został zmasakrowany dyletanctwem produkcyjnym.
Montaż jest żałosny! Naprawdę dawno nie widziałem tak źle, bez sensu i bez pomysłu zmontowanego filmu.
Scenariusz jest prymitywny! Ja rozumiem wszystko, że ciuchy miały tam grać, ale do jasnej ciasnej przecież to ma być film, a nie pokaz mody. Scenariusz przypomina rozmowę idiotów i debili. Jest ciężki, nachalny i przeszkadzający. Jedyna zaleta to brzmienie języka francuskiego.

Robienie debila z widza przelało czarę goryczy. Jeśli w scenie główna bohaterka jest informowana, że jej kochanek zginął w wypadku samochodowym , po czym reżyser poświęca kolejne 3 minuty na nową scenę, w której bohaterka jedzie zobaczyć wrak samochodu, to ja czuję się jak idiota!

Podsumowując: odradzam Wam pójście na ten film. Dłużyzny, amatorka produkcyjna i żałosne, nieumiejętne pokazywania ciuchów.
Wydawałoby się, że skoro mamy pokazać materiały, szycie, nożyczki, to wystarczy operować pięknie kontrą i światłem z okna... nawet z tym operator miał kłopoty.
Szkoda Audrey i szkoda historii...


Smuta Panie... Rolleiflex is closed...


Nieciekawych postów ciąg dalszy. Dzisiaj oficjalnie zakończyła swój żywot marka Rolleiflex.. :(
Firma zwolniła całą załogę i zaprzestała produkcji aparatów.

Czuje się osobiście dotknięty... :(
Miałem Rolleiflexa 6008 Integral. Nie była to wprawdzie sztandarowa produkcja firmy, za którą uchodziły kamery dwuobiektywowe, ale krok w nowoczesność wykonany wiele lat temu. Ta nowoczesność była cudownie upierdliwa, ale mój aparat miał w sobie wszystko.

Niestety, kolejnego kroku w nowoczesność, firma Franke&Heidecke już nie zrobi. Tym razem z mechaniką po raz kolejny wygrała elektronika i krzem.
Ostatnim produktem firmy stał się więc Rolleiflex Gold Edition, który zwieńczył niejako dzieło w myśl rzymskiej zasady:
quidquid agis prudenter agas et respice finem (cokolwiek czynisz, czyń dobrze i patrz końca).

Ktoś, kto nie doświadczył pracy aparatem dwuobiektywowy, a zarazem nie miał okazji popatrzeć na kadr z góry, włożyć głowę w kominek - nie ma szans zrozumieć tego fenomenu.
No po prostu nie ma!



poniedziałek, 6 lipiec 2009

"Ludzie giną..."


Na kanwie wydania przez LIFE albumu "100 fotografii, które zmieniły Świat" i tego co tam znajduje w przerażającej większości - przychodzi mi do głowy tylko jeden wiersz/piosenka. Słowa napisał Josif Brodski, a przełożył Stanisław Barańczak.
I to chyba wszystko w temacie tego, co się z ludźmi porobiło.


"Piosenka o Bośni"

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,
jesz posiłek, sadzasz tyłek
na kanapie, łykasz wino-
ludzie giną.

W miastach o dziwacznych nazwach
grad ołowiu, grzmot żelaza:
nieświadomi, co ich winą,
ludzie giną.

W wioskach, których nie wyśledzi
wzrok- bez krzyku, bez spowiedzi,
bez żegnania się z rodziną
ludzie giną.

Ludzie giną, gdy do urny
wrzucasz głos na nowych durni
z ich nie nową już doktryną:
"Nie tu giną".

W stronach zbyt dalekich, by nas
przejąć mógł czyjś bólu grymas,
gdzie strach lecieć cherubinom-
ludzie giną.

Wbrew posągom i muzeom-
jako opał służy dziejom
przez stulecia po Kainie
ten, kto ginie.

W chwili, kiedy mecz oglądasz,
czytasz, co wykazał sondaż,
bawisz dziecko śmieszną miną-
ludzie giną.

Czas dzielący ludzkie byty
na zabójców i zabitych
zmieści cię w rubryce szerszej
tak, w tej pierwszej.






Magazyn LIFE "100 Photographs that Changed the World"



sobota, 4 lipiec 2009

Co potrafią starocie... Jim Galli


Jestem jakoś tak na etapie mosiężnych szkieł i bardzo, bardzo starych aparatów.
I tak przeszukując sieć oczywiście w Stanach znajduję maniaków, którzy słowa pasja odmieniają przez wszystkie kolory tęczy :)

Oto jeden z nich- Jim Galli - i jeśli znajdziecie czas polecam Wam przeglądnięcie tego, co ten człowiek robi 100-letnimi szkłami i aparatami wielkoformatowymi...
Czy jakaś współczesna maszynka za parę tysi potrafi zrobić takie zdjęcie..?:) Ta tonalność... uch!
Tutaj szczegóły wykonania tych poniższych fot.




fot.: Jim Galli


piątek, 3 lipiec 2009

Mój Drogi Piotrze...


...z dużym zdziwieniem, ale i zaciekawieniem przeczytałam Twój wpis na blogu w formie listu do mnie. Dziękuje Ci za zainteresowanie moją osobą i za ten tak bardzo osobisty wpis.
Żałuje, że tak krótki.

Pozwolisz jednak, Drogi Piotrze, że odniosę się w kilku zdaniach do tego, co mam nadzieję, dobrze odczytałam za pomocą mojej tłumaczki.

Przywołujesz tutaj stronę, na której umieszczono niejako "moje życie" w formie katalogów i zdjęć. Fakt... na tej podstawie można coś powiedzieć o człowieku, ale można też i go zranić.

Całe moje działanie na polu (nie wiem czy angielskie 'area' znajduje swój odpowiednik w jęz. polskim!?) fotografii sprowadzało się do jednej rzeczy. Ja miałam możliwość i szczęście (tak to ważne), że tworzyłam zawsze to, co sama chciałam.
Talent, w wypadku showbiznesu, jest jednak często rzeczą wtórną. Jeśli zgra się te dwie rzeczy - talent i szczęście - to czasami udaje się zostać kimś.

Drogi Piotrze,
Próbuje Ci powiedzieć, że talent też się zmienia wraz z epoką. Czasy się zmieniają i ja się zmieniałam wraz z nimi. Zmieniał się świat artystyczny i zmieniali się aktorzy tam grający. Ja goniłam za nimi. Uczyłam się i zdobywałam zaufania widza. Starałam się zawsze sprostać oczekiwaniom odbiorcy. Często odbiorcami (tymi pierwszymi) byli zleceniodawcy i często musiałam dać im to, czego oczekiwali. Ale zawsze czuwałam, by nie było to coś sprzecznego ze mną.
Czy mi się to udało..?
Nie mnie oceniać.

Piotrze, nie wiem czy uklękniesz jeszcze kiedyś przed moim zdjęciem, ale ja nadal będę pracowała tak jak czuję i ilość zer na moim koncie ma na to tylko pewien wpływ. Zresztą sam pisałeś jak widzę, że mam kłopoty finansowe więc sam wiesz jak to jest... :) Raz na wozie, raz pod wozem - tak mówi ponoć Wasze przysłowie. Całkiem dobre! U nas chyba by to było: Fortune is fickle!

Co do Leonardo... wiesz... o jest taki słodki...:)


Pozdrawiam Cię serdecznie i wszystkich czytających!
- Annie


PS
Ja tez bardzo lubię zdjęcie z Magic Johnsonem - cieszę się, że je wybrałeś...